RSS
piątek, 28 lutego 2014

Gdy biega się do pracy, a w pracy już przestojów nie ma, a w domu ma się ważnego gościa, to cały tydzień nie ma możliwości pisać!

W dużym skrócie:

- mama była, trochę cieszyła, trochę namieszała, ogromnie pozachwycała się miastem, umawiamy się dzisiaj na ostatni spacer po plaży (dzisiaj w nocy wsiada w pociąg i wraca do stęsknionego taty)
- Córeczka zadowolona, kochana, była już na drugiej jeździe konnej- jest strasznie przejęta :)
- już wspominałam, w pracy jest bardzo... pracowicie. Ostatnio odczuwam sporo stresu z tym związanego, mam nadzieję, że to niedługo się uspokoi (bo jest taka perpektywa)
- walentynkowe goździki wciąż zdobią naszą kuchnię
- Kot ma się... nieźle. A my korzystamy z jego łaszenia się, grzania i mruczenia. Już się "dogadaliśmy", choć musimy np. omówić kwestię jego wskakiwania do wanny codziennie rano, gdzie chętnie wypija wodę lecącą ciurkiem... :)

08:15, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
niedziela, 23 lutego 2014

 

Już się kolega całkiem przyzwyczaił, nawet wczoraj pomiędzy naszymi gośćmi przemykał :) Fajnie siedzieć wieczorem i z obu stron tego tygrysa bez pasków głaskać, a on mrrruczy, mrrruczy, mrrruczy :)

Tagi: kot zdjęcia
23:00, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 lutego 2014

  Nie pozwalam Córeczce malować paznokci. Raz na pół życia zrobi to jej 4 lata starsza ukochana przyjaciółeczka, ale to powiedzmy zrzucam na wakacyjne szaleństwa. Raz do roku ja robię wyjątek- na bal przebierańców :) Ach, jakie było przejęcie jak kilka lat temu Córeczka była baletnicą (wtedy chodziła na zajęcia baletowe): biała body, baletki, cienkie rajstopki, różowe wstążki w warkoczach... a na paznokciach kupiony specjalnie przez Bratową brokatowy, plastelowy lakier. Radość wielka :)

  W tym roku jest jednak inaczej :) Córeczka nie ma pomalowanych paznokci (może w takim razie urządzimy sobie któregoś razu babski wieczór i pomaluję jej pazurki... niech się cieszy), za to ma szminkę na ustach (przynajmniej miała, gdy ją odstawiałam ok 7.20 do szkoły) i kreskę w kącikach oczu. I pięć sznurów moich korali! Dzisiaj w szkole jest bal karnawałowy, a Córeczka jest księżniczką (jak chciała) i to taką oryginalną (jak nam się marzy). Księżniczką Elizabeth z Piratów z Karaibów.
To gotowy kostium, koleżanka nam go sprzedała. Rzadko kiedy Córeczka nosi na takie imprezy coś gotowego, ale i tym razem wprowadziła żyłkę DYI: sama wczoraj wyszyła sobie czapeczkę koralikami-jestem dumna z tego,  że chce, jak fajnie jej to wyszło. I niech się dzisiaj fantastycznie bawi! :) Ona sama jest najszczęśliwsza... z tej czerwonej szminki. Nie dać dziecku się malować, to potem taaaaka wielka z tego radocha!

PS. Strój jest taki, jak poniżej... kiedyś postaram się wkleić zdjęcie Córeczki

poniedziałek, 17 lutego 2014

Oswajanie Kota w jego nowym domu powoli przynosi rezultaty. Ale to wymaga cierpliwości wciąż- dzisiaj widzieliśmy go ok 7 rano, i dopiero po 21 pojawił się ponownie- po południu Kot się bunkruje, i to bardzo skutecznie, bo wciąż nie możemy go zlokalizować :) Po kuwecie, ruszonym jedzeniu widzimy, że wychodzi w ciągu dnia- co też jest sukcesem, bo w piątek i sobotę jakby dzień go wmurował w kryjówce :) Wczoraj w ciągu dnia wszedł do naszego łóżka, pod zaścieloną kołdrę. Tam dawał się głaskać, nawet odwinąć to jego posłanie. Mamy nocne zwierzę- oglądamy z Mężem film, i wtedy Kot przemyka do misek, zagląda na nas.

Wczoraj takie wieczorne przejścia były spokojniejsze, zatrzymywał się przy wejściu do salonu, mlaskając i lustrując nas tymi swoimi karmelowymi oczyskami :) Potem odszedł. My obejrzeliśmy film i chcieliśmy iść troszkę wcześniej spać. A gdzie tam :) Mąż w drzwiach sypialni spotkał się z Kotem i tak do niego poszczebiotał, że Kot podszedł, dał się głaskać, zaczął się ocierać o wszystko wokół, chodzić pomiędzy nami i się łasić, aż się kładł, gdy go głaskaliśmy. To jego mrrrruczenie jest boskie :) Wyczesaliśmy go przy okazji, widać, że nie miał tego robione regularnie- norwegi nie powinny zostawiać włosów na wszystkim i zawsze.

Nasz norweski Kot to francuski piesek ;) większość mokrej karmy, którą próbuję mu dać, omija. Wołowinkę to zje, królika pół saszetki, z kurczakiem to 1/3, rybne saszetki są be, serce indycze- też, a spróbuj mi dać wołowy pasztet z Lidla, to ci wyschnie. Jak z noworodkiem- mam notesik i sobie zapisuję, co zjadł, czego nie, jaka marka, ile ;P Z Córeczką nie musiałam tak robić, a z Kotem muszę... do czego to doszło :) Przed jego przyjazdem kupiłam paczkę suchego Kitekata i paczkę Puriny (One). Mąż się mnie spytał, czy mam zamiar karmić Kota jak księcia, a ja odpowiedziałam, że niekoniecznie, będziemy sprawdzać co je, i potem w razie czego dobierać, mieszać... Zgadnijcie, kto jak tylko zobaczył w Tesco promocję na Purinę, to wrzucił dwie paczki do wózka? :) Mąż niby był bardziej sceptyczny w kwestii ostatecznej decyzji posiadania zwierzęcia, ale jak On już coś postanowi, to angażuje się na 120% :) 

Córeczka przeżywa, chwali się, chodziła za Kotem i podawała mu suchą karmę na ręce, gdy siedział w swoich kryjówkach- tak instynktownie wyczuła, że to może wpłynąć na zwiększenie zaufania Kota. Dzisiaj trochę go szukała, ale jak się nie ujawnił, nie przeżywała- cieszy mnie to, bo wreszcie się doczeka, a bieganie za nim mogłoby tylko pogorszyć sprawę. Za to opowiada w szkole tyle o Kocie, że połowa jej koleżanek chce mieć zdjęcia Kota, i wiedzieć o nim wszystko. Tylko czekać na kolejki na audiencje ;)

PS. Właśnie przeszedł, sprawdził, co robię, i teraz słychać mlaskanie znad miseczki!

PPS. Gości zapraszam na sobotę. Ciekawe, czy Kot zaszczyci swoją rysio- tygrysią urodą?

22:06, cinnamon.tea
Link Komentarze (5) »
sobota, 15 lutego 2014

Miał być wczoraj pościk walentynkowy, ale Kot zapewnił nam swoim skutecznym ukryciem się tyle atrakcji, że jak wreszcie go zlokalizowaliśmy, to... poszliśmy spać :P I już serduszkowej grafiki nie będzie :)

Za to przedstawiam Kota- ujęcie z czwartkowego poranku, kiedy się poznaliśmy :)

Nasz kremoworudy Norweg podróż zniósł bardzo fajnie, mimo obaw... Pociąg był dla niego zdecydowanie mniej stresujący niż auto, jak się okazało :) Dużo sobie poczytałam, o tym że koty nie jedzą, nie piją i nie załatwiają się podczas podróży- kumpel nawet się napił i pochrupał trochę suchej karmy. My wszyscy jesteśmy tak przejęci, jakby to nie o czworonoga chodziło :)

Adaptacja Kota jednak musi jeszcze trwać- jest mocno przejęty, chowa się nam, albo za naszą wersalką, albo pod łóżkiem Córeczki, albo za sofą. Wykazuje cechy zwierzęcia nocnego- z dnia wczoraj nie wyszedł wcale, a zbunkrował się na tyle skutecznie, że już pisaliśmy ogłoszenia o jego zaginięciu, tłumacząc sobie, że musiał czmychnąć kiedy wychodziłam do pracy... Nie widzieliśmy go od ok. 7.10 do 23.20, a mieszkanie w tym czasie było puste przez 2,5 godziny, w których nie ruszył jedzenia, ani nie skorzystał z kuwety. Stres niesamowity! Ale już wszystko OK, mamy większy margines wyrozumiałości dla jego kryjówek. Zaczynamy też oswajanie się- dzisiaj, gdy Kot usiadł pod łóżkiem Córeczki, od czasu do czasu każde z nas głaskało go, ja i Córeczka dawałyśmy mu też trochę suchej karmy na ręce. Kot jest bardzo łagodny, delikatny, nie ma w nim cienia agresji, jest tylko przestraszony zmianą środowiska i wymaga cierpliwości...

Fajnie, że jest z nami. Mimo tego, że częściej widzimy miseczki i kuwetę niż samego kota ;)

 

Tagi: kot Radości
22:44, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
piątek, 14 lutego 2014

Dzisiaj będzie chyba wysyp postów- najpierw post spóźniony, bo w dużej mierze pisany we wtorek, 11.02.2014:

 

   Robię sobie maraton po lekarzach, bo mogę, a moi współpracownicy się ze mnie śmieją, że jestem hipochondryk. Skontroluję się z góry i dołu i już przestanę :)

  Na pewno na jakiś czas skończyłam i z dermatologiem, i z chirurgiem. U dermatolog miałam całą listę rzeczy, które potrzebowałam skontrolować, pokazać, skonsultować: łupież, wypadanie włosów, AZS, inne zmiany skórne i... no właśnie. Pieprzyk, zupełnie inny niż reszta moich pieprzyków, do tego na ich tle całkiem duży. Na "drażnionym fragmencie skóry", dokładniej- na powierzchni siedzącej. Zalecenie- wycinamy, bo teraz pewnie nie grozi, ale kiedyś może zmienić się w coś zupełnie nieprzyjemnego. 

  Wycięłam cholerę niecałe 2 tygodnie temu. Wycięcie wykonywał inny lekarz niż ten, z którym widziałam się wcześniej. Ten pierwszy mówił, że trzeba taką ranę trochę wyleżeć, żeby porządnie się zagoiła, że L4 dostanę, być może nie tylko na piątek, ale i na poniedziałek. Za to pan wycinający stwierdził, żeby "funkcjonować normalnie". Taaa, normalnie... lignokaina puściła, to myślałam, że zemdleję. Następny dzień w pracy- koszmar! Naprawdę, było fatalnie, jak się potem okazało, same szwy były dość długie, więc dodatkowo drażniły i męczyły. Usiąść normalnie się nie dało, całe ciało napięte... Śmiesznie, bo 4 lata temu, po wycięciu woreczka żółciowego, na 3 ranach po laparoskopii miałam łącznie 4 szwy. Ale to była operacja, z narkozą, 3 dniami w szpitalu i dwoma tygodniami w domu. Tutaj 4 szwy dały mi tak samo w kość, ale to przecież malusieńki zabieg, nie? Dobre sobie :P Powtarzałam sobie, jak w tytule "przynajmniej czerniaka nie będę mieć" ale ciężko było i tak. I jak tu zmotywować Męża, żeby poszedł skontrolować swoje znamiona, kiedy jestem przekonana, że on będzie miał przynajmniej kilku kandydatów na bliskie spotkanie ze skalpelem? :)

   Po 8 dniach, w piątek, w godzinach pracy (bo inaczej się nie dało) odwiedziłam pana chirurga i po prostu powiedziałam, że ja na zdjęcie szwów. No to pan doktor szwy mi zdjął. Jeju, jaka ulga! Niby też bolało, piekło, rwało też, ale zupełnie inaczej. Mogłam normalnie usiąść :) Przy czym, jeszcze w piątek, rana się rozeszła. I gojenie zaczyna się od nowa... Mimo wszystko wolę tak, niż ze szwami, mniej mnie boli, lepiej mi się funkcjonuję. Jak już zrobi się blizna to kupię sobie jakiś porządny specyfik i będę z nią walczyć, przy czym tutaj jest o tyle fajnie, że nie jest to miejsce eksponowane (po operacji martwiłam się tym, ale po jakimś czasie blizny przestały być wypułe, porządnie zbladły, więc mogę zakładać bikini bez obaw, że ludzie będą sie zastanawiać, co mi się działo, że jestem jak biedronka, w kropki z blizn :P). I teraz już powtarzanie sobie o nieposiadaniu czerniaka mnie pociesza :) Czekam na wyniki badania znamienia, ale pamiętam, co powiedział pierwszy pan chirurg- że to raczej nie wygląda złośliwie, ale przez lata drażnienia mogłoby kiedyś stać się niebezpieczne. Grunt więc to profilaktyka!!!

Edit: odwiedziłam we wtorek wieczorem pana ortopedę. Zbadał mi łokieć i zalecił noszenie ortezy "na łokieć tenisisty". I za miesiąc następna wizyta, jakby ich było mało :P

Tagi: zdrowie
09:13, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 lutego 2014

   Czekamy na Kota. Jadę po niego ja, przyjedziemy do domu w czwartek wieczorem. Urlop wzięty :) I ja, i reszta rodzinki jesteśmy mocno przejęci. Mam nadzieję, że podróż minie nam w miarę spokojnie i potem przyjdzie już spokojne oswajanie się z mieszkaniem.

   Intensywnie obczytuję wątki dotyczące długich podróży z kotem, zabezpieczania balkonów, wyszukuję dodatkowych informacji dot. karmienia czy pielęgnacji. Wszyscy są bardzo pomocni, i kto coś wie, to się tym dzieli. To bardzo miłe :)

   Córeczka oczywiście musiała "powiedzieć już prawie wszystkim" o nowym członku rodziny. W książce do religii miała narysować nas, siebie, ew. rodzeństwo. Zamiast rodzeństwa na rysunku pojawił się puchaty rudy kot ;) Dopytuje się o wszystko, co tyczy się kotów ogólnie lub tego, co powiedziała mi obecna właścicielka Kota.

   Kupiliśmy i żwirek, i trochę karmy, zastanawiam się, co jeszcze się przyda tak od razu, na początek. Kupiłam kilka różnych rodzajów mokrej karmy w saszetkach, żeby Kot mógł sobie powybrzydzać. Chcę jeszcze przemrozić trochę mielonego mięsa, będzie w zapasie. 

   Czekam na... decyzję w sprawie dalszej pracy. Umowa kończy mi się pod koniec kwietnia, więc to jeszcze sporo czasu, ale dowiedziałam się dzisiaj, że w moim przypadku po 1. tygodniu marca wszystkie papiery dot. "zmiany profilu zatrudnienia" (czy jakoś tak... :)). Tak więc nie będę czekać do końca umowy na decyzje w mojej sprawie, co bardzo mnie cieszy. Zawsze lepiej wiedzieć na 8 tygodni wcześniej, niż na 2 tygodnie. Racjonalnie- utrzymam się. Gdzieś z tyłu głowy jest jednak ten stres, jak przed obroną magisterki- niby to wszystko mam na czasie, "tymi ręcami" wszystko zrobiłam, ale nerwy są. Choć troszeczkę :)

   Czekamy na wyniki konkursu. Ach, gdyby się udało, mielibyśmy możliwość pojechania na zaskakująco przyjemne wakacje :D Wiemy, że w lipcu jedziemy na czeskie wesele Polaka i Austriaczki, ale potem fajnie by było pojechać gdzieś we trójkę.

   Czekam na wiosnę. Dzisiaj powietrze pachniało taką rodzącą się wiosną, bardzo bym chciała, żeby było tylko cieplej i przyjemniej... Zima w tym roku była krótka (dotychczas... przecież nie mogę się wypowiadać za resztę lutego i marzec) ale baaardzo intensywna i dała nam mocno w kość. Z tego co wiem, na Dolnym Śląsku aż tak zimno i śnieżnie nie było... W ostatnich dniach odczułam, jak bardzo wymęczyła mnie ta zima i mróz. I ciemności! Koleżanka z pracy się śmieje, że jest noc polarna- wychodzi się po ciemku i wraca po ciemku. Teraz powoli robi się coraz jaśniej, co sprawia mi wyjątkową radość- nigdy wcześniej nie doceniałam tak bardzo słońca i dłuższego dnia :)

  Czekamy na Walentynki. Nie obchodzimy ich jakoś bardzo wyjątkowo, ale warto mieć dodatkowy powód do czułości, "miziania", romantycznego filmu i rozmawiania. Kocham, kocham, kocham :*

22:49, cinnamon.tea
Link Komentarze (1) »
piątek, 07 lutego 2014

Udało się nam nawiązać kontakt z właścicielką i podjąć decyzję- i mamy go!

Go, bo to kocur. Dorosły, "powystawowy", wykastrowany, rudy... norweski leśny :)

Mamy tylko jedną zagwostkę- musimy po niego pojechać.

Can't wait!

23:43, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »

Wreszcie, wreszcie, wreszcie!!!

Na każdą olimpiadę czekamy z wielką niecierpliwością, tak samo zawsze bardzo cieszę się na ten czas. Kiedy indziej można oglądać w publicznej telewizji, na żywo, oglądać muldy, short track albo curling? :D

Mam też ogromny podziw i szacunek dla tych, którzy tyle lat pracują, żeby się tam znaleźć- tam, na płycie, za flagą swojego kraju... I dla nich siadam przed telewizorem.

Kibice z Gdańska szczęśliwi są :D

 

Muszę przyznać, że jestem naprawdę zachwyconą ceremonią otwarcia- obym się tak zachwycała sukcesami Polaków :D

Soczi jest ważne też dla naszej rodziny- nowo przyjęty do rodziny kuzyn jest w szerokiej kadrze narciarzy alpejskich na paraolimpiadę, więc za miesiąc mam nadzieję ściskać kciuki jeszcze mocniej!!!

19:48, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 lutego 2014

Bardzo dawno temu pisałam o tym, że będziemy mieli kota. Od zastanawiania się nad zwierzakiem, do wyboru, jaki to pupil będzie, przez postanowienie- kiedy- jednak długa droga.

To, że chcielibyśmy mieć zwierzaka, wiedzieliśmy od dawna (tak, taaak, to też przegadaliśmy już dawno :)). Gdy mieszkaliśmy w akademiku, temat był czysto teoretyczny, bo ogólnie tam nie powinno się mieć zwierzątek. Rozmowy na ten temat nasiliły się latem, kiedy szykowaliśmy się do przeprowadzki.

Przede wszystkim należy zastanowić się, czy i jakie mamy warunki mieszkaniowe; ile czasu możemy poświęcić zwierzęciu; czy mamy środki na utrzymanie kolejnego członka rodziny. A potem- jaki mamy gust, co byśmy chcieli, a czego nie.
Uznaliśmy, że w mieszkaniu dwupokojowym, w jakim mieszkaliśmy we Wro, warunki mamy. Z racji tego, jacy jesteśmy, ile czasu możemy poświęcić, tak z ręką na sercu stwierdziliśmy, że pies odpada. Mąż kiedyś miał pieska, lekko skundlonego jamnika, i ma bardzo dobre wspomnienia, ale jest wystarczająco pragmatyczny i odpowiedzialny że odrzucił myśl o psiaku. Dużo rozmawialiśmy o papugach czy kanarkach, żółwie, inne gady i płazy nas nie kręcą, myszy i szczury delikatnie mówiąc, nie zachwycają... Ja miałam chomiki i świnki morskie (i kota), do kompletu gryzoni należy dorzucić królika, i ten królik wydawał się ciekawą opcją.
Kot to na pewno opcja, do której ja podeszłam z większą radością na początku- bo kota już miałam, co prawda krótko, ale jednak. Wiedziałam "jak to działa", czego można się spodziewać. Mąż trochę się obawiał, że toto śmierdzi, że może być dzikus i niszczyć rzeczy... Za to zgadzał się, że koty ogólnie fajne są, czyste, a to, że są indywidualistami, czasami pomaga, ze względu na to, że kilka dobrych godzin nie ma nas w mieszkaniu.

Ostatecznie podjęliśmy wstępną decyzję po przeczytaniu masy opinii i porad, układając sobie w głowie co nieco o rasach, wychowywaniu, karmieniu i pielęgnacji kota. I się tym faktem pochwaliłam. Bardzo chciałam, żeby to był brytyjczyk, kot piękny, charakterologicznie idealnie nam pasujący, ale rasowiec kosztuje, więc rozglądałam się spokojnie za okazem do adopcji (bez przesady, burżuje nie jesteśmy, nie mamy potrzeby brać rodowodowca i bulić ok. tysiaka) I... dostałam pracę, przeprowadzaliśmy się, wypakowywaliśmy, musieliśmy przeznaczyć kasę na zupełnie inne rzeczy i temat chwilowo padł. Poruszyłam ten temat, kiedy jechaliśmy na święta, ale wiedziałam, że najwcześniej w lutym byłby zwierzak, bo Córeczka chciałaby w tym uczestniczyć, a jedzie na 2 tygodnie stycznia na ferie. Pokazał się nam nowy "problem": co zrobić, gdy przyjadą do nas goście z alergią na kota? Goście nie przyjeżdżają do nas na kilka godzin, tylko na kilka dni, dlatego to jest wyzwanie! Dobre kilka godzin znowu rozmawialiśmy o zwierzakach, przygotowaniu do nich, łączeniu życia rodzinnego z posiadaniem kota... Zaofiarowała się nam internetowa koleżanka, że przygarnie naszego sierściucha na np. weekend, gdy będzie taka potrzeba. Jest to argument ostatecznie przekonał Męża :)

Dzisiaj kupiliśmy pierwszą część kociej wyprawki- brązowe legowisko. W zeszłym tygodniu weszłam na stronę schroniska dla zwierząt w Gdańsku, i jeśli nic się nie zmieni, tam się udamy po naszego pupila. Strona schroniska jest zresztą świetnie zrobiona, wiadomo wszystko, czego potrzebuje osoba chcąca przyjąć zwierzątko do siebie, czy przynajmniej wesprzeć tą placówkę. Polecam :)

Mam nadzieję, że nie będziemy żałować, że kot zostanie z nami bardzo długo i przyniesie nam wiele radości. A my mu damy ciepły, dobry dom.

(już nie mogę się doczekać!!!)

PS. Jako podstawowe wyposażenie dla kota uznajemy: legowisko, drapak, kuwetę (z łopatką do usuwania zbrylonego żwirku) i transporter. Plus dodatkowy kocyk, zabawki, miseczki (przynajmniej dwie), zapas żwirku i jedzenia- tego w puszkach i suchego. To takie minimalne minimum :) Legowisko najpewniej zostanie w salonie.

Lubimy Ikeę. Lubimy ten "dizajn", ceny, połączenie praktyczności i wygody i fantastyczne, proste pomysły, które ułatwiają życie.

Właśnie zakończyliśmy długi odwyk :P Ostatni raz w Ikei byliśmy jeszcze w sierpniu, w tej nowej, największej w Polsce, we Wro. Wczoraj odwiedziliśmy tą gdańską, też ogromną :) I oczywiście obkupiliśmy się w rzeczach bardziej i mniej potrzebnych.

Te meble, które mieliśmy wcześniej i wieźliśmy ze sobą przez niemal całą Polskę, też są z Ikei: wersalka, łóżko Córeczki, stoliczek (zielony Lack- kiedyś na 13 pokoi na piętrze w akademiku było 7 zielonych Lacków!) i plastikowe krzesełko Mamut pod kolor. Składane krzesła do kuchni. Półkę, taką tzw. garażową, którą kiedyś potraktowałam zieloną bejcą. Teraz mamy już mebli więcej, ale na pewno sentyment nam zostanie :) Lubimy też chodzić, pomarzyć, porównać nasze gusta, przysiąść na fajnej kanapie...

Córeczka dostała prezent urodzinowy, z zamówienia dziadków- porządny fotel do biurka, żeby odrabianie lekcji było zdrowe i wygodne. Trochę niepocieszona, że był tylko czarny kolor, ale co tam :) sama przyznała, że ten jest rzeczywiście wygodny.
My zrobiliśmy sobie prezent- już długo debatowaliśmy, że przydałoby się coś na kształt stolika kawowego- i kupiliśmy dwa Lacki pod kolor mebli w salonie (tych mebli jest sztuk dwie, więc wciąż mamy tam dość pusto). Wczoraj, gdy ja czytałam Córeczce na dobranoc, Mąż skręcił oba, potem jeszcze wycięliśmy filcowe podkładki pod nóżki... Oglądanie wieczornego filmu było bardzo wygodne :)
To były rzeczy ważne, które naprawdę potrzebowaliśmy. Teraz czas na te niby potrzebne, ale przeżyć bez nich można, oraz te, które kupuje się dla przyjemności, a nie z potrzeby :P Córeczka dostała... ściany do domku dla lalek (Spexa). Jest zachwycona! Myślę, że taki składany domek będzie bardzo praktyczny do zabrania na jakiś wyjazd (i mam dla niego nie tylko zabawkowe zastosowanie!). Córeczce spodobały się też miniaturki Ikeowych mebli i stwierdziła, że "musi sobie na nie zarobić" :) Mamy też parasolkę, tarkę, plastikową deskę do krojenia, kosz na "odpady suche" (w Gdańsku śmieci dzieli się podstawowo na suche i mokre- a do tego są osobne kosze do segregacji. My w tym koszu "suchym" będziemy trzymać właśnie butelki, puszki, kartony, i nie będą się nam one walać po całej szafce; na makulaturę mamy osobną skrzyneczkę). Mamy zapachową świeczkę i kieliszki do wina, bo z poprzedniego zestawu "ostał nam się jeden" i już wstyd gości na wino zapraszać :P

Siedzieliśmy w Ikei na tyle długo, że nie daliśmy rady wyskoczyć też do jakiegoś dużego marketu i dzisiaj czeka nas kolejny maraton. Nie narzekam, o nie!

Musiałam kupić sobie też opatrunki (o tym w innym poście), i to koniecznie, więc przebiegłam się jeszcze do SuperPharm. Nie mogłam się oczywiście powstrzymać, widząc promocję na Essie i... Deach Daiquiri jest moje :) Kolor bardzo się zmienia przy róznym świetle, czasami bywa pomarańczowy, czasami jest zbytnią landryną, ale ogólnie podoba mi się. Tworzę nową świecką tradycję- co miesiąc nowy lakier. Niedługo będę musiała codziennie zmywać jeden, żeby nałożyć następny kolor, żeby korzystać ze wszystkich :D

Zaspokoiliśmy nasze meblowo- kosmetyczne zapotrzebowania na ten miesiąc. Mam nadzieję że wiosną będziemy już tylko ozdabiać mieszkanie, potem balkon i będzie już super.

Dzisiaj zauważyłam (wreszcie do mnie dotarło- ale tak to jest, jak większość pracowników z firmy pochodzi spoza miasta), że Gdańszczanie mówią "jadę do Gdańska" (będąc obecnie w granicach miasta) gdy mają na myśli Główne Miasto. We Wro jechało się ewentualnie do Centrum/na Starówkę/ na Rynek, ale kto znajdował się za napisem "Wrocław" zawsze w tym Wro był :) Ot, taka ciekawostka krajoznawcza :)

sobota, 01 lutego 2014

Tak było 8 lat temu, ok. godziny 6.00, pierwsze spotkanie z mamą :)

Urodzona po 3 godzinach porodu, ostatecznie przez cięcie cesarskie o 3.10, 3350 g, 53 cm, 8 pkt Apgar.

Uszczęśliwiła mnie niesamowicie :)

Teraz to jest ośmioletnia panna, prawie 140 cm wzrostu i ponad 30 kilo wagi, z brunetki stała się blondynką, raduje nas każdego dnia :)

Kochamy Cię Córeczko!!!

 

O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga