RSS
czwartek, 28 lutego 2013

    Chodzę po naszym akademikowym pokoju i przyzwyczajam się do myśli o tym, że jeszcze kilka miesięcy i pożegnamy się z tym miejscem.

    Wygląda na to że 30 czerwca najpóźniej powinniśmy się wyprowadzić. Będę pewnie jeszcze myśleć o podaniu, żeby jak każdy szanujący się student zostać w akademiku do obrony, ale to się jeszcze może zmienić.

    Przez pierwsze 16 lat swojego życia mieszkałam w czteropokojowym mieszkaniu w bloku w rodzinnym mieście. Potem 4 lata z rodzicami spędziłam całkiem niedaleko, dwie klatki wyżej, dwa pokoje mniej i 7 pięter wyżej. To był największy czas zmian- tam przyszedł czas Córeczki, matura i takie tam... I niesamowity widok, to chyba najpiękniejsze wspomnienia z tamtego mieszkania :)

    Potem przyszła propozycja zamiany mieszkania, na trochę większe, nie do końca rozkładowe, nie w bloku ale w kamienicy. Pocieszające było to, że jest niedaleko największego "węzła komunikacyjnego" w rodzinnym mieście, a przy okazji jest cicho i niedaleko działki, którą moja mama kupiła w tym samym tygodniu w którym poznałam Męża :) Ja tam na stałe dużo nie pomieszkałam- przeprowadziliśmy się w kwietniu, a w październiku zaczęłam studia we Wro.

     No i tu było się zaczęły przeprowadzki: najpierw ośrodek- tak nazywam miejsce gdzie mieszkałyśmy z Córeczką przez I rok studiów. Potem pół wakacji w domu, reszta to próba życia z byłym- 7 tygodni w jednym akademiku, potem już ten dom studencki co teraz. I już właściwie bez byłego mieszkałyśmy w sporym pokoju, nazwijmy go 102. Po niemal roku takiego mieszkania we dwie poznałam Męża. Bardzo szybko zaczął pomieszkiwać z nami, po dwóch miesiącach razem spędzał u nas przynajmniej 6 dni w tygodniu. Z nim w wakacje przeprowadzaliśmy się do pokoju naprzeciwko, uznajmy więc że to było 105.

     Dobrze nam tam było, ale jak co wakacje wtedy miałam problem z wystaraniem się o pokój w pierwszym "naborze". Rok później więc wyprowadzaliśmy się do "domu doktoranta", gdzie była łazienka wspólna na dwa pokoje, 12metrowy pokój i przedsionek- otwarty na sąsiadów z modułu. Oj, tam było ciężko- ciasno i klaustrofobicznie. Tak naprawdę dopiero gdy się stamtąd wyprowadziliśmy, poczuliśmy, ile napięć w nas było, jak ciężko się tam żyło. Ale to były tylko 4 koszmarne miesiące... Ktoś wyprowadził się z naszego akademika i wróciliśmy tam, do pokoju piętro wyżej- powiedzmy 205, o takim samym układzie jak poprzedni tam zajmowany. No i 1 lutego minęły dwa lata odkąd tu jesteśmy.

    Pokój mamy fajny, długi, więc łatwo wydzielamy jakże potrzebne dla takiego funkcjonowania strefy. Okna są duże, wychodzą na południe, jest ciepło, mamy fajny widok i tramwaje nam nie hałasują, bo pokój skierowany jest na podwórko :) Do przedszkola Córeczki mamy jakieś 120 m, Mąż dojeżdża do pracy całe 5 przystanków, a ja do labu całe 3, tylko w drugą stronę :) I jakkolwiek akademikowe mieszkanie powoli męczy, to będzie trochę rzeczy za którymi będziemy bardzo tęsknić.

     Opcji mamy dwie (i trzecią malutką): albo dom doktoranta (DD), albo wynajem. Trzecia to pieśń przyszłości i w ogóle ewentualna ewentualność :) Mieszkanie z rodziną czy kupno czegoś swojego jest na ten moment niewykonalne. Pierwsza opcja cenowo odpowiada obecnym stawkom, druga wychodzi mniej więcej trzykrotnie więcej. Po atrakcjach związanych z małym pokojem i biorąc pod uwagę to że Córeczka idzie do szkoły wiemy jedno: dwa pokoje! Jeśli w DD nie uda się wywalczyć modułu (dwóch pokoi z łazienką i przedpokojem) to nie będziemy tam mieszkać. Acha, no i jeszcze jedno- DD najpewniej otworzyłby swoje podwoje przed nami dopiero z początkiem nowego roku akademickiego, więc trzeba będzie gdzieś przewaletować przez wakacje. A w międzyczasie zdecydować się, gdzie Córeczka ma chodzić do szkoły... Ech, ciężkie wybory przed nami.

    Co mi się marzy? Mieszkanie- ciepłe, dwa, albo i trzy pokoje, z widną kuchnią po której da się spokojnie pokręcić czy po prostu posiedzieć ze znajomymi. Uwielbiam wysokie stropy i antresole, ale przy obecnym stanie rzeczy bardziej doceniam wygodę i miejskie ogrzewanie blokowisk- oboje z Mężem wychowani jesteśmy w dziesięciopiętrowych blokach i całkiem to lubiliśmy. Acha, co do dziesięciu pięter- nie obrazilibyśmy się gdybyśmy mieszkali wysoko i mieli dobry widok. I jakiś parczek albo lasek niedaleko... Mogę dojeżdżać, nie ma sprawy, ale wolałabym mieć połączenie do labu w czasie krótszym niż godzina. Ot, i tyle. Ciekawe jaka będzie konfrontacja moich marzeń z rzeczywistością :)

     Ale się Wam pozwierzałam, jak rzadko :) No to teraz zawijamy manatki i jutro jedziemy do naszego Eldorado- jeśli mielibyśmy porządne roboty w moim rodzinnym mieście to tam się przenosimy. Jak nie za 5 czy 10 lat, to może na emeryturę?

poniedziałek, 25 lutego 2013

   Niedawno przypomniałam sobie kim ja chciałam być. Od 8. roku życia już definitywnie chciałam zostać lekarzem. Ginekologiem- położnikiem. I wtedy, albo nawet i wcześniej, mówiłam że będę lekarką pionierką- w Togo albo w Beninie. ;P

 

   Córeczka jeszcze niedawno twierdziła że chce być lekarzem i jeździć po świecie i opowiadać ludziom o Jezusie (serio!). Teraz chce pracować w przedszkolu i opiekować się dziećmi niepełnosprawnymi, takimi jakie teraz z nią chodzą do grupy.

    Pani pedagog wciąż się rozpływa nad Córeczki "dobrym serduszkiem". A ja ładuję akumulatory, i rozmawiając z młodą i słuchając tylu dobrych rzeczy od osób pracujących z nią w przedszkolu.

   Fajną mam(y) Córeczkę :)

 

 

PS. Poniedziałkowy wykład odbywający się od 17.05 do 18.45 ma obowiązkową obecność. Joł.

PPS. Nie chce mi się robić biżuterii, wykonywać kartek, kręcić pasków do quillingu, ale potrzebuję się wyżyć artystycznie... więc wzięłam się za pierwszą robótkę haftem krzyżykowym. Jak zrobię całość to się pewnie pochwalę ;)

 

Fotka- widok ze skrzydła Sully w Muzeum w Luwrze na dziedziniec, Łuk Carousel i dalej na Concorde:)

niedziela, 24 lutego 2013

    Niby moje studia są w trybie dziennym, i przedszkole Córeczki też.

 

   U Córki wygląda to tak: od 7 do 16 może przebywać w przedszkolu.

   U mnie w tym semestrze: albo zajęcia od 7.30 do 9.00 albo od 15 do 19. Mam jedne- jedne- obowiązkowe zajęcia, odbywające się w normalnych godzinach, w ciągu dnia, a to i tak raz na dwa tygodnie.

    Tryb dzienny na moim ostatnim semestrze studiów ZNOWU zawiódł. Grr. Moja Promotorka się cieszy, bo właściwie mam możliwość siedzenia w labie 5 dni w tygodniu a pełnym "etacie" (standardowo spędzam tam czas od 9 do 15). No i dobrze, to się na pewno mi przyda :)

 

   Fajny mamy weekend- w piątek wizyta przyjaciół, taki francuski wieczór, wczoraj przebierana impreza- lata 90. Odwiedziliśmy mojego brata, w ten weekend słomianego wdowca i zjedliśmy z nim obiad, było bardzo przyjemnie. Sprawiłam małą przyjemność mojemu Mężowi, co cieszy mnie jak zawsze bardzo :) Jeszcze kilka dni i można będzie podsumować ten luty. Wygląda na to że na ocenę bardzo dobrą :D

 

Będę Wam dawkować zdjęcia z naszej wyprawy. Dzisiaj macie widok na Panteon z Ogrodów Luksemburskich :)

czwartek, 21 lutego 2013

Mały targ na wyspie Cite, niedaleko Notre Dame:

 

żonglujący pan z akwarium z żywymi rybkami na głowie (niedzielny targ przy Placu Bastylii)

 

I takie... ustrojstwo :)

 

Paryż ma wiele zaskakujących twarzy :)

Dobrze nam tam było, aż szkoda było wracać, przede wszystkim dlatego że różnica temperatur w dniu wyjazdu Francja- Polska sięgnęła niemal 15 stopni ;)

Ale wspomnień mamy całą masę!

 

środa, 20 lutego 2013

Wróciliśmy kilka godzin temu- było cudownie!!!

01:39, cinnamon.tea
Link Komentarze (5) »
wtorek, 12 lutego 2013

   Na stronie mojego labu wpisano mnie wśród pracowników zakładu :)

   Oddałam wczoraj do sprawdzenia drugi rozdział do drugiej publikacji którą piszę. W tym tygodniu muszę ładny abstrakt jeszcze napisać do pierwszej publikacji w której będę pierwszym autorem. Bardzo mnie to cieszy, bo jest to widoczny i trwały dowód na tą ciężką robotę którą odbywam tam od takiego czasu...

   Mamy mapy, aplikacje na telefony, notesik z zapiskami co warto zobaczyć, pomierzone torby, jeszcze pożyczamy dodatkową kartę pamięci do aparatu... i już zaraz jedziemy :D Tak daleko nie wyjeżdżaliśmy, a za granicą najdalej byliśmy w Adrspraskich Skałach w Czechach (niedaleko granicy z Polską :P) więc tym bardziej się cieszymy :)

   I... mam coś. Powiedzmy możliwość... alternatywnego ułożenia naszej rzeczywistości. I nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, zawsze warto sobie pomarzyć i poplanować...

   Tylko mnie dorwał katar okropny! Muszę szybko się wykurować bo chcę korzystać i zwiedzać do utraty tchu, takiego ze zmęczenia a nie spowodowanego przez katar!

   Córeczka się nam rano buntuje, ale ostatecznie mamy pozytywne z nią dni. Dzisiaj liczyła sobie pieniążki ze skarbonki żeby kupić sobie kolejny mały zestaw lego, ten dla dziewczynek. No i pewnie niedługo stanie się szczęśliwą posiadaczką "tej czarnowłosej mamusiu!". :)

 

 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Rodzinne urodziny Córeczki. Ośmioro dorosłych i troje dzieci. Swój salon użyczył mi brat, tort piekła moja mama, ale resztę, do ostatniej kropelki i okruszka, robiłam ja (z Męża pomocą i wsparciem). Udało się! Popisowo wolę robić słodkości, więc miałam tremę przy pieczeniach :)

 

Miałam kiedyś pisać o obiadach, więc napiszę troszkę szczegółów, co było:

-rosół drobiowo- wołowy z polentą (kostki z kaszy kukurydzianej)

-pieczeń wieprzowa nadziewana pistacjami, z sosem pieczeniowo- śmietanowym

-pieczeń indycza z czosnkiem, pod rozmarynem

-ziemniaki puree

-sałatka nicejska

-surówka z przepisu Nigelli Lawson ("Nowoorleańska sałatka coleslaw")

-muffinki: jasne z białą czekoladą i ciemne, kawowo-kakaowe z serkiem mascarpone

-pralinki- miały być cake pops'y ale nie miałam porządnych patyczków

 

A przy okazji obiadów, w zeszłym tygodniu były: pulpety w sosie koperkowym, naleśniki, w środę Mąż miał rosół a ja u rodziców jadłam pierogi ruskie :) W czwartek była zupa pomidorowa, w piątek spaghetti. Sobota była trochę szalona, ostatecznie znowu był makaron, a menu niedzielne macie wyżej. Czy kogoś mogę zainspirować takim przeglądem? :)

15:24, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 lutego 2013

Koleżanka kochana wyciągnęła mnie na koncert niedawno. To był koncert "Panienki z dobrych domów na rzecz bezdomnych zwierząt". No, rewelacja! Przekonuje się że mam braki z polskiej sceny muzycznej, ale właśnie zamierzam je nadrobić.

No i słyszałam na żywo Natalię Lubrano- naprawdę pozytywny duch!

20:16, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
środa, 06 lutego 2013

   Jazda z Wro do mojego rodzinnego miasta i z powrotem: koszt benzyny do auta, gdzie pomieścimy się we trójkę i weźmiemy masę bambetli- 80-90 zł. Koszt przejazdu mojego i Córci na tej samej trasie autobusem: niemal 100 zł. I jak tu oszczędzać środowisko normalnie, nie?

    Dzisiaj jednak jechałam autobusem z Córcią, bo trzeba było wyrobić młodej paszport. A do paszportu potrzebni są oboje rodzice. I tu jestem mile zaskoczona-za pierwszym razem, niemal 6 lat temu, gdy chciałam wyrobić Córeczce paszport, trzeba było prosić i chodzić za bioojcem i trwało to 5 miesięcy (a mieszkałam jeszcze w rodzinnym mieście więc można to było zrobić niemal codziennie). Tym razem problemu ogólnie nie było. Potem Córeczka pojechała "na wizytę".

    I na tym brak problemów się skończył. Nie mam za bardzo ochoty opowiadać całej historii i aktualnych szczegółów tutaj, bo jak się rozpiszę to... A na dokładkę nie mam ochoty Wam wszystkim psuć humoru, a co komu to opowiadam, to się wkurza :P Więc wybaczcie, nie będę się konkretnie rozpisywać.

 

   Jesteśmy już z Córeczką w domu. Jak to dobrze brzmi- te nasze 27 metrów i balkon to najlepsze miejsce w jakim obecnie mogę być :) Minęły dwa lata od wprowadzki do tego pokoju i wiemy że to ostatnie miesiące tutaj- najpóźniej po mojej obronie się przeprowadzamy. Sama jestem bardzo ciekawa jak to teraz z nami będzie :) 

   Na razie... zostało 8 dni do naszego wyjazdu na który baaardzo się cieszymy. W niedzielę robimy rodzinne przyjęcie urodzinowe młodej. A ja muszę przygotować tytuł i abstrakt kolejnej publikacji zanim wyjedziemy... Czy ja już wspominałam, że się nie nudzę?

 

PS. Tak przy okazji tego nudzenia się... Na samym, samiuśkim początku z Mężem sama siebie zaskoczyłam, gdy mu powiedziałam- zobaczysz, nie będziesz się ze mną nudzić. Zaskoczyła mnie przede wszystkim moja pewność siebie, bo raczej w takich relacjach taka siup do przodu nie byłam... Jak widać, nie nudzi mu się wciąż :*

niedziela, 03 lutego 2013

Biotechnolodzy nie mogą oglądać większości filmów/seriali sf czy sensacyjnych.

Bo ich krew zalewa ;)

 

Ot, taka dygresja z oglądania z Mężem I serii Z Archiwum X ;)

21:51, cinnamon.tea
Link Komentarze (3) »
piątek, 01 lutego 2013

   Spędziłam wczoraj cały wieczór szyjąc Córeczce spódnicę, na tą spódnicę naklejałam łuski z zielonego materiału i mocnej folii aluminiowej i doczepiłam dwie płetwy z tekstury kolorowanej kredkami i flamastrami. Bo Córeczka ma imprezkę przebieraną dziś, po przedszkolu, i ma być syrenką (i w tym stroju poszła też do przedszkola). Dzisiaj, mając w niedoborze 20 minut bo budzik nie zadzwonił, leciałam z młodą do przedszkola a potem z powrotem do domu po jakąś agrafkę bo płetwa z jednej strony się odczepiła :) przy okazji kupując cukierki, ciastka i sok (obowiązkowo jabłkowy- życzenie Córeczki).

    Ale jak patrzy się jaka szczęśliwa jest ta moja mała to dochodzę do wniosku że mogłabym tak z nitką, igłą, nożyczkami i klejem latać i cały tydzień, gdyby było trzeba.

Moje siedmioletnie szczęście. Córeczka.

 

Fajnie że jesteś, Syrenko :*

 

Tagi: córeczka
09:32, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga