RSS
poniedziałek, 22 lutego 2016

... Córeczka powtarza sportowy wybór mamusi i chodzi na zajęcia z piłki ręcznej! :D

 

Ja sama trenowałam w moim rodzinnym mieście, w VI klasie podstawówki i krótko w I klasie gimnazjum. Zafascynowana byłam seniorkami w naszym klubie więc prędzej czy później chyba musiałam trafić na treningi własne, ale nie byłam (delikatnie mówiąc) jakimś talentem. Większy dryg chyba miałam do tenisa, tylko warunki nie te (mój wzrost nigdy tak bardzo mi nie dokuczał jak wtedy). Ręczna dała mi jednak sporo doświadczeń i radości- nauczyłam się pracy zespołowej, zaparcia i większej odporności na ból. To ostatnie to w ogóle bardzo się przydało :) 

Córeczce też się przyda. Jej przyjaciółka, 4 lata starsza, także trenuje ręczną, więc było nam łatwiej zaproponować jej to granie. Pomogły jeszcze rozgrywki reprezentacji w grudniu i styczniu i klamka zapadła. 

Trzeba przejechać spory kawałek, z przesiadką, ale połączenie mamy super. Odebrać nas z hali może już Mąż. Siedzieliśmy na hali i zastanawialiśmy się: spodoba się jej, czy nie? Tu dostała "w paluszek", tu w nos, gdzieś błędy porobiła, ale po 1,5 godziny biegnie do Męża i pyta się, czy jej piłkę do domu kupimy :) Oczywiście: kupiliśmy jeszcze tego samego dnia :) 

Bardzo się cieszę. Córeczce sport, szczególnie zespołowy, twardy, intensywny, bardzo się przyda. Oby jej nie przeszło!

23:36, cinnamon.tea
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 lutego 2016

10 listopada miałam dość intensywny dzień: byłam na występach klasy Córeczki w jej szkole, jechałam po skierowanie do szpitala, nie wysiadłam tam gdzie trzeba, jak już wysiadłam, to miałam „dość blisko” do pracy Cinnamonowego… No i tak kombinowałam, kombinowałam aż zrobiłam sobie łącznie kilkukilometrowy spacer do szpitala (gdzie przyjmuje mój doktorek). Wróciłam do domu, piekłam ciasto (to były moje urodziny), coś tam sprzątaliśmy, pakowałam się na planowane przyjęcie następnego dnia na patologię ciąży… Dzień był przemiły (poza momentem wielkiego ryku jak wróciłam do domu, ale dół miewałam codziennie ostatnio), ale znowu mnie męczyły skurcze. Nie liczyłam częstotliwości, ale jak były, to bolały bardzo… tutaj już o tym wspominałam, to był niemal miesiąc takich męczarni. 
Z racji wolnego na następny dzień mieliśmy dość luźny wieczór, siedzieliśmy do późna. Jeszcze o pierwszej mówię Mężowi, żebyśmy coś objerzeli, on już nie chciał, ale i tak poszliśmy spać ok drugiej…

Tuż przed piątą budzi mnie skurcz. Oooo cholera, ale boli. Po drugim takim… zaczęłam sobie różaniec odmawiać. I nie skończyłam, kolejny był taki, że jęknęłam. Cinnamonowy wyciąga rękę, masuje mi krzyż i się pyta: czemu mnie nie budzisz? (no przecież właśnie cię obudziłam, nie?) Mówię mu: wiesz co, idę pochodzić. 
Wstałam i nie wyszłam z pokoju- czuję, że coś pęka i leci. Mężusiu, wody mi odchodzą! On wystrzelił jak oparzony z łóżka, zaczął się ubierać, a ja klęczę w rozkroku i ryczę- bo się wzruszyłam :) Trochę męża wyluzowałam- on się pyta, co zrobić, a ja do niego: śniadanie sobie zrób…
Weszłam pod prysznic, ale potem zaczęły się schody- nie mogłam się ubrać, skurcz za skurczem, a wraz z nimi wody chlustają jak w filmach- tu kałuża, tam kałuża, zalane ubrania, następna zmiana… Ostatecznie wypiłam trochę herbaty, odrobinę musli z mlekiem, obudziliśmy Córeczkę po 6, i zebraliśmy się do szpitala. Mąż musiał mi założyć skarpetki i spodnie, ja co chwila na kolanach rzucałam się opierać o pufę z tekstem w stylu „o Jeeezu” bo skurcz. Po skurczu odpoczywałam, a jak tylko nabrałam sił, żeby się zbierać, to przychodził kolejny skurcz O_o

Jeszcze w międzyczasie usiadłam sobie i stwierdziłam: imię jak dziadek polityk... data urodzin jak wujek polityk... przerąbane :)
W aucie w pozycji siedzącej udało mi się tak niby przysypiać… Podjechaliśmy tuż pod wejście do szpitala zaraz po 7, ja wysiadłam, Cinnamonowy upewnił się, że te kilka minut dam radę i pojechał odstawić auto. 
Na izbie nie ma nikogo, hurra! Wchodzę od razu do IP, i od razu na kolana znowu, bo skurcz. Zanim doszłam na kozetkę skurcz. Ściągnęłam ciuchy, nie mogę wejść na kozetkę- bo skurcz. Położna dzwoni na górę- jest tam (tu imię lekarza)? Dajcie go, szybko, bo mam tu skurcz za skurczem. Żeby tylko skurczem! Wody i krew się leją… 
Lekarz wpadł, zbadał na szybko… usłyszałam, że rozwarcie jeden centymetr to się zdziwiłam, ale co poradzić, skurcze i tak dają czadu więc jakoś się rozrusza- tak myślałam jak mnie jeden pan na wózku wiózł piętro wyżej na porodówkę. Wyszło na to, że wtedy nie usłyszałam, i że to było siedem, a nie jeden :) Na izbie dostałam flanelową koszulę szpitalną, pewnie swoich ciuchów i tak bym nie włożyła (miałam getry i ręcznik w gaciach-dosłownie).
No i tu nie wiem, ile Wam opowiadać, ale dowieziono mnie na porodówkę, na salę „Zima”, zaraz dotarł Cinnamonowy z rzeczami… i za chwilę musiałam być cała umyta i pozbyłam się tej koszuli. Mąż ubierał mnie w moją koszulę dresową, wystarczyło że mi naciągnął na ręce, i tak nie marzłam za bardzo. 
Najpierw na chwilę ogarniała mnie położna, która wtedy była jakąś szefową zmiany, podpięła mnie pod KTG (i ona nie puściła mnie do toalety, tłumacząc, że to fizjologia, nic nowego, a już nie mogą mi pozwolić wyjść z sali- zrobiła to tak) zaczęła szybko omawiać z nami plan porodu, dotarła nasza położna, młoda i fajna pani S. Zbadała, motywowała, wspierała. Ja na lewym boku, co skurcz to łapałam za rączkę łóżka porodowego (takie nowoczesne było) i przy okazji że było mi tak łatwiej, to zaglądałam na puls małego i siłę skurczy. Siłę zaraz olałam, ale po dźwięku tętna wiedziałam, że młodemu serducho na początku każdego skurczu zwalnia…Myślę sobie: no nie no, powtórka z rozrywki… Bardzo mocno skupiałam się na oddychaniu, choć mam wrażenie, że to w takim momencie chyba najtrudniejsza rzecz na świecie… Ale ponoć skoki tego typu były w normie i przy moim zmotywowaniu nic się nie pogarszało.

Kojarzę że miałam stopę opartą na podpórce i mi skakała strasznie, przy skurczu to już w ogóle, drgawki. Mąż chciał to powstrzymać, ale jak mi przytrzymał tą nogę to myślałam, że oszaleję, no musiała mi się gibać i tyle! A druga rzecz- pytają się Cinnamonowego, czy mamy picie, a my dosłownie w małej szklanej butelce od kubusia wodę mieliśmy. Mąż chciał coś kupować (wychlaliśmy oba soki jakie mieliśmy wieczorem- no bo przecież ja nie rodzę, nie?), no ale go uświadomiłam- nad ranem, w święto narodowe? No to dostał ampułki z wodą destylowaną i mi do buzi wlewał i usta zwilżał :)

Najpierw na porodówce skurcze miałam bardzo silne, krótkie i na dokładkę przerwy były bardzo krótkie- to był chyba osławiony kryzys siódmego centymetra… Ale potem jakoś to szło, pracowałam tym oddechem ile się dało. No i trochę mnie „podpierało” i w pewnym momencie ta pani S. mówi, żebym sobie „na próbę” trochę poparła, bo mały jest jeszcze wysoko, z centymetr, albo dwa. No dobra, to tak sobie po troszku popieram… 
Pani S. mnie ustawiła inaczej- na plecach, ręce miały swoje „łapki”, stopy na podpórki (nie strzemiona) i… dajemy! Ja się parcia bardzo bałam, byłam przekonana że moja forma jest tragiczna, i nie wiedziałam, czy po prostu będę miała siły… A co się okazało- organizm dobrze wie co robi, a siły w nim zawarte są niesamowite! Mnie skurcze parte nie bolały, to był tylko i wyłącznie wysiłek. Skurczy wystarczało na dwa, maksymalnie trzy parcia, położna trochę kierowała, ale chwaliła i odpuszczała i właściwie potem zagrzewała bardziej niż mówiła, żeby jeszcze pocisnąć. Momentami trochę pomaga mi, rozciąga, kieruje palcami, to boli, fakt, a na koniec przykłada jakąś wilgotną ściereczkę, chyba krocze chroniła. Gdzieś tam na początku mówi- no to na dziewiątą umawiamy się na poród. Ja oko otworzyłam i na zegar- jest 8:30- Cooo? Za pół godziny??? 
Położna zmieniła mi ustawienie, żebym sama się pod kolanami złapała, bo maluch tak jeszcze szybciej zejdzie. Trochę mniej czułam, gdzie kieruję parcie, ale za to… zaczęłam bardzo wyraźnie czuć główkę małego (nawet pokrzykiwałam do siebie, Męża, położnej- czuję go! przesuwa się!). Ojej, ale to było napięcie, co skurcz to zmiana- położna widzi, że Synek ma czarne włoski, potem czuję go w miednicy, potem mogę dotknąć jego główkę… coś niesamowitego. Mam wrażenie że oboje już się wzruszamy, płaczemy pomiędzy skurczami…
Wyszła główka, potem jeszcze jedno albo dwa parcia i malutki się wysunął ze mnie… jeszcze pomiędzy moimi nogami był, położna odwijała mu pępowinę z brzuszka (bo był owinięty, albo wokół klatki, albo wokół brzuszka) a my w płacz, oboje… I zaraz Synek trafia na mój brzuch, taki malutki, wilgotny, ciepły, cudowny… Zapłakał raz, na klatce u mnie był taki cudownie spokojny… :)

Spędziliśmy kilkanaście minut z nim, wzruszeni, zachwyceni- mamy naszego Synusia! A ja powtarzałam: jaki jesteś cudowny... :)

 

A dalszy ciąg jest troszkę bardziej „zmedykalizowany”- bo łożysko nie za bardzo chciało odchodzić. Lekarz taki wielgachny do nas zaglądał i ogląda mnie… i spróbował ruszyć toto… Ała!! No dobra, czekamy jeszcze z kwadrans. W tym raz próba parcia, potem na chwilkę założono mi cewnik, na wszelki wypadek, gdyby to pęcherz blokował to łożysko. Po tych 10 czy 15 minutach udało się urodzić łożysko (wciąż z malutkim na brzuchu, nawet possał trochę, praktycznie sam złapał pierś) ale… nie w całości. No to z lekarzem decyzja- łyżeczkowanie, i szycie przy okazji, bo lekko pękłam. Poradzono nam, żeby małego wziąć, że pójdzie na noworodki na chwilkę. Ja się zorientowałam i mówię- a mąż może iść? No jasne, że może, więc Mąż spędził swoje pierwsze chwile sam na sam z synem. Przy okazji położna szybciutko go zmierzyła i zważyła- 3520 g i 56 cm. Otrzymał 10 pkt Apgar.

Te zabiegi były oczywiście najgorszą częścią porodu- inaczej bolą skurcze, inaczej boli szycie- to jest cholernie ostry ból, jeszcze na takiej masakrze na błonach śluzowych, jaką jest poród. A przy łyżeczkowaniu- no jak taki stary mikser, co był do ubijania, jakby to w brzuchu latało- takie miałam skojarzenia, że to tak nieprzyjemne, że aż boli. Uch!

Malutki wrócił do mnie, i zostaliśmy przeniesieni do sali obok- sala porodów w wodzie została zmieniona na salę położniczą. I tam zaczęłam czuć kość ogonową, ten ból długo przeszkadzał funkcjonować... 
Po jakiś 2,5 godziny Mąż pojechał wykończony do domu (mój brat zabrał Córeczkę do siebie, był z samego rana po nią i jeszcze jej pomagał zbierać ręczniki papierowe z tymi moimi wodami- cały salon był nimi usłany… ;)), i po jakiś 30-45 minutach Synek poszedł na noworodki na przyjęcie… A ja miałam powoli wstawać. Najpierw położna mi mówi, że po łyżeczkowaniu najczęściej kobiety potrzebują więcej czasu… Ale potem było jednak coraz gorzej. Trzy próby wstania, w tym wyjście pod prysznic, kończy się uderzeniem gorąca i szumieniem w uszach (prysznic wzięłam, jak się ubierałam to się stało- położna mnie odprowadza na salę i czuję jak trzyma mnie coraz mocniej i ciaśniej- chyba odjeżdżałam). Dopiero zaczęłam nabierać sił ok 17-18, uniknęłam kroplówek z elektrolitami, ale Synka dostałam dopiero jak przyjechali Mąż z Córeczką- mi samej by go nie oddali. Po wizytach męża i córy, potem moich rodziców, już na tyle się ogarniałam (raczej na leżąco), że malutki został ze mną. ’

Pierwsze dwa dni spędziliśmy na sali obserwacyjnej na porodówce, też przerobionym na trzyosobową salę- takie było przepełnienie. Spałam na łóżku porodowym,które nie jest płaskie, więc było… słabo, straszliwie mnie bolały biodra, bo na nich opierał się cały ciężar ciała. No ale tu mogę narzekać, za to na synia wcale- pięknie ssie od początku, wcześniej mógł wisieć non stop na piersi (stąd po 2 dniach zawezwałam o smoczek, ale używamy go mimo wszystko oszczędnie), gdyby nie ta żółtaczka i naświetlania (jeden dzień) to w ogóle nie można się przyczepić :)

Opieka i podejście personelu w szpitalu na Kamieńskiego cudowna, serio. I na porodówce, i na położnictwie. Miałam inkubator z lampami w pokoju, wyjmowałam Synka na karmienie, panie pomocne… Gdyby nie fakt przepełnienia (brakuje im ok 10-12 łóżek właściwie obecnie) to naprawdę byłoby bosko :)

 

Udał mi się VBAC, i mam wrażenie, że zostałam nim pobłogosławiona. Nie każdemu się udaje i nie ich wina. Ja mogę powiedzieć- nie żałuję że zdecydowałam się na poród siłami natury!

piątek, 19 lutego 2016

Nasze małe błogosławieństwo dzisiaj ma 100 dni :) 

Pierwsze dziesięć dni to był pobyt w szpitalu, uczenie się nawzajem i ciągłe zachwyty :) 

Gdy Synek miał 10 dni poszliśmy na pierwszy spacer, więc druga dwudziestka to były pierwsze spacery, jazdy, wspólne odkrywanie świata

Trzecia dziesiątka to pierwsza jazda do dziadków, wizyty położnej...

 

Rozpoczęcie 2 miesiąca życia Synka rozpoczęliśmy współprowadząc weekend dla narzeczonych- oczywiście razem z naszym maluszkiem :)

 

Piątka dziesiątka to Święta i chrzciny :)

Nowy Rok  i Trzech Króli zmieściły się w sześćdziesięciu dniach życia

Siedemdziesiątka to odpoczywanie od podróży i spokojne spędzanie czasu we Wro... co chwila widzimy zmiany u Synka. Musieliśmy zrobić badanie krwi, Synek był niesamowicie dzielny

Ósma dziesiątka to ochrona malutkiego przed gorączkującą siostrą... Udało się ochronić malca i wyleczyć Córeczkę przed jej urodzinami

Dziewięćdziesiąt dni Synka przeszło podczas urodzin i ferii Córeczki :)

No i teraz... Ostatnio Synio skończył 3 miesiące i wreszcie udało się go zaszczepić. A ja coraz bardziej się upewniam, że nasz Twarożek ma jakąś lekką skazę białkową... 

 

Synek bardzo nam urósł (z 56 do 64 cm- i to mierzyłam go 1,5 tygodnia temu), "utył" (od 3520, przez 3240 do obecnie 5940 g- ważony był wczoraj), uśmiecha się, płacze łezkami (choć rzadko), umie spać nawet pod 7 godzin z rzędu, pięknie z nami głuży, długo leży na brzuszku, obserwuje swoje otoczenie, sięga po zabawki i często już je chwyta, ogólnie to sama nasza RADOŚĆ :) 

19:27, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 lutego 2016

...czyli odrobina minimalizmu w naszym domu.

Jeszcze przed porodem szykowałam się do tej notki, i porobiłam te zdjęcia:
Synkowe "kosmetyki", to co mieliśmy w domu i co wtedy kupiłam 

 

i okołokosmetyczne zbiory dla mamy

 

Zacznę od końca, czyli od "kosmetyków" dla mamy, bo chcę tylko o tym wspomnieć: 
Całą ciążę smarowałam brzuch kremem na rozstępy (właściwie to nie ja- wieczorne smarowanie brzucha celebrował Mąż :)) i bardzo sobie chwalę tą Ziaję- dość tania (ok 26 zł), wydajna, polecam :)
Koniecznie kupiłam sobie lano- maść, też z Ziaji- super sprawa na podrażnione brodawki sutkowe, polecała go nawet świetna doradczyni laktacyjna w szpitalu. Na dokładkę lanolina przydaje się do impregnowania wełnianych pieluch wielorazowych (takowych na razie nie posiadam, ale na wszelki wypadek... :)). Bardzo tania jak na lanolinę- ok. 12 zł.

Maltan to maść z mocno stężonej glukozy, która bardzo szybko ratuje umęczone sutki. Moje tym razem nie cierpiały wiele, więc wystarczyło nakładanie lano- maści i nawet tego Maltanu nie użyłam. Dostałam od położnej, puszczę dalej w obieg.
Płyn do higieny intymnej być musi, i już. Tutaj saszetka dodana jako gratis do lano- maści. Mam w domu płyn, który kupiłam w Biedronce i go lubię. Dla mnie takowy powinien spełniać trzy życzenia: zawierać kwas mlekowy; zawierać wyciąg z kory dębu; opakowanie powinno zawierać pompkę.
Ricinus communis to środek homeopatyczny który wspiera przy karmieniu piersią. Dostałam dwa takie opakowania od dobrej duszy z pracy. Mleko było, Synek cudnie ssał- nie użyłam. Puszczę z Maltanem dalej :)

Olejki eteryczne to część naszego wielopieluchowania. Olejek z drzewa herbacianego trafia do kosza do przechowywania zużytych pieluch (kilka kropli na dno i ścianki). Lawenda i cytryna mają za zadanie dodać trochę zapachu i wspierać odkażanie w pralce. Wielopieluchujemy ponad 2,5 miesiąca i właśnie buteleczka olejku lawendowego się skończyła, zaczynamy cytrynkę.
Przy okazji: schodzi nam mniej więcej opakowanie proszku do prania dla dzieci na miesiąc (1,8 kg). Kupuję Lovelę, udaje się trafiać na promocje, więc liczę takie opakowanie za 18 zł. Piorę ciuszki razem z pieluchami, więc liczę, że mniej więcej 2/3 opakowania schodzi stricte na pieluszki. Wychodzi miesięcznie koszt proszku: 12 zł, olejki ok 3 zł. 

 

Przechodzimy do kosmetyków Synka :)

Wielopieluchowanie zmienia trochę podejście do używania kosmetyków dla dziecka. Kremy i oleje umieją zatkać pory w pieluszkach, co może albo doprowadzić do przeciekania, albo do zatrzymania nieprzyjemnych zapachów. Poleca się więc nieużywanie kremów do pupy bez potrzeby. I rzeczywiście- praktycznie nie ma potrzeby korzystania z kremów! 

Minimalizm kosmetyczny w naszym wydaniu opiera się na oleju kokosowym, wazelinie i płynie do kąpieli z pompką z Rossmana. Wazelina do smarowania buzi na mróz (a więc tej zimy użyłam go tylko kilka razy), do kąpieli łyżeczka oleju kokosowego+ do mycia główki płyn.
Po takiej kąpieli maluszek pachnie jak kokosowa pralinka, a skórka jest cudowna! 

Od narodzin maluszka dostaliśmy dwa duże płyny do kąpieli z emolientami, w tym Emolium w zestawie, z kremem na odparzenia i oliwką "do ciała z lipidami". Obecnie oliwkę używam do masażu po kąpieli, a gdy cokolwiek się zaczerwieni na pupce (Synkowi mała kupka nie przeszkadza i umie usnąć z taką, bez jakiegokolwiek znaku, że coś jest nie tak- zdarzyło się to kilka razy i wtedy wystarczyło jedno takie smarowanie). Od początku stycznia używamy też płynu do kąpieli, bo mamy tego już całkiem sporo, więc używamy "bo mamy". Skończą się płyny- wracamy do oleju kokosowego :) 

Na zdjęciu są też: octenisept do pielęgnacji pępka (niestety u nas się trochę babrało i skończyło się na spirytusie i dermatolu- żółtym pudrze z apteki), mąka ziemniaczana do ewentualnego zasypywania- i pupy, i pępuszka. Mydło w kostce, takie proste- do mycia w umywalce po jakiejś większej "akcji" ;) Krem Ziajka służy nam czasami do posmarowania buzi czy ciałka po kąpieli, zabieram go awaryjnie na wyjazdy (podczas których często używamy pampersów). Nivea na odparzenia była w jakiejś paczce u położnej, i tyle mogę powiedzieć na temat tego kremu...

Witamina D i K powinna być podawana codziennie od 8. dnia życia do skończenia 3 miesięcy maluszka. Warto się w to zaopatrzyć, żeby potem nie biegać do apteki zaraz po wyjściu ze szpitala. Synek kończy 3 miesiące w tym tygodniu, i wtedy zmieniamy K+D na samą witaminę D. Warto to pilnować, bo tej witaminy naprawdę nam bardzo brakuje.  Sama się obecnie suplementuję...

Koszty (mniej więcej): olej kokosowy ok 12 zł (kupiłam na początku ciąży, korzystałam i korzystam nie tylko do kąpieli Twarożka), płyn do kąpieli z Rossmana ok 7 zł, krem Ziajkowy 4 zł, wazelina 2,5 zł. Mydło 1,5 zł, dermatol 2,5 zł, spirytus :P 12 zł, witaminę K+D dostałam, krem z Nivei dostałam, mąki ziemniaczanej w ogóle nie liczę, bo po prostu mam ją w kuchni :)

Jeśli chodzi o nasze pampersy na wyjazdy, to kupiłam jedną paczkę do tej pory, Fun&Fit z Rossmanna. Do szpitala mieliśmy paczuszkę "jedynek" (też dostaliśmy) z Pampers, cieniutkie są, ale mam już zboczenie przez wielopieluchy i te pampersy strasznie mi śmierdziały (jeszcze przed użyciem). Rossmanki są tanie, trochę grubsze, ale jakby mniej chemiczne. Gorzej, że drugi raz ostatnio po dłuższym posiedzeniu w jednej pieluszce znalazłam kawałeczek żelu na skórze Synka... Będę to obserwować.  

Na razie Synio nosi się tak: 
 

Jak widać, dużo pisania, mało użytkowania. Wydaje mi się, że malutki jest wypielęgnowany optymalnie i zamierzam w dalszym ciągu używać mało kosmetyków. No i rada dla młodych rodziców- dużo rzeczy się dostaje, nie warto obkupić się po uszy!

 

A Wy co polecacie, a czego nie? 

środa, 03 lutego 2016

Córeczka urodziła się 10 lat temu, 1 lutego 2006. Wtedy rozpozęło się nie tylko jej życie-  to także początek mojego prawdziwego, wartościowego życia. Bez Niej nie byłabym nikim ważnym, a moje życie na pewno wyglądałoby inaczej... jestem pewna, że gorzej. 

Taka była... 

2006

2007

2008

2009

2010

2011

2012

2013

2014

2015

a taka jest obecnie :)

Patrzę na te zdjęcia i zastanawiam się: dlaczego ten czas tak szybko leci?  

O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga