RSS
wtorek, 28 stycznia 2014

   500 dni małżeństwa za nami! Kto by pomyślał, że tak to zleci, tyle się stanie w międzyczasie...

 

   Jeziorko nasze zamarzło :) Z racji tego, że owe "jeziorko" które mamy pod domem, czyli zbiornik retencyjny Świętokrzyska II, jest największym zbiornikiem wodnym w Gdańsku (i jeśli się nie mylę, w całym Trójmieście), ma dobrze ponad 5,5 ha powierzchni, to zamienił się w największe lodowisko w Trójmieście :) W sobotę, kiedy widzieliśmy pierwszych ludzi spacerujących po lodzie, miałam pewne obawy... Ale jak sobie pokalkulowałam, jakie mrozy i jak długo mieliśmy, ile osób na ten lód weszło, stwierdziłam, że w niedzielę pójdę "na godzinkę".

Jaka radość! Robić niemal po prostej 200, 300 metrów, mieć tyyyyyle przestrzeni wokół siebie, móc zmieniać kierunki, zakręcać, wykręcać, ćwiczyć jazdę do tyłu jakkolwiek i kiedykolwiek się chce :) Jeździłam już na zamarzniętym jeziorze, tuż obok domu mojej babci, tym, przy którym robiliśmy sobie zdjęcia podczas sesji ślubnej, ale tam powierzchnia jazdy była kilkanaście razy mniejsza :) Okazało się, że nawet kilka centymetrów delikatnego śnieżku nie przeszkadza w jeździe. Od czasu do czasu jednak można było trafić na jakąś nierówność, no i po pewnym czasie nierówności mnie pokonały ;) Jeździłam bez wywrotki niemal trzy kwadranse, a pod koniec wywaliłam się dwa razy w przeciągu może 10 minut. Ogółem: godzina i kwadrans na lodzie, trzy wywinięte orły, trzy razy poleciałam na to samo kolano. Które teraz, nota bene, wygląda jak obita śliwka- siniaki mam spore i z każdej strony, dodatkowo jeden mniejszy na łokciu. Banan na buzi jednak nie schodził do wieczora, i mam nadzieję że uda mi się wyrwać na pół godziny po pracy jeszcze w tym tygodniu :)

Zaliczyłam też wspaniałe spotkanie w sobotę, dowiedziałam się trochę o życiu w Norwegii, normalnie szkoda, że tak krótko! :)

"Pod mocnym aniołem" zdecydowanie zmusza do myślenia... Kolejny raz przekonałam się, że Pilch i ja nie rozumiemy się całkowicie, ale film jest tragicznie prawdziwy. Ale nie dostałam depresji, jakoś udało mi się przewalczyć tego doła i reszta weekendu minęła w całkiem fajnej atmosferze.  

W sobotę wybraliśmy się też na potańcówkę, z muzyką na żywo, i to muzyką staropolską- była nauka tańca (mazurka, oberka) było tańczenie wiwatu, miotly, pierwowzoru poloneza i bawiliśmy się naprawdę bardzo dobrze! :) Świetna sprawa, mam nadzieję że jeszcze na takie tańce się wybierzemy, nawet Córeczkę można zabrać na jakiś czas, bo na pewno się jej też spodoba :)

Takimi optymistycznymi akcentami trzeba wejść w nowy dzień, przewalczyć zamówienia i tym podobne, i stawić czoła jutrzejszemu dniu- Męża nie będzie, Córeczki nie ma już ponad tydzień, jakoś tak smutno mi będzie, i rano i po południu... Dobrze że Mąż wróci w nocy i już czwartek będzie w miarę normalny!

08:58, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 stycznia 2014

  Miałam fatalny dzień. I noc wcześniej. Kryzys na każdym froncie, stres, dół (PMS???).

  Mąż zabiera mnie do kina. Mam nadzieję że "Pod mocnym aniołem" będzie dobrą odskocznią.

  W międzyczasie do drzwi puka facet, chce sprzedać wiklinowe koszyki. Nie jesteśmy zainteresowani, ale od słowa do słowa wychodzi, że chodzi o jakikolwiek zarobek. Nie mamy drobnych- to może jedzenie? Jeśli ktoś tak się stara, i naprawdę zależy mu na jedzeniu, i chodzi od jednego małego bloku do drugiego w siarczysty mróz i prosi o pomoc, to jak odmówić? Zapakowaliśmy mu szynkę, którą Teść zrobił, dwie paki makaronu, pożyczyliśmy szczęścia.

   Niczego mi więcej nie trzeba. Właśnie w takim momencie, smutnym, nerwowym, przychodzi ktoś, i pokazuje, że jestem niesamowitą szczęściarą, że można mieć wiele tysięcy razy gorzej ode mnie... I wracam na swój normalny rytm, i muszę, muszę cieszyć się tym co mam. I nie narzekać!
 

   Idę do kina, jak nigdy doceniając, że do tego kina mogę iść.

 

18:40, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 stycznia 2014

   Niektórzy uważają, że nie czują różnicy, gdy jest już bardzo zimno- nie ważne, czy jest -5, czy -20, i tak im zimno, i tyle.

   Ja, dziecko z podnóża gór, jestem w miarę przyzwyczajona do dużych mrozów. Wilgoć w trójmiejskim powietrzu nawet i mnie skłania do dokładniejszego opatulenia się :) Dzisiaj jeździłam sobie trochę komunikacją miejską po różnych miejscach i ostatecznie wróciłam do domu mniej więcej godzinę temu, ok. 20.00. Wystarczyło mi przejść kawałek, byłam dosłownie 3 minuty poza ciepłym wnętrzem autobusu, żeby czuć, jak każdy mięsień się kurczy, a tworzywo, z którego zrobione są moje kozaki, zaczyna wyraźnie sztywnieć. Jednak -15 to nie to samo co -5 w niedzielę, kiedy mimo tej przejmującej wilgoci chodziłam z Córeczką i Teściem po Głównym Mieście. Brrr!

   Może dodatkowo źle to odczuwam, ponieważ zawsze w taki mróz wkładałam grubsze spodnie i buty trekkingowe. Teraz, no cóż, pracuję na etat, i zakładam kozaki i co najwyżej jeansy- ciemne i wpuszczane w buty. Może jednak rozważę założenie trekkingów jutro- w pracy wymienię je na moje dyżurne buty na wysokim słupku; jednak żółte sztruksy ("truksy" jak długo mówiła Córeczka) poczekają na weekend :) Jakoś jednak trzeba przetrwać te mrozy!

   Codziennie teraz cieszę się z firmowej bluzy, którą każdy z nas dostał na wyjeździe na Mazury. Granatowa bluza z kapturem, z polarem od wewnątrz, ratuje nas przed chłodem w biurze (Mąż się zżyma, czemu w domu- i w pracy- mówię open space; więc przynajmniej tu napiszę: biuro). Noszę ją niemal cały czas w pracy, mimo swetrów czy sweterków pod spodem. Firmowy znaczek mnie tłumaczy, nawet jeśli mamy jakiś zewnętrznych gości. Dzisiaj doszłam do wniosku, że nie można było znaleźć niczego bardziej przydatnego niż owe bluzy :) Nawet teraz piszę wciąż w nią odziana. Polar, który został zakupiony razem z kurtką zaraz po naszym ślubie, obecnie odpoczywa :)

 

   Na przekór tej wreszcie-ostrej-zimie, wczoraj rozgrzaliśmy nasze mieszkanie, urządzając kolację dla części moich współpracowników. Mamy ograniczoną przestrzeń siedząco- jadalną, więc najpierw wykombinowałam, że zaprosimy 4 osoby- razem z nami powinniśmy się spokojnie pomieścić przy stole. Z tych czterech odpadła jedna osoba, więc dzwonię do kolejnej koleżanki. Ona też nie mogła, więc zweryfikowałam liczbę gości i zaprosiłam małżeństwo, które u nas pracuje. Potem okazało się, że chłopak jednej z koleżanek jest w Gdańsku- super, oczywiście, wpadaj z nim... A już podczas biesiady dotarł spóźniony kolega razem z koleżanką, której miało nie być- i skończyły się nam krzesła :P Mam nadzieję, że im smakowało i się podobało... i że przyjdą ponownie :)

   Udało mi się zorganizować sobie pracę w kuchni tak, że spokojnie się wyrobiłam ze wszystkim! Zrobiłam falafle (pierwszy raz, ale wyszły bardzo fajnie i chyba będę je robić od czasu do czasu, nawet jako zamiennik kotletów); tzatziki; sałatkę ryżową z kurczakiem; parówki w cieście francuskim; babkę piaskową. W pewnym momencie większość gości zainteresowała się herbatą i mogłam zrobić to, o czym długo marzyłam- zaproponowałam masę przeróżnych rodzajów i ostatecznie w pięciu kubkach były cztery różne herbaty. Kiedyś wspominałam, że marzy mi się dom, do którego ludzie będą przychodzić na herbatę, wiedząc, że mają duży wybór :)

   Jeszcze ok. 1,5 tygodnia nie będzie Córeczki. Bardzo dziwnie mi wracać do pustego domu. Nie mieć planów, co zrobić z popołudniem. Czytać przez 1,5 godziny ciurkiem :) Nie mogłabym nie mieć dziecka! Jestem szczęśliwa, że mam co mam- Córeczkę, Męża, pracę. Z pracą- fajni ludzie i Gdańsk, a z Gdańskiem- nasze fajne mieszkanie. Chyba dobrze mi w moim życiu :)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

   Po prawdzie, myślałam że po studiach mi się zmieni, i ostatnie tygodnie stycznia/ pierwsze tygodnie lutego, włącznie z urodzinami Córeczki, będziemy częściej spędzać z nią. Tym bardziej, że myślałam, że będę nadal studiować :P Pierwsze kilka sesji Córeczka spędzała z babcią/ dziadkami, ja w tym czasie walczyłam- z fizyką, chemią fizyczną, analizą matematyczną (nieważne jaką), biochemią i całą resztą :) A na dokładkę niemal dokładnie 4 lata temu trafiłam na SOR z pierwszym rzutem kamicy żółciowej i zapalenia żołądka (14 miesięcy wcześniej miałam już taką superakcję, ale wtedy to było jednorazowe... i marzy mi się tak długa przerwa :)). Aktrakcji co nie miara :) Córa więc bawiła (się u) dziadków a my mieliśmy niby-wolne-ale-zapracowane ferie.

   Dziś tak oficjalnie rozpoczęły się pierwsze w życiu Córeczki ferie zimowe. I dzisiaj, z samiuśkiego rana, pojechała z Teściem z zaśnieżonego Gdańska do całkiem jesiennego Rodzinnego Miasta Męża. Cała Polska przed nimi do przejechania :) Od środy mają przyjść takie mrozy, i że i tam, na dalekim południu będzie zimno, więc dziadek taszczy w walizie Córeczkowe łyżwy i jabłuszko do zjeżdżania, wymęczone wczorajszą okołopołudniową serią zjazdów ;P W weekend pojadą do mojego Rodzinnego Miasta, najpierw wybawić się z Siostrzenicą Męża, równolatką, która będzie miała swoje ferie dopiero za miesiąc, żeby się wybawiły; potem pałeczkę przejmą moi rodzice.

   Mam nadzieję, że młoda będzie się dobrze bawić. Najczęściej u dziadków jest tzw. niby nic, ale jednak dziecko jest zadowolone, i albo zaliczy kino, albo teatr, coś dostanie, gdzieś pójdzie i jest fajnie. A teraz, odkąd mieszkamy daleko, jest mocniej stęskniona za dziadkami, i jak już u nich jest, to i za nami- po świętach wróciła i była taka kochana, że aż jaśniej się w domu robiło :)

   Co my planujemy? Nic specjalnego :) W środę zapraszam kilka osób z pracy na kolację, granie- taki pierwszy rzut, mam nadzieję że niedługo uda się zorganizować następny, dla kolejnych ludzi (wszystkich na raz nie pomieścimy ani nie nakarmimy). Dzisiaj jedziemy na lotnisko, witać Hołowczyca wracającego z Dakaru. W weekend spróbuję pojechać na Vistal znowu (dla przypomnienia: piłka ręczna kobiet), może gdzieś jeszcze, pokibicować? W piątek wygrałam w radiu wejściówki na lodowisko, podzielę się jedną z koleżanką z pracy, tylko jeszcze musimy ustalić kiedy iść. W Gdańsku przez czas ferii są organizowane urodziny Jana Heweliusza- nie wiem, czy uda się mi lub nam uczestniczyć, bo w pracy nie zwalniam ani na chwilę, ale jestem otwarta na każdą atrakcję :D 

12:04, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 stycznia 2014

   Córeczka po myciu głowy dzisiaj wzdycha: niedobry świecie, jakoś trzeba to przeżyć...

   No głowę da się umyć, nawet sama radośnie chwali się umiejętnością mycia głowy w wannie (wcześniej przecież tyle lat mieliśmy prysznic w akademiku), ale suszarka... to jest istne zło. Nawet w najsiarczystsze mrozy, w najpóźniejszy wieczór wyszłaby z łazienki z mokrymi włosami i liczyłaby na to, że same by się wysuszyły. A tu nie jest tak łatwo ;) Córa ma włosy gęste niesamowicie, poza tym rosną we wszystkie kierunki, więc jeśli zostawić je samopas to zrobi się szopa, i to jaka szopa-na-oczach.

   Wcześniej liczyła do 180-ciu, pod pretekstem tego, że jak policzy w odpowiednim tempie to będę suszyła ją tylko 3 minuty. Oczywiście, dziecko jeszcze nie tak biegłe w liczeniu to się pomyli, tu zapomni, tu policzy wolniej i jakoś dałam radę podsuszyć jej włosy przed "upłynięciem czasu". Teraz jest trochę łatwiej, z krótszymi włosami bywa łatwiej :)

   Z włosami to u nas w ogóle jest całkiem wesoło- śmieję się, że Mąż ma trawnik zamiast włosów, bo się tego nie obcina, to się kosi :P Ja, zanim zaczęło mi się to straszne wypadanie włosów na jesień, też miałam mocne, gęste włosy. Tylko moje są proste jak drut, jak Córeczkowe, a Mąż ma silnie skręcone :) Przypomina mi się reakcja naszych akademikowych sąsiadów na nasze zaręczyny: ale wasze dzieci będą miały piękne włosy! :P

   Tak więc staram się pogodzić Córeczkę z jej złem koniecznym- suszarką, Mąż odżywia włosy odżywką, a ja wcieram sobie wcierkę, trzymam olej rycynowy, żelatynuję włosy i... unikam suszarki (czyżby to przeszło z moim mlekiem? :P). I tak, wychodzi na to, że jesteśmy Rodziną Z Włosami ;)

 

BTW, co teraz używam:
Receptury Babuszki Agafii- Naturalny tonik do włosów, wzmacniający
Receptury Babuszki Agafii- Gęsty szampon wzmacniający
Syoss- Szampon przeciwłupieżowy
Olej rycynowy

wtorek, 14 stycznia 2014

   Mamy jeden produkt spożywczy, który obowiązkowo musimy mieć w domu, i to w zapasie.

   Mleko. Nie mąka, nawet nie makaron ani ryż czy ziemniaki. Mleko.

  Córka codziennie wieczorem chce kubek kakao. Ja rano piję kubek kawy z mlekiem, tak po amerykańsku- duży kubek, kawa słodka, pół na pół z mlekiem. Weekendy- często z mlekiem z płatkami na śniadania. W tygodniu- owsianka albo płatki jęczmienne. Chętnie jemy naleśniki albo popijamy mlekiem słodkie dania :) Schodzi nam przynajmniej 15 litrów miesięcznie, ale z tego co kojarzę, to bywały miesiące, gdzie spożycie mleka wynosiło dwie zgrzewki- czyli 24 litry :) To właśnie mleko powoduje, że przydaje się nam brać auto na zakupy raz- dwa razy w miesiącu... bez tego jesteśmy skazani na noszenie 3-4 kartonów co kilka dni z osiedlowej BiednejBronki ;P

   Strasznie się cieszę przy okazji, że nie mamy problemów z tolerancją laktozy czy skazą białkową. Ja uczulenie pokarmowe mam, ale nie na mleko- uff! Poszlibyśmy z torbami, gdybyśmy musieli kupować np. mleko kozie, którego smak pamiętam ze zmagań z moją dziecięcą skazą, która potem minęła.

   BTW owego żółtego dyskontu, który rozpogadza kolorystykę naszego osiedla- na początku, gdy mieszkańcy typu "jestem-bogatsza-klasa-średnia-co-to-to-nie-ja" dowiedzieli się, że to właśnie ten market będzie budowany, ponoć strasznie protestowali: no bo jak to, przecież to taki sklep dla biedaków... A teraz oczywiście walą jak w dym. I cieszą się z dodatkowej powierzchni do parkowania :)

23:12, cinnamon.tea
Link Komentarze (10) »
sobota, 11 stycznia 2014

   Mamy nowego stażystę. Wynajął mieszkanie na sąsiednim osiedlu i codziennie jedziemy kilka przystanków z pracy razem i gawędzimy. On sobie układa pewne sprawy i struktury w głowie, a ja się mogę nagadać :)

   Męczy mnie ta pogoda... Zdecydowanie bardziej wolałabym śnieg niż temperaturę w zakresie 0-5 stopni, wiatr i deszcz... I tak buty i torebki przemakają, parasolki wywracają się na drugą stronę, nic fajnego... I jakoś tak nienaturalnie, taka późna jesień bez zimy!
Dzisiaj do pracy szłam w butach trekingowych, wysokie obcasy wrzuciłam do torby i założyłam je dopiero w biurze. A i tak najbardziej zmokłam w momencie, kiedy wychodziłam z Córeczką ze szkoły- lunęło idealnie na czas naszej drogi do domu :/
Gdy odbieramy Córeczkę, ok 17.00, bywa, że jest już sama na świetlicy... Ona sama nie zawsze się tym przejmuje, ale trochę mi źle i głupio z tego powodu. Marzy mi się, że będzie wracać do domu sama i jakoś tak normalniej, raźniej będzie. Na razie staramy się przebijać przez miasto najszybciej jak to możliwe. I rozmawiać z młodą. I Mąż odprowadza ją, jeśli może, w czwartki i piątki najpóźniej jak się da...

   Mam chyba największy problem z włosami w życiu- nie dość że wypadają okrutnie od dłuższego czasu, to jeszcze skóa głowy na pewnych fragmentach bardzo się łuszyła, a teraz już nie schodzi dużymi płatami tylko po prostu mam łupież... Dzisiaj walczę z wypadaniem już na dwa sposoby: wcieram olej rycynowy i stosuję tzw. wcierkę ziołową. Ciekawa jestem efektów działania oleju- i na trzymanie się włosów, i na sam łupież :)  

01:05, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
środa, 08 stycznia 2014

   Dostałam pierwszą kartkę w kopercie. W niej: kartka dla mnie i mały papierowy ptak z origami dla Córeczki. Bardzo to miłe :)

    Kolejne kartki przypływają, ja też wysyłam swoje... i mam wrażenie, że polskie znaczki na kartki i listy za granicę są chyba najbrzydsze z jakimi się spotkałam! Aż wstyd :/

    Te dwa wzory najczęściej trafiają na moje kartki, mimo, że zawsze na Poczcie Polskiej (PP) pytam się o inne, ładniejsze. Nawet niektóre panie na poczcie zgadzają się ze mną!

            

   Bardzo liczę na fajne serie i ich obecność w placówkach PP które mam, najczęściej nieprzyjemność, odwiedzać. Świetny znaczek był dostępny latem... Na dokładkę bardzo pasujący pod nasze kolarskie zainteresowania :) Truskawkowy też się kiedyś trafiło :)

                      

   I takim znaczkom kibicuję! Oraz za możliwością kupienia i wydrukowania znaczka "za granicę" z nowej funkcjonalności PP- Envelo. Na razie staram się kupować znaczki hurtem albo w punktach pocztowych, żeby zaoszczędzić sobie czas i nerwy ;)

   Zastanawiam się, czy mam swoje ulubione znaczki spośród tych, które dotarły do mnie z postcrossingowymi kartkami... Chyba nie, ale bardzo mi się podobają znaczki z liśćmi z Ukrainy i okrągły znaczek z kulą ziemską z USA, który pasowałby w każdym kraju na świecie.

 

    Mój tata kiedyś kupował trochę znaczków, Córeczka dostała od niego cały klaser i bardzo się z niego cieszy. Sentyment do tych małych kawałków papieru gdzieś więc w naszej rodzinie jest, i tylko tak tłumaczę sobie fakt, że zwracam uwagę na takie szczegóły.  :)

23:17, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 stycznia 2014

   Fajny był tenweekend, szkoda że się skończył… :) Te kilka dni sam na sam z Mężem były
wspaniałe i bardzo nam potrzebne. Zresztą Vistal wygrał, a film w kinie bardzo się nam podobał i oboje wyszliśmy wzruszeni, co jeszcze dodało całości uroku :)

    Wyszło jednak tak, że pojechałam po Córeczkę. Udało się tak, że dojechałam do Wro, tam
przywiozła ją moja mama, i już we dwie wsiadłyśmy sobie do autobusu z powrotem.
W 21 godzin i 950 km z Polskim Busem :) Córeczka jest świetna w takich podróżach- jadąc na święta pól drogi po prostu siedziała, patrzyła przez okno, rozmawiała z nami. Trochę podjadała, słuchała bajek, śpiewała, bawiła się swoimi zabawkami. Teraz, mając dostęp do wi-fi, włączyłam jej bajki korzystając z jednej z aplikacji i młoda przyssała mi się do komórki ;) No i jadła, jadła, jadła- co 20 minut wołała, aż się śmiałam, że mimo siatki wałówki mało brakowało a wyszłaby z autobusu głodna!
    Ja przeczytałam jedną z czterech części wspomnianej już w postanowieniach sagi rodziny Oriany Fallaci. Podoba mi się, ma tylko jeden szkopuł- 800 stron, przez co ciężko się ją nosi i nieporęcznie czyta w autobusie. Dzisiaj zresztą właśnie przez to jej nie zabrałam do pracy…
Mam nadzieję, że mimo wszystko jakoś uda się „połknąć” tą książkę w czasie
akceptowanym przez bibliotekę :)


    Dzisiaj Córeczka zaliczyła wpadkę poranną- wychodzi z Mężem 10 minut po mnie, więc już ją instruowałam- wynieś już tornister na przedpokój, nie zapomnij o workach! Po świętach worek z
kapciami i worek z przebraniem na w-f czekały na przyniesienie do szkoły. I co?
Mąż dzwoni, że Córeczka jednak worków nie wzięła. Nie wiem, czy w takim razie na w-fie ćwiczyła, ale kapcie pożyczyła jej łaskawie koleżanka- śmialiśmy potem z Mężem że trzeba owej koleżance, za wyratowanie z opresji, kupić jakiś sok i batona… Córeczka ma za zadanie pamiętać o tym, co ma przynieść i zrobić- kiedyś jeszcze można było jej pomóc, bo do przedszkola czy do szkoły we Wro mieliśmy naprawdę niedaleko, ale teraz poprzeczka stoi wyżej- mamy dalej a i godziny pracy wzywają do autobusu zaraz po odprowadzeniu Córeczki. Ciekawe czy się czegoś panna dzisiaj nauczy…

   Miałam zacząć się malować- i nawet mi to wychodzi. Kolejne 3 kosmetyki niedługo do mnie przybędą i już doczekać się nie mogę… Dostałam fajną pojemną torbę z filcu pod choinkę, w której wszystkie możliwe drobne przedmioty grzechocą, więc wygrzebałam kosmetyczkę i noszę ją w torebce- pełni połączone funkcje kosmetyczki i piórnika. Sprawiłam sobie w weekend kozaki, z wysoką cholewą i na średnio wysokim obcasie, z porządną podeszwą, i mam radość z tego, że takie buty+ wąskie spodnie (moda pomaga- gdyby nie „skiny” miałabym problem, bo wszystkie spodnie dla siebie muszę skracać)+ kilka kilo mniej= fajny efekt, nawet podobam się sama sobie. Teraz byle utrzymać wagę i ubierać się konsekwentnie, malować regularnie i wreszcie będę wyglądać jak człowiek- już czas najwyższy!

   Szykują się nam kolejne rodzinne odwiedziny- w połowie stycznia przyjedzie Teść, nie tylko nas
odwiedzić, ale i zabrać Córeczkę na ferie. Po kilku dniach młodą przejmą moi rodzice- nie wiem jeszcze jak ona wróci, czy może my zjedziemy na weekend do domu rodzinnego- zobaczymy jeszcze. Z moją Sis umawiamy się na weekend w lutym, tym razem my pojedziemy do Stolycy- mamy obiecane, że wyjdziemy na tzw. balety- Sis znajdzie całonocną opiekę na d Córeczką a my pójdziemy bawić się we trójkę. Potem moja mama zaczyna ferie (mam nadzieję, że to ostatnie w jej życiu i przejdzie wreszcie na emeryturę, ale jej zapał do pracy nie maleje) i chce do
nas wpaść, uwaga „żeby Córeczkę zaprowadzać do szkoły” ;P Ciekawe, jak to z nią
będzie- wciąż musimy pracować nad wytyczaniem granic oraz jej próbami ingerowania w różne sfery naszego życia, ale chęci zawsze ma dobre, więc serio- nigdy nic nie wiadomo!

sobota, 04 stycznia 2014

   Mamy z Mężem weekend tylko we dwoje... Wreszcie! Doceniamy każdą chwilę :)

   Wczoraj Mąż zabrał mnie do miejsca, w którym byłam tylko raz, za dnia, a on bywał już wieczorami- w okolice Kapitanatu Portu. Okolica może jest mało urocza, ale gdy podejdzie się do brzegów portu, robi się bardzo ładnie. Sam budynek Kapitanatu jest całkiem ładny, światełka się świecą :) Pomnik na Westerplatte jest oświetlony, i choć z tak daleka przypomina bardziej totem indiański, to i tak wygląda dość niesamowicie (i dostojnie). Stamtąd wybraliśmy się jeszcze na chwilę na plażę w Brzeźnie i omawialiśmy nasze dwie podróże poślubne ;)

  Dzisiaj w planach mamy: wyjazd do Gdyni na mecz piłki ręcznej, potem kino w Gdańsku. I realizację pierwszego przepisu z książki kucharskiej, którą dostałam pod choinkę :)

   A zanim to wszystko dzisiaj się stanie, będę uważnie słuchać "mojego nowego radia" :) czyli Radia Gdańsk. Już wspominałam, że słucham tej stacji jak mało której. A i dialog z prowadzącymi audycje nam wychodzi- od czasu do czasu włączamy się do dyskusji i potem cieszymy się, że nasze smsy są odczytywane czy brane pod uwagę. Wczoraj wieczorem miałam taką radochę w Muzycznej Strefie Radia Gdańsk- puszczano Rammstein i prowadzący powiedział, że słuchacze dają znać, że mało jest piosenek po niemiecku, i że postara się to naprawić. No to ja od razu za komórkę i wyłuskałam prośbę o jakąś piosenkę Xaviera Naidoo. Kilka minut później usłyszałam, że być może Xavier się pojawi, ale dzisiaj po południu. Tak więc podłączam się dzisiaj do słuchawek i jednym uchem będę czekać na jakąś piosenkę.

   Jutro marzy mi się coś bardzo szalonego- myślałam nawet o tym, żeby spróbować pojechać gdzieś na stopa, nawet nie za daleko, ale żeby pojechać np. do Malborka, Pelplina i pozwiedzać odrobinę :) Poniedziałek stoi pod wielkim znakiem zapytania- wieczorem miała wrócić do nas Córeczka, ale mój tata się pochorował i raczej nie da rady... Więc albo ja zaliczę kilkanaście godzin podróży po Córeczkę i z powrotem, albo Mąż, albo poczekamy na młodą jeszcze trochę i ostatecznie odwiezie ją tata, zdrowy, tylko z opóźnieniem.

  Życzę miłego długiego weekendu :)

środa, 01 stycznia 2014

   Przyszedł ten czas, w którym można coś podsumować, można coś postanowić nowego, wyciągnąć jakieś wnioski :)

   Oczywiście, najważniejszym wydarzeniem w minionym roku było wszystko to, co jest związane z dostaniem przeze mnie pracy i przeprowadzką do Gdańska. To wielka rewolucja dla nas trojga! Przeprowadzka, rezygnacja z mojego doktoratu, pracy Męża, mieszkania we Wro, zmiana szkoły Córeczki, przestawienie się na regularną pracę, funkcjonowanie w innej rzeczywistości, kiedy mamy naprawdę daleko do naszych najbliższych, mieszkanie w dużym, wygodnym mieszkaniu, bliskość morza, ciekawość nowych miejsc... Cóż więcej powiedzieć :) Nie za często będą się nam zdarzać aż takie rewolucje...

   W 2013 wielkimi wydarzeniami było oczywiście rozpoczęcie szkoły przez Córeczkę, moje ukończenie studiów, ze zwariowanym końcem i obroną dzień po złożeniu pracy... Wyprowadzka z akademika. Nasza pierwsza rocznica ślubu, świętowana z całą rodziną. Do tego bawiliśmy się na trzech weselach :)

   Jeśli chodzi o postanowienia na ten rok, to udało mi się mniej więcej spełnić połowę. Udało mi się za to coś, co wiele razy było na mojej liście, a tym razem tego nie ujęłam- schudłam :) Mam nadzieję że uda mi się przez następny rok podtrzymać dobry trend :) Do tego rozpoczęcie ciekawej, świetnej pracy w zawodzie, to nieplanowany, ale ogromny sukces.

   2013 na ekranie: w kinie "Kapitan Phillips". W domu seriale, przede wszystkim te polityczne: "Homeland", "House of cards" czy ostatnio "Borgen".

   2013 w słuchawkach: bezkonkurencyjny był album "Radio Pezet" :) Na rocznicę dostaliśmy fajną miniwieżę, w listopadzie dostaliśmy płytę Daniela Podsiadło, i zaczynamy od nowa kompletować naszą domową płytotekę. Od trzech miesięcy witam dzień z Radiem Gdańsk, dawno nie byłam tak wierna jednej stacji. Piosenkami, które mnie niosły to na pewno "Can't hold us" Macklemore i "Anything could happen'" Ellie Goulding.

   2013 zaczytany- pani Camilli Lackberg dziękuję za wszystkie kryminały po kolei (i szwedzką książkę kucharską na dokładkę). Udało mi się przeczytać też książkę w oryginale. Eksperymentowałam też z zupełnie innymi książkami, i kilka takich podejść skończyło się sukcesem. Teraz już mam bardzo konkretne plany czytelnicze na ten nowy rok, więc założenia będą zdecydowanie bardziej konkretne.

   2013 w podróży... Tutaj mieliśmy/ miałam wielkie pole do popisu. W Walentynki pojechaliśmy do Paryża i spędziliśmy niesamowite, intensywne 5 dni we dwoje. Uwielbiam to miasto, ale jako turystka :) Dodatkowym przeżyciem było latanie samolotem :) Potem dla mnie przyszedł czas na podróżowanie- wiosną kilkukrotnie zawitałam do Łodzi i w najbliższe sąsiedztwo tego miasta, raz byłam tam z Mężem. Dwukrotnie przyjechałam na rozmowę do Gdańska, potem przed przeprowadzką szukałam jeszcze mieszkania do wynajęcia. Opanowanie spania na siedząco w autobusie czy pociągu jest mi bliskie :) Poza tym mamy za sobą niemal tygodniowy pobyt na "głębokiej wsi" i poczucie, jak to jest :) Teraz każdy przyjazd do domów rodzinnych będzie wielką wyprawą, więc trochę inaczej będzie trzeba różne wyjazdy rozliczać.

   Przywitaliśmy nowy rok na domówce u gdańskich znajomych, bawiliśmy się bardzo dobrze. Teraz czas wyznaczyć sobie nowe cele, wziąć się za ich realizację i z radością witać 2014 rok- czego i Wam wszystkim życzę! 

17:04, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga