RSS
sobota, 16 stycznia 2016

   Zanim zacznę rozważać, co planuję w tym roku, muszę skonfrontować realizację planów na 2015... 
   Tak jak i w tym roku, w poprzednim styczniu miałam plany które chciałam tu opublikować, i takie, które zostawiłam dla siebie albo dla wąskiego grona moich bliskich. Więc rok temu miałam takie "urodzić dziecko lub przynajmniej zajść w ciążę". Na przełomie 2014 i 2015 roku skończył się czwarty miesiąc starań i trochę się martwiłam... I ten jeden punkt, z dość skromnej jak na mnie listy, został wypełniony w 100%. Synek jest naszym światełkiem, choć jak już wspominałam, ciąża była raczej koszmarna... Ale warto było :)

   Poza tym miałam tylko 5 postanowień, z czego kompletnie nie udało się wykonać trzech. Nie zdałam prawka, nie poszalałam, nie wysyłałam kartek z Postcrossingu. Co do kwestii czytelniczych, tu udało się połowicznie- zakładałam 18 książek, udało się przeczytać 9. Jeśli chodzi o 36 rzeczy zrobionych własnoręcznie to pewnie byłam blisko, być może się udało... Na szybko doliczyłam się 25 rzeczy, ale część to komplety (czapka i komin, albo dwie zasłonki), poza tym pewnie nie pamiętam wszystkiego...  

   Mogłabym dorzucić jeszcze postanowienie z 2014, czyli bywanie na imprezach sportowych. Udało mi się być na meczach siatkarzy- i ligowych (kochany Lotos Trefl) i reprezentacji (Liga Światowa w maju, piękne zwycięstwo 3:0 nad Rosjanami). Zaliczyliśmy też... mecz ligowy hokeistek (w Gdańsku) i koszykarek (we Wro). Nie pamiętam obecnie, czy na meczu Ekstraklasy piłkarzy ręcznych byliśmy jeszcze w 2014 czy już w 2015... 

 

No dobra, to teraz do rzeczy! 

Najważniejszym planem na ten rok jest zrobienie prawa jazdy. Bezsprzecznie i już bez wymówek! Nastawiam się na wiosnę.

Kulturalnie...
Książek przydałoby się poczytać, z 15 przynajmniej... Fajnie byłoby wziąć udział w jakimś wyzwaniu czytelniczym, ale że nie lubię czytać na siłę (to mi nigdy nie wychodzi, moja Sis od 10 lat zapewne ciśnie mnie o przeczytanie "Rozmowy w katedrze" Vargasa Llosy) 

Aby uzupełnić kwestię "odchamiania się", postanowiłam przynajmniej 6 razy odwiedzić kino. Żeby nie było tak ciężko, chciałabym chodzić na filmy dla mam (światło jest tylko przygaszone, dźwięk cichszy, a na sali są przewijaki).

Trzeba zabrać się za siebie!
Chcę schudnąć do poziomu z marca, czyli ważyć 57 kilogramów. Na razie naprawdę wiele mi do tego brakuje, więc to z pewnością jest punkt bardzo trudny.

Kolejny punkt- pilnować się i pójść min. 25 razy na zumbę/ fitness/ siłownię. Ewentualnie na basen... Mam blisko dwa kluby, więc ze wsparciem męża może się udać. 

Do tego chciałabym:
- brać udział w konkursach, i powiedzmy- wygrać nagród o wartości tysiąca złotych. A co! (w marcu 2015 wygrałam aparat, za rozwiązanie krzyżówki. Do tego kilka drobiazgów... Jak dopisze mi szczęście, może być fajnie)

- regularnie pisać notki na bloga

- zrobić min 24 rzeczy własnoręcznie... tu mam nawet podpunkty :)
   - wykonać koc z afrykańskich kwiatów (taki motyw szydełkowy). Żeby udało się taki koc wykonać, musiałabym zrobić min. 20 kwiatków miesięcznie.
   - wykonać szydełkową szopkę- przede wszystkim chodzi mi o postaci do owej szopki

Oto i moja publiczna lista postanowień na 2016 rok. Co mi się marzy? Wakacje :) Z racji tego, że będziemy we Wro cały ten rok, chciałabym pojechać do Gdańska przynajmniej na kilka dni. Brakuje mi tego miasta... Do tego ciągnie mnie na wschód, i wspominam Mężowi o Bieszczadach lub Lubelszczyźnie, może się uda...

Poza tym chcę po prostu wykorzystać macierzyński w 100%- poświęcać czas dzieciom, być lepszą gospodynią domową, spędzić więcej czasu z rodzicami i znajomymi, bo jest taka możliwość.

Co mi się marzy? Zdrowie, siły dla całej mojej rodziny. Żeby nikogo z nas nie zabrakło. I żeby mieć na koniec roku poczucie dobrze przeżytego roku, satysfakcji z wykorzystanego czasu. 

Ot, takie proste, przyziemne mam te marzenia :) 

 

 

Acha... Po pewnej lekturze, i po tej ciąży, wiem jakie studia mogłabym jeszcze zrobić. Położnictwo! Gdyby była taka możliwość, chętnie nauczyłabym się tego zawodu. Ale czy to tegoroczne marzenie? Chyba nie...

Podrzucam coś dla Was, dzisiaj ta wersja bardzo poprawiła mi humor :) 
 

wtorek, 12 stycznia 2016

   Córeczka bardzo chciała mieć rodzeństwo. Od dawna o nie prosiła. Wspominam taką scenkę sprzed 1,5 roku, kiedy ona nagle zalewa się łzami i wyskakuje z tekstem "wy już jesteście tyyyle po ślubie a nie maaa dzidziuuuusiaaaa". Chciała, to ma :) Ale jak to dziecko, które lubi dramatyzować, od czasu do czasu gdy byłam w ciąży, miała takie "dni z dołem" albo "dni pełne obaw" kiedy bała się obecności braciszka w naszym, jej życiu. 
   Obecnie jest super- Córeczka uwielbia Brata, chętnie do niego przychodzi, zagaduje, zachwyca się nim. Usłyszałam piękne "dziękuję mamo, że spełniłaś moje największe marzenie i urodziłaś mi braciszka". Gorzej z ewentualnym zachowaniem wobec nas, ale niekoniecznie jest to związane z obecnością rodzeństwa- po prostu młoda zaraz skończy 10 lat i po wakacjach wzięliśmy się za dodawanie jej obowiązków, bo wcześniej właściwie nie miała ich wcale.  

   Do rzeczy jednak: o co chodzi z tym prostym sposobem na starszaka? Córeczka długo była jedynaczką, i żeby rozwiać jej wątpliwości, czy nie zapomnimy o niej, wymyśliliśmy listę. To ona sama ją tworzyła :) Lista zawiera miejsca czy aktywności, na które jedno z nas ją zabierze. Bez rodzeństwa. Obecnie tylko Cinnamonowy wychodzi z Córeczką, ale w dalszej perspektywie i ja będę z nią odhaczać kolejne punkty. 
   Na liście było/jest m.in: kolacja w Pizza Hut, kino, aquapark, ZOO... To co ona lubi, i co my jesteśmy w stanie ogarnąć.
Ona jest zadowolona, my spokojniejsi, to super sprawa :) Oczywiście, taki sposób na ewentualnie zazdrosnego starszaka jest skierowany dla dziecka, które chodzi do szkoły, bo młodsze może wymagać innego podejścia. Wydaje się nam, że ta lista oraz fakt, że nie wyręczamy się nią w obowiązkach tyczących się Synka (Córeczka coś przyniesie czy odniesie, ale sama nie musi go przewijać czy uspokajać jeśli nie chce) wystarczają, żeby w nowej rzeczywistości czuła się dobrze. I oby tak dalej! :) 

 

PS. Córeczka nie budzi się w nocy z powodu Synka. Dzisiaj my też właściwie nie  ;) Poszliśmy spać przed północą, gdy malutki się obudził, wzięłam go do nas, karmiłam i... zadzwonił mężowski budzik. Czyli Synek spał ponad 6 godzin!!! :) 

11:02, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 stycznia 2016

Syneczek za chwilkę skończy dwa miesiące! W ciąży wszystko dłużyło mi się bardziej niż kiedykolwiek, no ale ciąża była naprawdę koszmarna; teraz za to czas mija bardzo szybko.

O porodzie chciałabym jeszcze osobno napisać… Ale chciałabym zatrzymać jak najwięcej chwil malutkiego. Synek urodził się z kompletem punktów Apgar, miał 3520 g, 56 cm. Po urodzeniu się po chwili zapłakał, ale krótko- gdy trafił na mój brzuch to ja płakałam, on leżał sobie spokojnie na boczku i się wtulał we mnie. A po 10, 15 minutach spróbowałam go przystawić do piersi i udało się :) Właściwie cały czas przez pierwsze trzy dni malutki ssał, ssał i ssał. Pierwszego dnia kilka godzin był beze mnie- ja po dużej utracie krwi słabłam, a on w tym czasie został zaszczepiony, umyty i spał.


pierwsze chwile po narodzinach


Potem już byliśmy cały czas razem. Do tego stopnia, że drugiego dnia po porodzie pisałam do Męża prośbę o odpakowanie, wyparzenie smoczka i przywiezienie go do szpitala… Nie byłam w stanie pójść do toalety, nie mówiąc o prysznicu, takie Synek miał zapotrzebowanie na ssanie. Pytałam się położnych, czy to nie wpłynie na laktację, czy nie będzie tak, że tym „ułatwieniem” sobie życia, nie zaszkodzę nam, ale twierdziły że nie. I miały rację! Poza tym mogłam się maleńkiemu przyglądać i przyglądać- taki spokojniutki, oczka prawie cały czas zamknięte, śliczny- nie miał tej charakterystycznej dla noworodka opuchlizny na buźce…

Pierwszego dnia poznał siostrzyczkę (przyjechała z tatą po południu, nie mogła się doczekać Synka, już przesłanym zdjęciem się jarała od rana) i dziadków- moi rodzice wpadli, pozachwycali się i pojechali :). Rodzice męża przyjechali w piątek, kuzynka z mężem zdążyła nas odwiedzić w niedzielę. W kolejne dni po porodzie Cinnamonowy wyskakiwał z pracy na godzinkę i przed południem odwiedzał nas sam, potem przyjeżdżał też po południu.  To na jego rękach malutki otwierał oczy (oba! To było coś wyjątkowego w pierwszych dniach) ciemne i błyszczące i słuchał się taty :) Dwa razy w szpitalu zdarzyło się coś w rodzaju kolki, tylko płacz trwał 10, może 15 minut. Poza tym Synek to wciąż bardzo spokojne dziecko.


dwudniowy Synek z tatusiem


W szpitalu mieliśmy jeden problem- żółtaczkę. W przepełnionym szpitalu i przy normalnej sytuacji, można liczyć na wypis po dwóch dobach od porodu. Trzymałam za to kciuki w piątek (Synek jest ze środowego poranka), niestety pediatra określiła jego skórę jako „na granicy” i zaleciła kolejną dobę do obserwacji. Musiałam powalczyć ze łzami… Nic to, zostajemy, karmimy jak najwięcej (z tym dużego problemu nie było) i liczymy, że się poprawi…
Synek jednak zażółcał się coraz bardziej i w sobotę rano decyzja: naświetlania. Około południa do sali wjechał inkubator i lampa, poinstruowano mnie, nałożono Synkowi „okularki” z gazy i trzeba było zaczynać naświetlania. Zaczęliśmy bardzo źle- Synek chciał być przy piersi, a nie zamknięty w inkubatorze, te opasko- okularki to mu przeszkadzały, to mu zjeżdżały (więc je poprawiałam, co go denerwowało jeszcze bardziej). Mąż w międzyczasie przyszedł i wspierał, ale
przez pierwsze trzy godziny co położna przychodziła sprawdzić, jak idzie naświetlanie, to mieliśmy maluszka na rękach, a nie pod lampami… Potem chyba jednak kryzys został zażegnany, a ja się zaparłam, że nie będę spać całą noc, żeby lampy działały jak najdłużej i bilirubina- powód żółtaczki- spadła jak najszybciej. Nie mogłam sobie pozwolić na sen, bo gdyby w tym czasie Synek zsunąłby z siebie okularki, mógłby nabawić się problemów z oczami… Tak więc do szóstej nad ranem spałam niecałe 1,5 godziny, i to tylko dlatego, że usnęłam z malutkim po karmieniu… On sam resztę przespał pod lampami, taki malutki kosmita w niebieskiej poświacie…


mały kosmita

 

Drugiej takiej nocy już bym nie ogarnęła, ale opłaciło się- sama widziałam poprawę kolorytu skóry małego. Około szóstej zabrano Synka na badanie krwi (wydaje mi się, że fakt zabierania dzieci na jakieś bolesne zabiegi zaraz po urodzeniu jest bardzo dobry- położne robią to wszystko sprawnie, a matki, w hormonalnym szale zalałyby się tam łzami i raczej nie ułatwiałyby sprawy), potem wynik i zwycięstwo! Wracamy do domu!!! :)
Jeszcze ze szpitala wspominam ważenie i podawanie witaminy D młodemu. Wagą się przejmowałam, bo miałam słabe wspomnienia z ważeniem Córeczki i obawiałam się dużego spadku wagi pod kątem żółtaczki. To normalne, że dziecko zjeżdża z wagi urodzeniowej, i chyba do 10% jest dobrze. Córeczka miała 3350 g, spadła do 3010… tylko dzięki położnej, która dorzuciła pod nią pieluchę tetrową pod nią i zyskała te 10 gramów ponad 3 kilo, uniknęłyśmy dodatkowego dożywiania i kroplówek… Z Synkiem było troszkę lepiej, i bez takich dramatów, ale on je zdecydowanie lepiej i chętniej, i z początkowych 3520 zjechał do 3240. W sobotę wieczorem ważył 3280 g… Od 14 listopada do 8 stycznia przybrał do 5200 g, więc waży już niemal 2 kilogramy więcej!
Z witaminą D jest o tyle zabawnie, że niektóre dzieci nie przejmują się nią, innym nawet smakuje, a Synek jest z dzieci, które na tą kroplę tłuszczu reagują z całkowitym wstrętem ;) Wykrzywiał się tak, że śmiałam się nie tylko ja ;)  Wróciliśmy do domu 15 listopada po południu. Synek był głodny i przeryczał (on raczej nie płacze- albo jest to „nawoływanie”, albo płacz z wrzaskiem) pół drogi w aucie, potem się uspokoił- Córeczka śpiewała mu patriotyczne piosenki. Czekał na nas transparent, na szybko przygotowany przez Cinnamonowego i Córeczkę. Pokazaliśmy Synkowi całe mieszkanie, potem położyliśmy go do jego kosza. Mąż został z malutkim (chyba dwie godziny sobie przy nim leżał go podziwiał), ja spędziłam czas z Córeczką. Pierwsze przewijanie w domu było zamianą pampersów na wielorazy, i tak już zostało.


pierwsze godziny w domu



Noc minęła bardzo spokojnie, i tak jest do dzisiaj, przy czym wtedy Synek budził się co dwie godziny mniej więcej, teraz jedną nocną drzemkę ma dłuższą, około 4- godzinną (zdarza się trochę krócej, ale też i dłużej, ok 5 godzin). W nocy je, zmienia mu się pieluchę i póki on nie uśnie, to my też raczej nie- Synek jest spokojny, ale wydaje mniej więcej 500 różnych dźwięków, skrzypi, stęka, mruczy, furkocze, pomiałkuje, jęczy, wzdycha… :) Córeczka od tego skrzypienia nazwała go Skrzypek, ale od ulewania pojawił się Twarożek, i jeśli już go nazywamy to właśnie tak (Córeczka zresztą też miała spożywczą ksywkę- pierwszego dnia z nią w domu oglądałam program Pascala Brodnickiego i on o truskawkach mówił, że „usuwamy ścipułki” i jakoś tak wyszło, że ona została Ścipułką).


Kolejne dni to zachwyty: otworzył oboje oczu :)! Uwielbia się kąpać, zanurzony po uszy niemal przysypia, tak mu błogo… W wózku czy w foteliku samochodowym usypia i bardzo ładnie śpi. To dziecko właściwie nie płacze! Pierwszy spacer- miał 10 dni, pierwsza wizyta towarzyska (na spotkanie grupki z duszpasterstwa rodzin, wymagająca ok półgodzinnej jazdy autem)- miał 2,5 tygodnia, jazda do dziadków- 3,5 tygodnia… 27 grudnia ochrzciliśmy maluszka, tutaj, we Wro, w kościele do którego zawsze chętnie jeździmy, a chrzcił go taki słynny tutaj ksiądz, z którym współpracujemy od czasu do czasu. Od narodzin zrobiliśmy z nim minimum 1,5 tys kilometrów w aucie, w tym tysiąc od 24 grudnia do 5 stycznia…
Obiecaliśmy sobie- dobra, święta minęły, zwalniamy tempo bo się o niego martwimy, ale wygląda to tak, że my chyba bardziej się zmęczyliśmy i zestresowaliśmy niż on. Synek śpi dobrze wszędzie, nie „odreagowuje” rozdrażnieniem na różne sytuacje. Dzieciątko po prostu cudowne :)


Żeby nie było idealnie i tak super kolorowo- malutki miewa problemy z gazami, więc espumisan jest w użyciu, a ja muszę uważać na jedzenie większych ilości mleka. Pediatra powiedziała, żeby uważać z mlekiem mniej więcej do 3. miesiąca życia Synka, bo wtedy może dopiero ruszyć produkcja enzymów do jego trawienia, a laktozę mogę mu w mleku przekazać. Tak więc u mnie w lodówce zagościło mleko roślinne w kartonie, obecnie owsiane :) ale do kawy od czasu do czasu trafia się zwykłe mleko i tragedii wtedy nie ma. Innym zmartwieniem jest tzw. marmurkowa skóra Synka, która nie spodobała się pani pediatrze w piątek. Z tego powodu zamiast czterech szczepionek (bo poza 3 normalnie podawanymi chciałam zaszczepić go teraz na
rotawirusy) dostał jedynie powtórzenie szczepionki na WZW, a zamiast  pozostałych mamy skierowanie na badania krwi… Taka skóra wskazuje na niezłe spektrum: od „taka jego uroda, po prostu reaguje na chłód w ten sposób” przez anemię, do wady serca… Synek rozwija się ślicznie więc raczej nie trzęsiemy się ze strachu, ale dobrze by było już mieć te badania za sobą.

Tak więc korzystamy obecnie z pozytywnie zimowych dni, nie przejmujemy się, zachwycamy się spokojem i uśmiechamy naszego najmniejszego członka rodziny :)

01:15, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »
piątek, 01 stycznia 2016

Naprawdę, obiecuję sobie z Nowym Rokiem, pisać częściej i więcej. Tyle cudów oglądamy codziennie, w tym dwa nasze domowe, że warto się tym z Wami dzielić :) 

 

Życzymy, z Synkiem- Twarożkiem i Córeczką- Gwiazdeczką, szczęśliwego, udanego i pięknego Nowego Roku :) 

 

Tagi: okazje
22:29, cinnamon.tea
Link Komentarze (5) »
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga