RSS
środa, 09 stycznia 2019

Jakoś tak jestem dobrze nastawiona na początku tego roku, oby tak zostało :) 

Dostałam na Boże Narodzenie trzy prezenty. 
Puzzle 1000 elementów (z Central Parkiem w Nowym Jorku)
Małą świeczkę zapachową (troszkę zbzikowałam na ich punkcie; dla ciekawych- dostałam Fireside Treats z Yankee Candle)
i... puzzle 6000 elementów (sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej w Watykanie)

Bardzo się cieszę z nich wszystkich. Te sześć tysięcy to pomysł i wykonanie mojego męża i córy. Jak odpakowywałam ten prezent, to dostałam ataku śmiechu. Bo: znikam na pół roku/ zajmuję cały pokój ;P Cała układanka ma mieć wymiary ok 1,4x1 m! 

Świecę odpaliłam jeszcze tego samego dnia, którego ją dostałam. Puzzle z Central Parkiem "pyknęłam" w dobę po powrocie do domu ze Świąt. Kaplicę otworzyłam 2 stycznia... idzie mi ciężko :P Ale zapieram się, że skończę, tylko jeszcze nie wiem kiedy. 

Poza tym ostatnio mamy trochę fajnych spotkań przy planszówkach i bardzo chcemy się tego trzymać. Gdy mieszkaliśmy w akademiku przynajmniej co tydzień graliśmy (głównie w Carcassonne). Teraz zaraziliśmy kuzynostwo tą grą, na tyle, że sami sobie ją kupili. U znajomych z naszego duszpasterstwa poznaliśmy Dixit i Catan. A w sylwestra miało być spokojnie przy planszówkach i było- poza przerwą na szampana i fajerwerki o północy, graliśmy głównie w Tajniaków od 23 do 4. I skończyliśmy tylko dlatego, że byliśmy na tej imprezce z Córką i trzeba było kiedyś wracać do domu :)

Wieczorami Córka przychodzi z puszką Dobble albo talią Uno i robimy szybkie sesyjki tymi grami. Ona się rozkręca niesamowicie przy moim tacie - ogromna wiedza i inteligencja taty wjeżdża młodej na ambicję i ona go ciągnie do Scrabbli i Państwa-miasta. I zmusza do szachów (tata nigdy nie był w tym kozakiem, ale podejmuje rękawicę). 

Co jeszcze zajmuje wolne chwile, poza puzzlami i grami (i książkami, telewizją i serialami na Netflixie)? Mam taką jedną rozrywkę intelektualną: obrazki logiczne. Nie jestem w tym kozakiem, ale bardzo to lubię. Polecam bardzo :) 

Grafika z wydawnictwa Logi, które wydaje Obrazki logiczne co miesiąc

 

A Wy, co robicie w wolnym czasie? Co oglądacie na Netflixie, jeśli go macie? 

czwartek, 22 listopada 2018

Chyba nie ma co obiecywać, że wracam, że teraz już będzie regularnie, że ruszam z pisaniem z kopyta.

Ale myślę o Was, o tym miejscu, i nie chcę, żeby umarło
doszczętnie.

W moim życiu standard- karuzela!

W dużym skrócie- nasza rodzina miała się powiększyć, jednak dalej jesteśmy w tym samym składzie i nie wiem, czy będziemy mieli kiedykolwiek jeszcze okazję, żeby świadomie i z przekonaniem zdecydować się na starania.

Nie planowaliśmy kompletnie ciąży, stało się. W połowie maja, po dość intensywnym czasie w pracy i życiu rodzinnym (w tym czasie mąż z moim kuzynem wymieniali silnik w aucie które wcześniej kupiliśmy) zobaczyłam dwie kreski na teście... Byłam i będę wdzięczna mężowi za jego wsparcie w tym czasie. Jakieś 4 tygodnie po dwóch kreskach zobaczyliśmy maleństwo… ale nie biło mu serduszko… Jej…

Poszłam na zabieg, bo znowu „nie poszło samo”. Nie chciałam, żeby w pracy ktokolwiek wiedział: miałam zamiar wrócić szybko do pracy. Wróciłam… i po trzech dniach pracy wiedziałam, że oszaleję, jeśli nie dam sobie więcej czasu.
Po zabiegu było gorzej niż przedtem…

Niemal dwa tygodnie po zabiegu powiedziałam w pracy, że poroniłam i przechodzę na skrócony macierzyński. Miałam już wtedy zaplanowany urlop na sierpień, bo Synka żłobek nie pracował wtedy. Urlop skróciłam do dwóch dni, tak, żeby rodzice mogli przejąć Synka jak im pasowało: jedni dziadkowie jeden tydzień, drudzy- następny. 20 sierpnia z komputerem w ręce przychodzę do pracy. Szef wieczorem dzień wcześniej mi napisał: bądź na 8.30. Jeszcze na niego poczekałam…
Przyszedł i powiedział że musimy się pożegnać.

Ot tak, nie mam pracy.

Chyba nie trzeba długo dedukować, żeby domyślić się, że w takiej sytuacji zrobiono mi najgorsze, co tylko możliwe…

Zbieram się. Kroczek po kroczku, dzień po dniu. Chyba jest już całkiem nieźle, jeśli teraz piszę bloga. Dzieci nam rosną, Synek niedawno skończył 3 lata i odnajduje się w publicznym przedszkolu a Córka to już naprawdę pannica, nosząca okulary, zaczytana i wygadana. Ja sama zastanawiam, co jest moją drogą. Wiążemy koniec z końcem, dlatego mam taką możliwość. Jestem zabiegana i mało mnie w domu.

 

Mam nadzieję, że naprawdę najgorsze już za nami.

poniedziałek, 19 marca 2018

 

Są takie dwie rzeczy, które Synka zachwycają, pasjonują wręcz. Oczywiście, bywają i inne zachwyty, nawet dość regularnie, ale te dwie się wybijają.

Pierwsza, największa miłość: AUTA! 

Synek wciąż mówi mieszanką wietnamskiego i koreańskiego, a polskie słówka dopiero podłapuje. Jednak jednym z pierwszych było: AAA-tooo, czy obecnie auta i auto :)

Pasja chyba jednak odziedziczona, bo nikt w całej mojej rodzinie nie pasjonuje się motoryzacją, za to Mąż to uwielbia. I Synio jest zdecydowanie jak tatuś w tej kwestii. Na ulicy najlepsze są autobusy i ciężarówki (do tego mamy piski i machanie do tramwajów :) Synek umie stać przy półce czy łóżku i jeździć po nich autkami bardzo długo (np. pół godziny, 45 minut non stop takiej zabawy). Najlepiej, żeby pojazdów było więcej- wtedy jedzie się po kolei wszystkimi w jedną stronę, potem, po kolei, się wraca. Albo tworzy wręcz "pociągi". Fascynuje go ruch kół (także tych rowerowych, czy tylko udających koła- np. toczy rolkę taśmy klejącej po stole i przygląda się intensywnie). 

Drugą wielką radością i pasją są konie. I figurki, i w telewizji chętnie obejrzy, i na wyścigach konnych przeżywa. Udawanie dźwięków, galopowanie zabawkami to wielka radość i może trwać bardzo długo. Na Planete+ był wyświetlany cykl "Życie na wyścigach". Młody oglądał go zachwycony! Na pewno w tym roku znowu będziemy jeździć na wyścigi, choćby dla radochy najmłodszego członka rodziny. :)

 

Synek pokazuje nam, jak mocno dzieci obserwują dorosłych. Podczas olimpiady sam "skakał" (pozycja jak na rozbiegu), "biegał na nartach" ("szu-szu" i ruszał rączkami jakby miał kijki w rękach) czy zjeżdżał po muldach. Potem tak samo reagował gdy oglądaliśmy lekkoatletyczne mistrzostwa świata w hali. A na wyścig kolarski? Nie tylko ustawiał się w odpowiedniej pozycji, ale zaciągnął mnie pod drzwi balkonowe i pokazał, że ma tam rowerek (nieużywany od listopada lub grudnia!) i kazał sobie przynieść do pokoju :) To jest niesamowite i pokazuje, ile "kapuje" i ile pamięta taki dwulatek:)

12:54, cinnamon.tea
Link Komentarze (1) »

Są takie dwie rzeczy, które Synka zachwycają, pasjonują wręcz. Oczywiście, bywają i inne zachwyty, nawet dość regularnie, ale te dwie się wybijają.

Pierwsza, największa miłość: AUTA! 

Synek wciąż mówi mieszanką wietnamskiego i koreańskiego, a polskie słówka dopiero podłapuje. Jednak jednym z pierwszych było: AAA-tooo, czy obecnie auta i auto :)

Pasja chyba jednak odziedziczona, bo nikt w całej mojej rodzinie nie pasjonuje się motoryzacją, za to Mąż to uwielbia. I Synio jest zdecydowanie jak tatuś w tej kwestii. Na ulicy najlepsze są autobusy i ciężarówki (do tego mamy piski i machanie do tramwajów :) Synek umie stać przy półce czy łóżku i jeździć po nich autkami bardzo długo (np. pół godziny, 45 minut non stop takiej zabawy). Najlepiej, żeby pojazdów było więcej- wtedy jedzie się po kolei wszystkimi w jedną stronę, potem, po kolei, się wraca. Albo tworzy wręcz "pociągi". Fascynuje go ruch kół (także tych rowerowych, czy tylko udających koła- np. toczy rolkę taśmy klejącej po stole i przygląda się intensywnie). 

Drugą wielką radością i pasją są konie. I figurki, i w telewizji chętnie obejrzy, i na wyścigach konnych przeżywa. Udawanie dźwięków, galopowanie zabawkami to wielka radość i może trwać bardzo długo. Na Planete+ był wyświetlany cykl "Życie na wyścigach". Młody oglądał go zachwycony! Na pewno w tym roku znowu będziemy jeździć na wyścigi, choćby dla radochy najmłodszego członka rodziny. :)

 

 

Synek pokazuje nam, jak mocno dzieci obserwują dorosłych. Podczas olimpiady sam "skakał" (pozycja jak na rozbiegu), "biegał na nartach" ("szu-szu" i ruszał rączkami jakby miał kijki w rękach) czy zjeżdżał po muldach. Potem tak samo reagował gdy oglądaliśmy lekkoatletyczne mistrzostwa świata w hali. A na wyścig kolarski? Nie tylko ustawiał się w odpowiedniej pozycji, ale zaciągnął mnie pod drzwi balkonowe i pokazał, że ma tam rowerek (nieużywany od listopada lub grudnia!) i kazał sobie przynieść do pokoju :) To jest niesamowite i pokazuje, ile "kapuje" i ile pamięta taki dwulatek:)

 

12:53, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »

Są takie dwie rzeczy, które Synka zachwycają, pasjonują wręcz. Oczywiście, bywają i inne zachwyty, nawet dość regularnie, ale te dwie się wybijają.

Pierwsza, największa miłość: AUTA! 

Synek wciąż mówi mieszanką wietnamskiego i koreańskiego, a polskie słówka dopiero podłapuje. Jednak jednym z pierwszych było: AAA-tooo, czy obecnie auta i auto :)

Pasja chyba jednak odziedziczona, bo nikt w całej mojej rodzinie nie pasjonuje się motoryzacją, za to Mąż to uwielbia. I Synio jest zdecydowanie jak tatuś w tej kwestii. Na ulicy najlepsze są autobusy i ciężarówki (do tego mamy piski i machanie do tramwajów :) Synek umie stać przy półce czy łóżku i jeździć po nich autkami bardzo długo (np. pół godziny, 45 minut non stop takiej zabawy). Najlepiej, żeby pojazdów było więcej- wtedy jedzie się po kolei wszystkimi w jedną stronę, potem, po kolei, się wraca. Albo tworzy wręcz "pociągi". Fascynuje go ruch kół (także tych rowerowych, czy tylko udających koła- np. toczy rolkę taśmy klejącej po stole i przygląda się intensywnie). 

Drugą wielką radością i pasją są konie. I figurki, i w telewizji chętnie obejrzy, i na wyścigach konnych przeżywa. Udawanie dźwięków, galopowanie zabawkami to wielka radość i może trwać bardzo długo. Na Planete+ był wyświetlany cykl "Życie na wyścigach". Młody oglądał go zachwycony! Na pewno w tym roku znowu będziemy jeździć na wyścigi, choćby dla radochy najmłodszego członka rodziny. :)

 

 

Synek pokazuje nam, jak mocno dzieci obserwują dorosłych. Podczas olimpiady sam "skakał" (pozycja jak na rozbiegu), "biegał na nartach" ("szu-szu" i ruszał rączkami jakby miał kijki w rękach) czy zjeżdżał po muldach. Potem tak samo reagował gdy oglądaliśmy lekkoatletyczne mistrzostwa świata w hali. A na wyścig kolarski? Nie tylko ustawiał się w odpowiedniej pozycji, ale zaciągnął mnie pod drzwi balkonowe i pokazał, że ma tam rowerek (nieużywany od listopada lub grudnia!) i kazał sobie przynieść do pokoju :) To jest niesamowite i pokazuje, ile "kapuje" i ile pamięta taki dwulatek:)

 

12:52, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 lutego 2018

Będąc na macierzyńskim praktycznie kompletnie zmieniłam repertuar czytanych przeze mnie książek. Z kryminałów, sensacji, czasami czegoś jeszcze luźniejszego przeszłam w ciężki kaliber. Ilość książek, które przeczytałam w drugiej połowie 2016 i w 2017 nie przyprawia o ból głowy (albo przyprawia, ale z powodu tak niskiego poziomu…). Za to trzeba przyznać, większość z nich była wręcz ciężka!

 

Właściwie zaczęłam już w ciąży- sięgnęłam po „Chustkę” i przeżyłam tą lekturę bardzo. I doceniłam życie. Łez się polało sporo, szczególnie że czytasz, czytasz, wiesz, że autorka umrze, stron do końca było tak mało, tak maleńko, a tu jeszcze tyle spraw, spotkań, tyle lat wychowywania synka miało być przed nią… Czytałam książkę z biblioteki, ale ostatecznie później kupiłam egzemplarz dla mojego taty i siebie.

Gdy Synek miał około 4 miesięcy wybrałam się z nim na jedyny mój seans kinowy dla mam. Rewelacyjna sprawa, tylko najczęściej repertuar nie powalał ;) Ale wtedy wyświetlany był „Spotlight”. Objerzałam, stwierdziłam, że nie dość że to kawał dobrego kina, fantastycznie opowiedziana historia i w ogóle mnie nie dziwią Oscary dla tego filmu, to zrobiło mi się straszliwie przykro. Jakkolwiek temat jest obrzydliwy, z poczucia jakieś odpowiedzialności, uznałam, że powinnam przeczytać książkę, która jest podwaliną filmu. Oooo matko, jak to się ciężko czytało… za dużo tego, za strasznie. Ale przejęłam się tematem i książkę przeczytałam w całości.

Podobnie ciężki temat przerobiłam „po polsku”- Głuchowski i Aksamit świetnie ogarnęli temat nam geograficznie bliski. „Zatoka świń” opowiada o historii, która ujrzy światło dzienne kiedy samobójstwo popełnia nastoletnia Anaid, rzucając się pod pociąg w Gdańsku. Miałam mdłości czytając to….

W międzyczasie łyknęłam trzy książki, których autorki gwarantują mi szybką, wspaniałą lekturę- „Pogromcę lwów” Camilli Lackberg, „To co zostało” Jodi Picoult i „Feblik” Małgorzaty Musierowicz. Teraz już zacieram rączki na premierę „Ciotki zgryzotki” :) Książki Musierowicz standardowo także kupuję, ale poza tym raczej korzystam z biblioteki i możliwości czytania książek na smartfonie.

Potem przeczytałam mój prezent na urodziny, które obchodziłam dzień przed narodzinami Synka, „Łączniczki”, o młodych dziewczynach które były łączniczkami w czasie II Wojny Światowej. Pełna podziwu jestem dla pań opisanych w książce. Nie raz, nie dwa, nie dziesięć z Mężem powtarzamy sobie, jak wielkimi szczęściarzami jesteśmy, żyjąc teraz, a nie kiedy indziej…

Wspaniałą lekturą, ale wciąż niebędącą w moim standardowym zestawie, była „Na oceanie nie ma ciszy” Aleksandra Doby, niezwykłego człowieka, który przepłynął kajakiem Atlantyk. Mąż zażyczył ją sobie na prezent. Przeczytaliśmy ją z mężem oboje i puściliśmy w obieg, naprawdę polecam.

Przeczytałam też dwie pierwsze części Pieśni lodu i ognia, czyli „Grę o tron” i „Pieśń lodu i ognia”. Ale to nie były największe cegły!
Najobszerniejsza książka, którą przeczytałam niestety w połowie- ale do niej na pewno wrócę- jest „Głód” Martina Caparrosa, z 800 dużych stron reportażu o problemie głodu. Z każdej strony. Z różnych punktów widzenia i różnych miejsc na świecie. Strasznie trudna, ale niezwykle potrzebna lektura. Dająca wiele do myślenia. Nie wiem, czy wszyscy są w stanie przez nią przebrnąć, ale… chyba powinni. Także dla zrozumienia wielu rzeczy…

Chwila „oddechu”, czyli powrót do klasyki: Coben „Już mnie nie oszukasz”, „Dawca” Tess Gerritsen i „Krew na śniegu” Jo Nesbo. Do tego „Florystka” Katarzyny Bondy. Kto lubi, polecam. Z tego zestawu chyba najsłabsza Gerritsen.

Bardzo ciekawa, pouczająca książka to było „Fantastyczne laboratorium doktora Weigla”. We Wrocławiu to nazwisko jest znane, bo Wro to swoiste dziedzictwo Lwowa (a na ulicy jego imienia znajduje się szpital i instytut immunologii PAN). Doktor Rudolf Weigl opracował szczepionkę na tyfus, i potem podczas II Wojny Światowej mógł przyczynić się do spokojniejszego życia wielu osób (bo unikali zsyłki i dostawali lepsze racje żywnościowe dzięki służeniu jako karmiciele wszy :P brzmi strasznie, wiem). Świetna książka, i tym bardziej polecam, że imo doktor Weigl nie jest należycie znany obecnie.

Jak już się zagłębić w tematy historyczne, to dorwałam „Królową” Lady Collin Campbell, biografię Królowej Matki, Elżbiety Bowes-Lyon. Mocno sobie obczytałam tematy poruszone w tej książce, więc teraz, przy oglądaniu „The Crown” mogę coś szeroko skomentować :)

Żeby ustosunkować sobie wiedzę kryminalistyczno-kryminologiczną, sięgnęłam po książkę która jest zestawem wywiadów z prokurator i wykładowcą, Moniką Całkiewicz. W „Zbrodni prawie doskonałej” trochę się dowiedziałam, coś uporządkowałam w głowie. Zdecydowanie jest to lektura pt. „aby mózg mi nie zwiędł”.

Potem książki z innych krajów niż zazwyczaj. Bardzo, bardzo mi się podobały „Boginie z Zitkovej” Katariny Tuckowej, świetnie napisane, genialne połączenie fabuły, historii, akt. Czechy górą :) Potem jeszcze francuskie „Trzy dni i jedno życie”.

Teraz podłapałam fabularyzowane biografie postaci historycznych. Lecę drugi tom o Eleonorze Akwitańskiej (XII wiek, autorstwa Elizabeth Chadwick), w międzyczasie przeczytałam „Grę o kości” Elżbiety Cherezińskiej. I powiem wprost- na historii powinny być lektury. Takie właśnie. I nagle postaci nie byłyby tylko formułką i wszystkie fakty wchodziłyby jak złoto!

Obecnie jeżdżę do pracy na drugą stronę miasta, więc być może wrócę do lżejszych lektur. Ale z pewnością poszerzyłam sobie horyzonty i będę eksperymentować z różnymi formami i tematami.

 

Poza „Ciotką zgryzotką” chcę przeczytać najnowsze książki Cobena, Lackberg, Miłoszewskiego i książkę o Zero Waste.

 

A Wy? Co czytacie, co jest na Waszej liście "must read"?

 

23:30, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 lutego 2018

Pewnie trochę za mało pisałam, ale rok 2017 był dla nas naprawdę koszmarny. Nawet nie to, że: miał być zupełnie inny (a miał!) tylko był okropny i dobrze że się skończył. 

Zaczęło się właściwie w ostatnich dniach 2016- dwa dni przed sylwestrem pierwsze USG pokazujące, że coś z Ziarenkiem jest nie tak. Potem strata maluszka...
Następnie jakieś nadzieje, złe wieści dotyczące mojego zdrowia, kolejna wizyta na ginekologii, niezbyt bezpieczny zabieg. Miesiące kontroli. 
Później powoli, acz systematycznie nasza sytuacja finansowa się pogarsza, co samo przez się jest przecież problemem. Bolesna decyzja o nie-wracaniu do Gdańska. Szukanie pracy. Stres. 
Choruję cały październik i pół listopada, Córeczka- pół listopada. Pod koniec listopada z parkingu znika nasze auto. Jak to mówią: normalnie, ukradli! Jakby ktoś się pytał: nie odzyskaliśmy, już dostaliśmy pismo o umorzeniu postępowania.
Grudzień to bardzo duże problemy zdrowotne naszego Kota. Niestety, mimo leków, codziennych kroplówek, starań... w drugi dzień świąt wieczorem odchodzi...

Do tego jesienią dwie bliskie nam osoby w rodzinie przeżywają duże problemy- jedno nagle choruje i traci wzrok w jednym oku. Drugie zostało pobite tak, że kilka dni było realne zagrożenie życia tej osoby (powoli powoli jest coraz lepiej; a tu policja nie odpuściła i sprawca jest areszcie). 

 

Plusami są oczywiście nasze dzieci, wesele kuzyna (i wszystko co z tym związane), oraz moja siostra, która stworzyła szczęśliwy związek. Ostatecznie znalezienie nowej pracy. I my, ale to już inna kwestia, jakkolwiek nie powinno się traktować relacji jako totalnego constans, ale niech to trwa i twa. Dodatkowo, za pewien sukces uważam to, że Synek dostał się najnormalniej w świecie do miejskiego żłobka, gdzie jest mu całkiem dobrze (adaptacji praktycznie nie wymagał, warunki i panie super).

Tak wygląda szybkie podsumowanie wielu ostatnich miesięcy. Mimo wszystko szukamy pozytywów gdzie się da. 

Dzieci rosną niesamowicie- Córeczka wczoraj skończyła 12 lat. Tortu nie było. Było sushi :) 2/3 do dorosłości!!! Tak szybko mija czas... 

 

Tak wyglądaliśmy w pierwszy dzień nowego roku- zdjęcie specjalnie po to, żeby pokazać, jaka Córeczka jest duża. Wybaczcie mi- bez makijażu i spuchnięta z niewyspania po sylwestrze :) 

Życzę Wam miłego dnia... i do napisania niebawem! :) 

13:08, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 grudnia 2017

Wśród wielu... nieprzyjemnych wydarzeń podjęliśmy- niestety!- ostateczną decyzję. 

 

Ostatecznie. Na lata. Aż dzieci wyfruną. Zostajemy na Dolnym Śląsku. 
We Wro. 

 

Szykuję zawodowo coś ciekawego, ale na razie jest mi po prostu bardzo smutno, bo część mojego serducha zostało na Pomorzu, w Gdańsku, w tamtej pracy. I nic tego nie zmieni. 

 

17:31, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 31 lipca 2017

Aż nie chce mi się wierzyć, że nie było mnie tu ponad 3 miesiące! Czas mi szybciutko przez palce leci... 

 

W kwietniu zaliczyłam wielki dół, stanęło wszystko co chciałam, żeby działało. Porzuciłam różne pomysły, jak widać i blog dostał rykoszetem... Potrzebowałam kilku tygodni na ogarnięcie się po tym co mi się zdarzyło - w połowie kwietnia znowu trafiłam na oddział ginekologiczny, okazało się że urosło we mnie coś niefajnego. W dużym skrócie- jestem pod stałą kontrolą a o ewentualnych staraniach na razie mowy być nie może... Więc stąd ten dół i w ogóle... 

Powoli jednak stanęłam na nogi i teraz jestem po prostu... zajęta. Wróciłam do szycia i właściwie teraz nie ma dnia bez wycinania albo maszyny. W maju zajechałam na śmierć moją pierwszą maszynę, chiński plastik pod tradycyjnie polskim znaczkiem :P I na dzień matki, tak się złożyło, mąż mi kupił nową, taką już super :) Do tego odkąd wyrównały mi się wreszcie hormony odrobinę wreszcie schudłam.

Stuknęło nam 8 lat razem. Szmat czasu! Mieliśmy dla siebie niewiele czasu ostatnio: mąż dużo pomagał mojemu kuzynowi w remontowaniu mieszkanka. Chłopaki się bardzo zaprzyjaźnili, kuzyn został chrzestnym Synka, teraz mąż został świadkiem kuzyna. Wesele odbyło się w lipcu i było wielkim rodzinnym, wspaniałym wydarzeniem. Dla nas na dokładkę- poza świadkowaniem męża wieczorem przyjechali teściowie i zabrali Synka na całą noc. Nie ukrywam, pierwszy raz się tak zdarzyło i przeżywałam bardzo, ale z drugiej strony wykorzystałam to na maksa- poszliśmy spać ok 5.30, wytańczyliśmy się do końca. Było warto. I było fantastycznie :) 
W lipcu zaliczyliśmy jeszcze jedno wesele, kolegi, tym razem w rodzinnym mieście męża, i sytuacja się powtórzyła. Synek z Córeczką, dziadkiem i ciocią zupełnie bezproblemowo, to raczej ja przeżywałam. 

Młody nie zrezygnował z bycia Tajfunkiem, wciąż jest go pełno. To bardzo pogodny, wesoły, stanowczy mały chłopczyk z przepięknym uśmiechem :) Ma 20 miesięcy, czyli rok i 8 miesięcy, nie mówi po polsku wcale, ale nie mam większych problemów z domyśleniem się, o co mu chodzi. Odstawiony od piersi w kwietniu, obecnie woła o butelkę w nocy, ale już najczęściej nie jest wyjmowany z łóżeczka więc my śpimy trochę wygodniej (był taki czas, kiedy Synek spał na mnie. Na mojej twarzy i szyi. W poprzek. Najgorzej jak mu pieluszka zaczynała przeciekać :P). Obserwowanie go to czysta przyjemność!

Córeczka to już naprawdę pannica. Wyższa ode mnie, 158 cm miała miesiąc temu, rozmiar buta 38, trochę przeżywa to, że tak się rozwija, bo żadna inna dziewczynka w klasie jeszcze tak wyraźnie nie dojrzewa ani też nie jest taka wysoka. Uważam, że nie ma co się martwić, poza tym jest po prostu łądna! I sama chciałabym w jej wieku mieć hm, taki biust :) Ostatnio niesamowicie się rozczytała- w tym tygodniu czyta po 40, 60 nawet 100! stron książki dziennie. Zaczęła czytać "Anię z Zielonego Wzgórza" w wakacje 2015 roku, ale jak teraz do niej wróciła... to chyba dorosła. I łyka te książki teraz :) Oby jej nie przeszło :) Córeczka jest niesamowicie odpowiedzialna i bardzo kocha brata, umie się nim zająć pięknie, czasami wręcz nas to wzrusza :) 

No, i tyle że tak powiem, na teraz. 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Rok i 5,5 miesiąca i 14 zębów! W tym wieku Córka miała ich... 4 :P 

 

Synek ma obecnie ksywkę "Tajfuniątko": nie dość że porusza się bardzo szybko i bardzo często, to jeszcze rozwala i wywala wszystko co jest na jego drodze. Żebyście widzieli, jak obecnie wygląda nasz salon... Jest naszą iskierką i ogromną radością. 

Córkę za to czeka wielki sprawdzian: za trzy tygodnie wyjeżdża na Zieloną Szkołę. Trzy z jej klasy z dwiema pełnymi klasami szóstymi O_o Mam nadzieję, że przeżyje- jeszcze nigdy nie była tak długo bez kogokolwiek z rodziny... 

 

A ja... ja kompletnie nie wiem co dalej. Więc na razie cieszę się z nich... i tyle 

13:15, cinnamon.tea
Link Komentarze (9) »
wtorek, 18 kwietnia 2017

Nie ma to jak wrócić, wysmarować post, i następnie wciskając "publikuj wpis" przekonać się, że coś się zawiesiło i post zniknął... :((

19:19, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 marca 2017

Mogę rozmawiać o tym, co się nam przydarzyło. Dzięki temu mogę dzielić się swoim doświadczeniem, ale i uświadamiać innych. Przeraża mnie to, ilu kobietom przydarza się poronienie. I zadziwia to, że tak mało wie, jakie ma prawa czy możliwości. 

Mało kto wie
że można uzyskać skrócony urlop macierzyński po poronieniu (8 tygodni)
że można wykonać badania genetyczne nawet w przypadku pustego jaja płodowego (bzdurą jest to, że tam nigdy nie było żadnego dziecka... po prostu przestało się rozwijać bardzo szybko. Ale jego DNA jest w pęcherzyku ciążowym i żółtkowym, można je wyodrębnić, poznać płeć- dzięki temu uzyskać prawo do urlopu, rejestracji i zasiłku pogrzebowego), można też zebrać materiał podczas poronienia w domu 
że można dzieciątko pochować, choćby było baaardzo malusieńkie
że można uzyskać zasiłek pogrzebowy po pochowaniu maleństwa

Równie dobrze można wyjść ze szpitala z kilkoma dniami L4 i zostawić to wszystko za sobą. Dzieci po poronieniach w takiej sytuacji są odbierane raz na jakiś czas ze szpitala i chowane we wspólnej mogile. Całość jest organizowana przez fundację która się tym zajmuje.

Obie drogi mogą być te najlepsze dla danej mamy, rodziców. Obie mogą powodować pewne... smutki. 

Ja wspominałam, że zdecydowaliśmy się na badania. Zdecydowaliśmy się w ostatniej chwili, na pół godziny przed wprowadzeniem mnie w narkozę do zabiegu. To nie była łatwa ani tania decyzja. Ale po czasie tym spokojniejsi jesteśmy, że te badania zrobiliśmy. Najtrudniej było na początku- że dowiedzieliśmy się, że to był chłopczyk, nasz drugi synek, i gdy musieliśmy wybrać mu imię, na szybko, w smutku. Dobre jest to, że mogliśmy poczekać z pochówkiem. Gdyby każdy po śmierci swojego bliskiego mógł się ogarnąć,uspokoić, zebrać dokumenty i zgłosić się do zakładu pogrzebowego po ponad miesiącu...

Jak widać, to wszystko jest procesem. Trwa. Musi. Bo czas musi przejść żeby zacząć się leczyć. I tak się trzymamy- czy to wiara, czy miłość, czy rozsądek, przechodzimy przez to wszystko chyba całkiem nieźle. Ale to musi potrwać jeszcze.

Patrzę na Syneczka, naszego kochanego urwiska, pogodnego, wszędobylskiego Synka, i my 


22:21, cinnamon.tea
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 lutego 2017

Córeczka tydzień temu skończyła 11 lat!!! Ona jest szczęśliwa, że jest nastolatką, my zbieramy siły :) W szkole radzi sobie nieźle, choć ma potknięcia. Mimo miliarda zadań codziennie ogarnia matematykę bez większych problemów, wciąż gra na gitarze, na zajęciach teatralnych, w piłkę ręczną, uczęszcza za zajęcia z ceramiki... Jest bardzo samodzielna, trochę tak jak za czasów jej rodziców- jeździ samodzielnie autobusem i w ogóle... Jestem z niej dumna.

A Synek zaraz skończy 15 miesięcy. W tym samym wieku Córeczka miała dwa ząbki, on ma dwanaście. Łobuzuje i szaleje, śmieje się w głos, nie można się przy nim nudzić, daje wiele radości. Każdy jego postęp przeżywamy wszyscy i cieszymy się z tego. Ostatnio tatuś przejmuje pewne czynności przy synku, bo karmię już tylko w nocy; Mąż jest zachwycony i czasami wręcz prosi, że on go uśpi/ da butlę/ wykąpie/ zostanie z nim jak ja mam gdzieś iść. 

Dzieciaki motywują do uśmiechu, tak było i będzie

2660718

2660713

2660703

 

Pożegnaliśmy nasze maleństwo 3 tygodnie temu. Musiałam zostać na noc w szpitalu, ale fizycznie nie było tak źle. Psychicznie bywa różnie, ale wydaje mi się, że radzimy sobie. Zdecydowaliśmy się na badania, więc wiemy, że cokolwiek byśmy nie zrobili, maluszek był tak chory, że nie zatrzymalibyśmy go przy sobie. Im więcej jednak wiemy o tym dziecku, tym bardziej ono jest (nie)obecne i nam go brakuje. 
Pewnie ktoś się zapyta- tak, chcielibyśmy niedługo spróbować jeszcze raz. 

10:45, cinnamon.tea
Link Komentarze (5) »
piątek, 13 stycznia 2017

Czy szyję czy krzątam się po domu to słucham Szustaka. I to miód na moje serce. 

Kiedyś youtube służył mi do uczenia się pielęgnacji ciała, makijażu, informacji ciążowych czy znajdowania ciekawych, wartych kupienia, rzeczy. Teraz czasami ubogaca mnie duchowo :) 

19:17, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 stycznia 2017

Przepraszam. 

Tyle się działo... Poległam na szykowaniu tutaj mnóstwa zdjęć na roczek Synka... potem było COŚ wielkiego, wspaniałego, coś co nam ułożyło najbliższy czas i bardzo nas uszczęśliwiło. 
A potem się skończyło.

 

Początek grudnia to była wspaniała wiadomość: jesteśmy w ciąży! Staraliśmy się krótko, więc tym bardziej się cieszyliśmy, nawet w lekkim szoku byliśmy, że się udało.
To były bardzo szczęśliwe trzy tygodnie...
A potem zaniepokojenie lekarzy: jednego, drugiego... Kontrola, jedna, druga... I tak jeszcze ich nie koniec, ale mimo, że fizycznie wciąż jestem w ciąży (straszliwie absurdalna i dobijająca sytuacja) to raczej skończy się zabiegiem.

Tak więc przeżywamy stratę. Są dni lepsze i gorsze, smutniejsze i te, kiedy daję radę. Nie do końca chyba umiem przekazać na piśmie, co i jak czuję... Momentami tylko mam wrażenie, że uznawałam siebie za silniejszą osobę. Z drugiej stron: to dziecko już zaistniało w naszych głowach, sercach, w naszej rodzinie i nie można do tego przejść do porządku dziennego od razu. I wiem, że żadne dziecko, posiadane lub przyszłe, nie zastąpi TEGO. Mamy dwójkę, być może będziemy mieli więcej. Ale TO nie zostanie zastąpione.

 

Przepraszam za takie smęcenie, ale niekiedy problemy i trudne przeżycia przechodzą na pierwszy plan...

 

PS. I Córeczka, i Synek mają się naprawdę świetnie. Synek jest łobuziakiem, domaga się uwagi, ale też i umie bawić się sam. Fajnie nam z nim. Córeczka za to bryluje w szkole i jesteśmy z niej po prostu dumni :)  

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga