|
Archiwum
Zakładki:
Blogowi znajomi i znajome
Candy
|
niedziela, 20 maja 2012
To chyba dobry objaw kiedy po 3 latach razem, ponad 2,5- przemieszkanych razem, na 4 miesiące przed ślubem ja po raz kolejny uświadamiam sobie, że bez tego faceta nie potrafię (ani oczywiście nie chcę) żyć. Nawet usnąć mi ciężko.
Czytałam archiwum starego bloga z samych naszych początków. Mieliśmy obawy czy tak wspaniały początek przypadkiem nie rozsypie się po jakimś czasie- ale też i mieliśmy te trzy najważniejsze: wiarę w nas, nadzieję że się uda i miłość. I trwa ta nasza osobista bajka. Choć borykamy się z pewnymi problemami, kłócimy się, i owszem, bo oboje strasznymi nerwusami jesteśmy- ale kochamy się i chcemy więcej, dalej, mocniej. Pięknie jest :)
Notka ta to jakiś wstępniak na najbliższe dni- w czwartek mamy naszą rocznicę. I pewnie nie będziemy o niej zapominać nawet wtedy kiedy liczyć się będą inne rocznice, te obchodzone we wrześniu :) KOCHAM CIĘ, MĘŻCZYZNO MOJEGO ŻYCIA- SAM WIESZ :) :*
piątek, 18 maja 2012
Jest maj, mamy więc wielkie święto. Sportowe :) Następne będzie trwało od połowy lipca do sierpnia :) Bo my kibice jesteśmy straszni. I oglądamy obowiązkowo Giro di Italia (jeden z trzech wielkich klasycznych wyścigów kolarskich) na żywo- a jak damy radę to w nocy bezpośrednie relacje z Tour of California- to też wyścig kolarski. Oglądamy też turnieje tenisowe, jakoś nam łatwiej przychodzi oglądanie turniejów WTA (czyli kobiecych- Eurosport ma na nie licencję)- Madryt, Rzym, a zaraz- Roland Garros, święto mączki (jeden z czterech wielkich turniejów- Wielki Szlem). Na początku miesiąca mocno zaciskaliśmy kciuki za nasze siatkarki w turnieju przedolimpijskim, niestety nie udało się, ale wydaje się że dziewczyny powoli mają tendencję zwyżkową :) Śmieję się że my tacy kibice kolarstwa, że hej- nie mamy swoich dobrych rowerów, a oglądamy codziennie, ba, na rowerach się zaręczyliśmy. Narzeczony jest zdecydowanie lepszym kolarzem ode mnie i gdzieś tam z tyłu głowy przypomina się myśl, że jeśli będziemy mogli sobie sprawić coś "większego" to zdecydowanie mogą to być rowery. Byłoby fajnie, szczególnie że Córeczka powoli może do nas dołączać. Tak czy inaczej, dla nas Giro to sprawa ważna i relacja z wyścigu to nieodłączny nasz towarzysz pomiędzy godziną 14.45 a 17.00 :D
Mieliśmy już wysyłać zaproszenia, a jeszcze ich nie mamy. Ehhh, nie jest to taka prosta sprawa- dopiąc na 100% listę gości, ustalić czy ktoś może przyjść z osobą towarzyszącą czy nie ma na takową ochoty, jak nazywają się stali partnerzy (chodzi nam o nazwiska, imiona znamy :)) tych osób które są troszeczkę dalej od nas... U mnie pojawiła się idea zaproszenia mojej cioci z USA, która pisała do mojej sis (która BTW była na jej ślubie w Stanach) czy nie szykuje się u niej jakieś polish wedding bo byłoby jej łatwiej zmusić jej męża do odwiedzenia kraju jej rodziców. Byłoby super dla mnie, osoby którą pasjonuje genealogia, utrzymać kontakt z angielskojęzyczną ciotką z drugiej strony świata :) Do tego zapraszam trzy starsze wiekiem ciotki- jedna powinna się stawić, a druga nie, trzecia z mężem mieszka daleko, i na pewno zaproszenie będzie dla niej niespodzianką, więc nie wiem czy się zjawi. Ale na pewno będzie jej miło. No i moja chrzestna, z którą kontakt mam nikły i przypadkowy... Miałam wątpliwość czy ją zapraszać, ostatecznie- spróbujemy. Ale tylko ją z mężem, bez dorastającego syna. Mój brat miał podobną historię z ojcem chrzestnym, ostatecznie ten się na weselu brata nie pojawił. Nie zapraszam też mojego kuzynostwa, a stryjka z żoną z grzeczności i jako ukłon z stronę rodziców. Ze znajomymi też nie jest łatwo: czy zapraszać kogoś kto jest bliski sercu ale kontakt obecnie jest raczej słaby (mimo że serdeczny), czy osoby z któymi kontakt jest codzienny, ale pobieżny, bez lat wspólnych wspomnień. Jeśli chodzi o te dwie grupy, to wybór pada w większości na tą pierwszą. Szczególnie u Narzeczonego :) Ja się śmieję, że ja jako oczywiste mam moje dwie ukochane psiapsiółki, tylko z ich osobami towarzyszącymi będzie bardziej pokrętnie :P Już chciałabym to zakończyć i zacząć zapraszać naszych gości. Najpierw Narzeczony mówił że koniecznie w maju zapraszamy, żeby wszyscy mogli spokojnie się przygotować, a teraz nam to zbieranie informacji i podsumowywanie całości idzie ciężej. Mam nadzieję że to już jednak kwestia dni, albo i godzin :)
Narzeczony idzie w sobotę na kawalerski swojego przyjaciela. Za niecałe 3 tygodnie wesele. Fajnie: bo to taki Narzeczonego stary, dobry, sprawdzony przyjaciel. Gdy myśmy się poznali, Narzeczony i ten kumpel razem wynajmowali mieszkanie, ja mu Narzeczonego szybko z tego mieszkania zabrałam i wtedy zaczął się jego związek z M. i to bardzo fajna para jest :) Bo znowu będziemy mieli okazję poobserwować i wyciągać wnioski z czyjegoś wesela. Bo będzie taka ekipa, że głowa mała :D I jako bonusik- na weselu powinien być ktoś, do kogo podejdziemy i powiemy że podziwiamy go :)
wtorek, 15 maja 2012
Z tym francuskim ja przesadziłam. Miałam zaliczenie od 7.30 do ok. 9.00, a wyszłam po 45 minutach, wszystkie zadania zrobione, myślę że 3+/4 powinno być. I luz :) Planuję w przyszłym semestrze zainwestować trochę kasy w dodatkowe kursy językowe na polibudzie- angielski na poziomie C1 i francuski A2, i z obydwu podjeść do certyfikatu- uczelnia udostępnia certyfikat Bullats za małe pieniądze, a jak ładnie będzie w CV wyglądać :)
poniedziałek, 14 maja 2012
Oglądam z Narzeczonym "Anioły i demony". O tym filmie rozmawialiśmy na naszej pierwszej randce, niemal dokładnie 3 lata temu. Powodem było to, że tą książkę czytałam jadąc na spotkanie a potem służyła mi jako izolację od podłoża gdy siedzieliśmy na Wyspie na schodkach prowadzących do Odry. Ale dotychczas filmu nie obejrzałam. Tak to ze mną jest, że jeśli pojawia się ciekawy film na podstawie polecanej książki, to zamiast iść do kina, biorę się za czytanie. Stąd wzięło się moje zafascynowanie książkami Jodi Picoult ("Bez mojej zgody" z Cameron Diaz). Czytałam "Pokutę", "Nostalgię anioła", "Wyznania gejszy" i tym podobne. I odwrotnie- czekam z obejrzeniem filmu (w obecnym przypadku- Millenium) żeby mieć czas na wcześniejsze przeczytanie książki. Tylko z jednym filmem mi "nie wyszło"- jest to Władca Pierścieni. Filmy uwielbiam, ale książki, choć ciekawe, to są wymagające- czasowo przede wszystkim :), no i za młoda byłam żeby mieć jak się zastanowić. Ale chyba taka już dziwna muszę być :)
PS. Jutro zostaje nam ino 4 miesiące do ślubu! Już się nie mogę doczekać!!! Ale z drugiej strony- to tak unikalny czas że fajnie by było mieć więcej czasu i możliwości które przeznacza się wyłącznie w tym celu. PPS. Jutro mam zaliczenie z francuskiego i nic nie umiem! Na pojutrze mam do napisania pracę zaliczeniową, w czwartek muszę oddać duże sprawko. Masakra!
niedziela, 13 maja 2012
Weekend się udał! Hurra! Szczególnie mi/nam zależało na TYM konkretnym weekendzie- w końcu jak ma się w najbliższej rodzinie trójkę jubilatów z jednego tygodnia, w tym jedna osoba z okrągłymi urodzinami, to fajnie by było to dobrze rozegrać i dobrze się bawić. Z dużyyyymi problemami, ale to się udało, właściwie to całość dało się zamknąć w 24. godzinach- o 4 rano w sobotę odebraliśmy z Narzeczonym (drugie urodziny w tym tygodniu) z dworca PKS moją sis (pierwsze urodziny), w ciągu dnia byliśmy na urodzinowej pizzy mojej mamy (trzecie, te okrągłe), a o 4 rano w niedzielę wracaliśmy do domu rodzinnego Narzeczonego po ognisku zorganizowanym "przy okazji urodzin" :) Było super! Zrobiłam mamie kartkę quillingiem bo bardzo się jej podoba ten styl. Narzeczony kartkę z życzeniami dostał nad ranem w swoje urodziny. Ostatnie takie kawalerskie :) Moje tegoroczne urodziny, też zresztą takie "okrągłe" odbędą się już po ślubie. Ogólnie spędziliśmy jego dzień urodzin dość spokojnie, odwiedziliśmy moją babcię i tyle, ale ten tydzień był taki wyjątkowy- Córeczka była u dziadków (ona chora, mama chora, potem tata się pochorował- istny szpital) a my tu we Wro mieliśmy juwenalia, z których korzystaliśmy. We wtorek byliśmy na projekcie P.I.W.O, w środę grillowaliśmy, w czwartek... daliśmy sobie spokój, a w piątek byliśmy na koncertach na Wyspie. Teraz już Córeczka jest z nami, śpi spokojnie, ale antybiotyk jeszcze bierze... mimo to- wracamy do normalności to tych atrakcjach urodzinowych. No i fajnie być we trójkę! Tak to już jest, że jak się raz zostaje rodzicem- i to bez względu na to czy z urodzenia, czy przysposobienia :)- to już nic nie jest takie samo. I może nawet przez jakiś czas- kilka godzin, dni- można korzystać z tego "wolnego" to nie chce się tak cały czas, chce się mieć swojego malucha blisko i jemu przy okazji też pokazać świat i z nim się cieszyć wszystkim co piękne :) Ja się znowu rozpisałam, miała być krótka notka, a tu znowu mam wywody... Ale dodam jeszcze jedno- Kocham Cię Skarbie- spełniaj po kolei wszystkie swoje marzenia! :*
środa, 09 maja 2012
Są takie sytuacje w których nie ma rozwiązania satysfakcjonującego wszystkich. Wszyscy chcą dobrze, ja też, ale nie ma szans się rozerwać. Wtedy cała ja wydaję się dla samej siebie złym rozwiązaniem. Bad day.
poniedziałek, 07 maja 2012
No i już mi czas goni, aż ciężko się zebrać do pisania :) Zaliczyłam tą chemię produktów. Teraz jednak zaczyna się cała litania- za tydzień mam zaliczenie z francuskiego i muszę oddać pracę na zaliczenie z metodologii pracy doświadczalnej. W tym tygodniu- mam do oddania trzy sprawka, czwarte robi moja partnerka z laborek :) A ostatni tydzień maja to już zupełny koszmar- przynajmniej 2 zaliczenia i 2 egzaminy mnie czekają. Pocieszające jest to że sesję kończę w pierwszym możliwym terminie. Długi weekend był bardzo intensywny. Zaliczyliśmy trzy grillowania: u mojego brata, z koleżanką nad Odrą i już w rodzinnym moim mieście. Każde zupełnie inne, aż ciężko uwierzyć! Do wtorku byliśmy we Wro, potem kilkanaście godzin u rodziców Narzeczonego, do wczoraj już tylko u moich rodziców. Przekopaliśmy z Narzeczonym działkę moich rodziców- bo bez tego tata po zawale by nie wytrzymał i sam by to zrobił. Udało się nam, i to tak w miarę porządnie, ale teraz cierpię- mam wrażenie że wszystkie mięśnie chcą się zregenerować na raz i jestem wycieńczona. Dzisiaj okazało się że odręczne pisanie sprawia ból :P Spotkaliśmy się z moimi koleżankami, byliśmy na mieście obejrzeć krótką, ale fajną inscenizację (coś a'la jak skończyła się II wojna światowa) i na obchodach święta 3 maja. Trochę sobie pospacerowaliśmy, wybraliśmy się na udane zakupy, odwiedziliśmy też cukiernię w której zamawiać będziemy tort na wesele. No i wczoraj oddałam moją ślicznotkę- suknię- do przeróbek. Przy okazji porządnie wystałam na moich butach z 11cm obcasem. Ała! Stanie na obcasach to zdecydowanie nie jest najfajniejsza rzecz na świecie, muszę ćwiczyć i to- przecież czekają nas życzenia po ceremonii! W międzyczasie, w tym upale na początku tygodnia byłam też na medycznej, robiąc swoje :) Zaczynam się zastanawiać jak rozwiązać kwestię praktyk na wakacje. Nasze dzieci- moja Córeczka i córka mojej doktorki- mają wolne w przedszkolu w różnych miesiącach i nam to trochę komplikuje. Ale mówię sobie że nie powinnam się przejmować, i tak w miarę solidnie przebywam tam 3-4 dni w tygodniu, i mam cały rok akademicki jeszcze do działania. W sierpniu mogłabym już posiedzieć w domu rodzinnym i szykować wszystkie szczegóły do wesela. Ciekawe czy ta nasza zapobiegawczość rzeczywiście pomoże nam uniknąć jakiś niespodzianek na ostatnią chwilę :P Córeczka niestety znowu nam się przeziębiła, w sam raz na upały... I moja mama ma teraz L4, więc zostawiliśmy jej wnusię, będą siedzieć razem w domu i się kurować. Bombel mam nadzieję nie będzie się nudzić- w tym tygodniu wymalowała wnętrze altanki dziadków kredą, w domu też może malować :) Ja za to zajmę się moim ukochanym jubilatem- ma w tym tygodniu urodziny :) Maj to w ogóle dla mnie miesiąc okazji- urodziny ma Narzeczony, moja mama, siostra i babcia, my mamy naszą rocznicę, jest dzień matki... No ogólnie jest wesoło :) Nie wiem czy się "chwaliłam" ale już też powoli nastawiam się na wyjazd na 28 czerwca- wylosowałam bilety na półfinał Euro i z częścią rodzinki idziemy kibicować. Nie przepadam za piłką nożną- dla nas teraz jest uczta- kolarstwo (Giro di Italia) i tenis (zaraz Roland Garros)- ale czuję że atmosfera na Narodowym będzie niepowtarzalna, a mecz półfinałowy powinien być już na wysokim poziomie :)
czwartek, 26 kwietnia 2012
Jestem chora. Moja krtań powiedziała- dosyć tego dobrego! I co prawda staram się funkcjonować normalnie, chodzę na zajęcia, do labu, wyjechaliśmy do przyszłych teściów na weekend, to jednak nie jest mi momentami łatwo coś powiedzieć, no i męczy mnie kaszel. Córeczka miała katar, czasami też pokasływała, ale jej przechodzi, a mnie jeszcze trzyma. Nawet stała się rzecz niespotykana- usnęłam w niedzielę po południu. Normalnie nigdy nie śpię w dzień :) Mam jednak nadzieję że mi w miarę szybko i bezproblemowo przejdzie- z racji tego że mi się nie pogarsza, nie będę szukać lekarza. Miałam już pierwsze zaliczenie w tym semestrze. Z laborek z chemii produktów naturalnych. Fajnie brzmi, ale byliśmy piekielnie umęczeni tymi laborkami, takie nudne i "męcące" były. Za to zaliczenie było takie, że mam wrażenie że osoba nic nie wiedząca, ale inteligentna i umiejąca wciskać kit, też by mogła zdać. Dwa czy trzy pytania były na inteligencję czy spostrzegawczość, kolejne dwa lub trzy (na osiem) były do strzelania- 50% szans że twoja odpowiedź będzie poprawna. A wątpili nawet najlepsi :) Powoli zaczynam wsiąkać pomiędzy tych ludzi, moją specjalizację. Bardzo mi fajnie z tego powodu, bo nie ma wiele takich jak ja- samotnych wilków. Kilka osób przyjechało z Opola, kilka robiło semestr wyrównawczy po licencjacie, trochę jest tych co na polibudę chodziło rok po mnie. Ale dziewczyny (tylko trzech chłopów mamy na niecałe 50 osób na specjalizacji) są naprawdę w porządku, niesamowita, wesoła mieszanka, aż miło :) Dzisiaj moja duża dziewczynka poszła wcześnie do przedszkola, bo pojechała zaraz po śniadanku na konkurs taneczny. A jaka przejęta! Ćwiczyła gesty i wieczorem i rano. Mam nadzieję że uda się tej grupce, że młoda wróci szczęśliwa do domku. Ten weekend spędziliśmy w rodzinnym mieście Narzeczonego. Nie jest to tak straszliwie daleko- do mojego rodzinnego jest trochę dalej. Przyszła teściowa prosiła i zapraszała i się wreszcie nas doczekała :) Omawialiśmy kwestię zaproszeń (jesteśmy po stworzeniu żelaznej listy gości i mamy już upatrzone zaproszenia i tekst w nich), pojechaliśmy na działkę, spędziliśmy trochę czasu wspólnie. A poza tym mieliśmy dwa razy wychodne we dwójkę- spotkaliśmy się ze znajomymi i pojechaliśmy na trasę rajdu samochodowego. Narzeczony interesuje się sportami motorowymi (chyba już pisałam że mnie trochę tym zaraził już) ale na trasę wybraliśmy się po raz pierwszy- a przecież jesteśmy razem już prawie 3 lata! Bardzo fajny był to wyjazd, trochę sobie powędrowaliśmy, pooglądaliśmy fantastyczne widoki, Narzeczony porobił zdjęcia i pokibicowaliśmy :) Cieszę się z tego wypadu, szczególnie jak widziałam jaki on jest szczęśliwy, że mógł mnie zabrać. No i fajnie! Na pewno to nie jest nasz ostatni taki wyjazd. Już się doczekać nie mogę tego długiego weekendu! Mam nadzieję że znajdę czas na to wszystko co chcę zrobić :)
środa, 18 kwietnia 2012
Tata bezpiecznie, z baterią leków jest już w domu od dwóch dni. Oczywiście po domu krząta się chętnie, więc ta jego upartość jest rozkwicie. Ma się oszczędzać przynajmniej dwa miesiące, ciekawe czy połowę tego czasu tak naprawdę będzie grzeczny. Cały mój tata :) Ja już w poniedziałek piszę swoje pierwsze zaliczenie- z laborek- chemia produktów naturalnych. Tak więc od przyszłego tygodnia skończę tydzień na uczelni w piątek o 9. Śmiać mi się chce, bo nawet nie zdawałam sobie wcześniej sprawy że uznałam że w takim razie będę, tak jak we wtorki, cały dzień spędzać w labie na medycznej. Dzieją się takie fajne rzeczy teraz, będę mogła je zawrzeć w mojej pracy, już się doczekać nie mogę :) Ale na co dzień często ta robota jest żmudna, poza tym jest sporo roboty śmieciowej- umyć szkło, poobcinać wieczka eppendorfek (kiedyś wrzucałam ich fotkę), zagęszczać próbki i potem każde małe naczyńko jeszcze przemyj, takie tam- nie wymagają one wielkich zdolności, ktoś musi je robić, robię to ja i inni praktykanci, jeśli są. Jednak zmiany, pomiary, nowe pomysły badawcze przychodzą wystarczająco często żeby to wciąż było fascynujące dla mnie :) Marzy mi się pójście na jakieś zajęcia fitnessowe albo taneczne- potrzebuję się wyżyć i trochę się wzmocnić. Stan mojej skóry jest chyba najgorszy w moim życiu, a do ślubu zostało 150 dni, więc może przynajmniej z sylwetką coś się da zrobić... Polecacie coś? Na razie rower został doprowadzony do stanu używalności to przynajmniej trochę sobie pojeżdżę w jakiejś wolnej chwili. Córeczkę trzeba nam trochę podkurować, jakiś katar się jej przypałętał. Zabierzemy ją do moich przyszłych teściów na weekend, może jej minie. Gorzej że ja też zaczynam kichać- teraz, na dobrą pogodę. Zimą oczywiście nic mi nie było :P
sobota, 14 kwietnia 2012
Moja pascha i babka- jako wspomnienie Wielkanocy :) To był fajny czas, więc warto do tego wracać.
Ten tydzień to wielkie zwroty i przewroty- w środę było dobre kino i spotkanie z kolegami, w czwartek dostałam informację że mój tato miał zawał [sic!], ale chwała Bogu obyło się bez sytuacji dramatycznych- tata był przytomny, spokojny, po prostu bardzo go bolało. Po dobie ścisłego nadzoru przeniesiono go na "zwykłą" salę i w poniedziałek ma wyjść ze szpitala. Tylko mam nadzieję że zacznie wreszcie na siebie dmuchać, a to facet aktywny i pełen poświęceń, więc ciężko mu będzie się przełamać (mama określa to mianem "uparty" :)). Ja, mając do dyspozycji tylko telefon, chyba bardziej się przejęłam niż mama i siostra, będące na miejscu, więc rzeczywiście tak fatalnie nie było. No, a na zakończenie tygodnia mam raczej przyjemne momenty: dzisiaj miałam rozdanie dyplomów ukończenia studiów. Teraz zostaje jedynie zmodyfikować swoje CV i można studiować dalej :) Uroczystość była naprawdę fajna, toga ciężka, bliscy zadowoleni :) Tata chciał być na tym rozdaniu, on zresztą zawsze najbardziej mi kibicował w kwestii nauki, ale go pocieszałam przez telefon że jeszcze magisterium mam, może i ten doktorat, jeszcze będą okazje żeby przyjechał zobaczyć jak odbieram dyplom. Bo jeszcze wiele okazji przed nami. Jestem tego pewna! Jutro jedziemy do babci, pokazać dyplom, złożyć spóźnione życzenia wielkanocne, przekopać skarby na strychu i przepytać kuzynkę- świadkową o jej ślub :D A nasz już za 5 miesięcy!!!
czwartek, 12 kwietnia 2012
Pierwszy raz wrzucam filmik na bloga, więc jak coś nie działa, proszę raportować i się nie przejmować :)
Tak mi przyszła do głowy ta piosenka... Jak byłam w ciąży to niemal cały czas słuchałam płyty A.E.I.O.U. A jak poznałam Narzeczonego to ta piosenka przychodziła mi do głowy co chwilę, tym bardziej że tak szybko nam sprawy się toczyły, uwierzyć w to nie mogłam i się go pytałam "skąd ja Cię mam?". Piosenkę polecam :)
wtorek, 10 kwietnia 2012
Fajne były te święta! Z jaką przyjemną perspektywą- że z Narzeczonym, a wtedy już Mężem, będziemy spędzać wszystkie następne :) Nawet pokojowo wyszły, ze śniegiem, ze spacerami, nooo, będę miło wspominać. Szczególnie przyjemnie wspominam: pieczenie ciast- jedno było w domu, kupne, a cztery zrobiłam ja. Pascha, cytrynowy sernik (pieczony), babka maślana, limonkowa i mazurek, pycha- fistaszkowo- czekoladowy. Cały komplet to przepisy z bloga mojewypieki.blox.pl- polecam bo naprawdę warto! Kolejny fajny punkt: liturgie Wielkiego Czwartku i Piątku w pobliskiej nam parafii we Wro. Bardzo dobrze przygotowane, chór, kadzidło, sporo księży, dobre kazania- jestem pod wrażeniem. O Rezurekcji już w mieście rodzinnym nie wypowiem się obiektywnie, niestety nie byłam w najlepszej formie i walczyłam ze snem :P No i spacery były najlepsze :) Córeczka spotkała się ze swoim bioojcem, muszę w najbliższym czasie Wam coś o tym napisać... Przy okazji przez przypadek i od Córeczki dowiedziałam się że podczas Córeczki wizyt bywa w domu bioojca i biodziadków także narzeczona bio. Ciekawe, ciekawe... W ostatniej też chwili spotkaliśmy się z naszym fotografem ślubnym, miałam zresztą okazję w niedzielę go obejrzeć przy pracy w kościele i mi się coraz bardziej podoba że będzie też u nas robił zdjęcia! Teraz już jesteśmy we Wro i zaczynamy rozkręcać się w naszej codzienności :)
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Wczoraj wróciliśmy z weekendu- dialogów przedmałżeńskich kończących nauki przedślubne. Co prawda na te nauki- spotkania chodziliśmy już dawno temu, pewnie ku uciesze księdza je prowadzącego (on zawsze twierdzi że na takie spotkania powinni chodzić ludzie którzy nie mają jeszcze daty ślubu i wszystkiego przygotowanego itp). Teraz została nam poradnia i owe dialogi. Zapakowaliśmy się więc do auta i pojechaliśmy spoooro za Wro żeby razem z innymi 44 parami spędzić dwie baaardzo intensywne doby na umacnianiu, pogłębianiu naszych relacji i wałkowaniu pewnych ważnych tematów :) Wstawało się o 7, usypiałam o 1, serio, dalej jestem zmęczona... Ale wróciliśmy szczęśliwi, doprogramowaliśmy się jeszcze lepiej :) Dzisiaj w momencie kiedy ja do niego dzwoniłam on chciał dzwonić do mnie. Jakoś mi to umiało jeszcze bardziej poprawić humor, mimo mojego kiepskiego, zmęczonego samopoczucia :) A wieczorem, przy palącej się świeczce w oknie, zryczałam się na przepięknym filmie- "Siedem dusz" z Willem Smithem. Polecam serdecznie!
poniedziałek, 26 marca 2012
Sobotnie spotkanie uważam wszem i wobec za bardzo udane! Tylko następnym razem trzeba więcej drobiu zaopiekować, bo okazuje się że bratowa nie przepada za karkówką hihi :) Ale chyba wszyscy są tacy zadowoleni. Chyba się odurzyliśmy taką masą świeżego powietrza bo ja osobiście padłam przed 22.30 (a normalnie chodzę spać po północy :)) Wczoraj udało mi się spotkać znajomego księdza o którym myślałam jako o osobie która będzie prowadziła naszą Mszę ślubną. No i ksiądz ów się zgodził, wpisał nas w kalendarz i jestem zadowolona :) Kolejna rzecz odhaczona. Jeśli chodzi o Mszę ślubną chodzi zostało nam jeszcze kilka detali: poprosić kuzyna o służenie do Mszy, znaleźć jakiś fajny zespół żeby nam grał i śpiewał (mamy już załatwioną koleżankę z saksofonem- zagra nam Ave Maria) i wybrać czytania. Kwiatki w kościele rozdzieli się na trzy albo cztery pary, taki zwyczaj w moich stronach. Ja dzisiaj jeszcze coś o ślubach. Na półkach w kioskach i empikach są całe stosy takich magazynów ślubnych, wielkich i ciężkich. No fajnie, ale... warto kupić sobie może jeden. Jak się w ogóle nie ma upatrzonej sukienki. Masz w ręce wielką cegłę za naście lub dwadzieścia kilka złotych. Kilka setek stron, w tym jakieś 95% jest przeznaczona na wykup przez usługodawców albo producentów sukien ślubnych. Zdjęć nie wybierają redaktorzy pisma tylko owi producenci i inni reklamodawcy. Co gorsza, w takim razie w różnych pismach masz identycznych kilka kiecek z tej samej kolekcji, mimo tego że wartych pokazania jest wiele więcej sukien. Ale ich nie znajdziesz w żadnym piśmie, bo każde właściwie ma podobną zawartość reklamową. Treść którą zapełnia redakcja magazynu jest w dużej mierze... ehhh z innej planety. Albo piszą jakieś oczywiste oczywistości, albo proponują stylizacje (suknie, fryzury, paznokcie) modne z 10-15 lat temu, albo tak wymyślne bukiety że mało która panna młoda mogłaby taką dobrać do kreacji... Niedawno: opisane jest wesele które młodzi zorganizowali sobie w Ziemi Świętej, panna młoda w krwistoczerwonej sukni żywcem wyjętej z XVIII wieku "własnego projektu"... Ani to do osiągnięcia przez inne pary, ani ładne :/ Niestety jestem zawiedziona tym co można w polskich magazynach ślubnych znaleźć. Na moje nieszczęście dorwałam kiedyś brytyjski odpowiednik naszej drogiej makulatury... Czemu u nas nie można pisać tak fajnie i ciekawie, proponować takie inspiracje, które są na czasie i każdemu właściwie się spodobają? Ech... Tak więc przyszłym pannom młodym proponuję- nie wydawajcie kasy na magazyny ślubne. Lepiej przejrzeć trochę blogów ślubnych, te są dużo bardziej na topie i naprawdę inspirują :)
Czasami najdzie mnie jakaś durna ambitna chęć przeczytać coś "wyższego" niż tylko obyczajówki i kryminały. No i często wtedy biorę się za noblistów. Mam więc nauczkę- maksymalnie jeden noblista na rok. Książkę J.M. Coetzee'go liczącą sobie niecałe 220 stron czytam ponad 3 tygodnie... No masakra. Jakiś czas temu czytałam książkę Doris Lessing i niemal depresji się przy niej nabawiłam... Widać za mało inteligentna jestem na inteligentną literaturę...
piątek, 23 marca 2012
Kiedyś już wrzuciłam tu piękne zdjęcie mojej siostry. Dzisiaj będzie o bracie. Brat jest ode mnie kilkanaście lat starszy. Spędziłam z nim więcej czasu niż z moją siostrą, ponieważ po studiach wrócił na kilka lat do rodzinnego miasta i jakoś sobie próbowaliśmy funkcjonować, choć bywało różnie, co wyjaśnia sama różnica wieku :) Zawsze mogliśmy razem słuchać muzyki, kibicować albo z tatą rozprawiać o polityce, zresztą do dziś brat ma u mnie politycznie pełne poparcie. Kiedy tak wcześnie zaszłam w ciążę, był ostatnim z najbliższej rodziny który się o fakcie dowiedział. O ostatnim który by mnie potępił. Jeśli chciał mi zrobić przytyk to zawsze w formie "dobrego żartu" (ekhu, ekhu, dla niego) ale to zawsze było lepsze niż wyrzuty na poważnie, szczególnie po kilku latach... Najwięcej się zmieniło kiedy on się ożenił, ja zjechałam do Wro (gdzie i on mieszka) i jemu rodziły się dzieci: najpierw Bratanek, potem Bratanica. Wyrosłam niemal na autorytet w kwestii dzieci i o wiele rzeczy Brat się dopytywał. Potem pojawiły się dorywcze prace które dzięki niemu (i z nim) podejmowałam i pewnie dalej będę podejmować. Nigdy jeszcze jednak nie było tak, żebyśmy się spotykali "towarzysko", nie dla dzieci żeby się razem pobawiły, ale tak- pójść do klubu, restauracji albo zaprosić się na obiad do domu. Jutro będzie pierwszy raz. Nareszcie! Oczy mnie pieką od mielenia cebuli na marynatę, zrobimy u nich grilla. Ale choćby i oczy mi łzawiły przez kolejne kilka dni- warto. Mam nadzieję że to rzeczywiście będzie przełom w naszych relacjach, że takie popołudnia będą się nam powtarzać regularnie a my będziemy zacieśniać więzi. My jako rodzeństwo, Narzeczony i Bratowa też. Właśnie tym bardziej się cieszę że Narzeczony i Brat też się raczej dobrze dogadują, a Bratowej potrzeba czasu na towarzyski "rozruch" więc takie grille mogą przynieść samo dobro. Bo o dzieciaki się nie martwię- cała trójka przepada za sobą :) Tak, to się nazywa prawdziwa Radość :D PS. Nigdy w życiu nie robiłam tak złożonej marynaty. Mam nadzieję że karczkowi pod nią będzie dobrze, a nam jutro po tym karczku- smacznie ;) PPS. Zmieniliśmy decyzję co do fotografa na ślub. Wielkie rozterki, przeliczenia i rozważania, licytowanie się z dwoma konkurentami i mamy. Prawdę powiedziawszy to po wyborze mojej świadkowej druga rzecz która marzyła mi się nie od dziś- mieć M. jako fotografa na swoim weselu. |