RSS
piątek, 25 listopada 2011

   Dzisiaj mnie wzięło na pochwalenie się rysunkami Córeczki i polecenie książek dla dzieciaków. Bo moje dziecię naprawdę ładnie rysuje, a jej ostatnie wyczyny plastyczne mnie zachwycają :) Córeczka albo robi teatrzyki- rysuje różne postaci, wycina je i potem chce z nich robić przedstawienia (wiadomo jak wyglądają te "pacynki" (jak to ona nazywa) wycięte ze zwykłej kartki do drukarki, następnego dnia :P), albo chce się wzorować na bajkach, albo tworzy rysunki sytuacyjne, głównie specjalnie dedykowane jakiejś osobie- i aż mi szkoda że dzisiaj jeden taki, z bezludną wyspą z palmą, i z delfinami wyskakującymi z wody, poszedł do jednej z akademikowych cioć :)

    Tak czy inaczej, momentami i ja muszę rysować :P No bo jak mamy razem potem robić przedstawienia, to i ja, według niej, lepiej rysuję, więc też muszę w tym brać udział :)

rysunek Córeczki

Środkowy rysunek to ja i Narzeczony, i jesteśmy w sercu bo ona nas kocha najbardziej :) Dolny był stworzony jeszcze w przedszkolu, dzisiaj, i to mała próbka tych delfinków i palm.

rysunki Córeczki

    Tutaj za to mamy klasyczny przykład przerysowywanek do przedstawień- małą śpiącą królewnę rysowałam ja, tą wysoką- Córeczka. Byliśmy zadziwieni, jak jej to pięknie wyszło! Te postaci oczywiście od razu zostały powycinane, ale na białej kartce lepiej się zdjęcia robi ;)

    No i jeszcze moje wypociny dzisiaj- byłam pilnowana przez cały czas rysowania, żeby efekt był podobny do Żabiego Króla i jego Królewny :D Wybaczcie nieostrość i czarno-białość- jutro całość będzie pokolorowana.

 

     No a przy okazji odwzorowywania książeczek- te na których opierają się te nasze rysunki są re-we-la-cyj-ne. Jest to seria z "Dziecka", 20 książeczek (jeszcze nie mamy wszystkich), napisane przez kilka bardzo dowcipnych osób, w tym na przykład Grzegorza Kasdepke i pięknie, prosto ilustrowane. Nie raz my, dorośli, czytając Córeczce taką bajkę na dobranoc zaśmiewaliśmy się z celnych uwag i fajnego języka tych książeczek. Dodatkowo do książki doklejona jest płyta, na której tą konkretną książeczkę czytają albo Wojciech Mann albo Magda Umer. Serdecznie polecam, naprawdę warto- i dla dziecka i dla rodziców!

 

     Teraz bardzo często i chętnie odwiedzamy świetną bibliotekę niedaleko akademika. Tam odkryliśmy bardzo fajną serię, która też- i nam i Córeczce bardzo się podoba- seria o Martynce. Fajnie tłumaczona, prześliczne rysunki, opowiada o dziewczynce z którą Córeczka może się już utożsamiać- bardzo dobra lektura dla dziewczynek (choć z biedy i chłopcom się spodoba bo co chwilę i chłopcy tam występują, jak nie brat to jakiś kolega Martynki). Córeczka ma swoją własną kartę biblioteczną, kącik z książkami dla dzieci jest świetnie urządzony- to jeszcze bardziej uatrakcyjnia takie czytanie :) 

     Jako ostatnia propozycja polecam dla tych którym regularne dodatkowe wydatki nie są straszne. Od niedawna w kioskach można kupić serię Wesoła Farma, to jest kolekcja DeAgostini. No wyłudzacz, ale dodane figurki zwierząt (i nie tylko) są porządne, z twardego plastiku, ale wydawać 25 złotych co dwa tygodnie... Wiadomo :) My mamy dwie- ale są naprawdę super. Jak młoda wzięła je do przedszkola to pani czytała ciekawostki całej grupie! Naprawdę warto, jeśli ktoś rozmyśla nad tym czy kupować jakąś serię dziecku, to tą mogę polecić z czystym sercem. Nawet dzisiaj młodszemu pokoleniu czytałam o koniu ;)

 

     Ja za to chodzę na praktyki na piechotę i nie zważając na drętwiejące ręce czytam, czytam i czytam. Bo ogólnie totalnie nie mam czasu. Praktyki, nauka na przyszłotygodniowe, ostatnie zaliczenie... Więc czytam, dosłownie, po drodze. I uwielbiam Jodi Picoult! Co za rewelacyjna autorka, kawał dobrej roboty przy okazji każdej książki, naprawdę coś niesamowitego. Znów- polecam :)

    Za to nie polecam filmu "The Box" bo jest w ogóle do bani i nie wiadomo o co kaman. Dla odmiany "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" jest rewelacyjny, tylko nie można zaczynać zbyt późno- można niechcący zarwać noc :P

    Jeszcze słówko o Córeczce- zapytała się mnie dzisiaj, czemu ona już tak dawno nie chorowała :P Dobrze je, sporo się rusza, jakąś tam multiwitaminkę sobie zje od czasu do czasu i rzeczywiście- gdyby nie problem żołądkowy tydzień temu to większa choroba zdarzyła się ponad 2 miesiące temu- jak na tą porę roku to sukces!

     Zmiany w reformie edukacji mają jednak wejść w życie i mam zagwostkę- posyłać Córeczkę za rok, czy za dwa lata? Ciężka decyzja...

     Dostaliśmy dzisiaj mailem wzór umowy z zespołem, jutro drukujemy i wysyłamy, przy okazji wpłacamy zaliczkę. No i chyba znaleźliśmy "te" obrączki, ale jeszcze poszukamy, może gdzieś taki sam wzór wyjdzie choć troszkę taniej...

     Niech będzie jeszcze jedna fotka- z sobotniego spaceru na Bartoszowicach.

liscie

 

Mam nadzieję że przebrniecie przez tą notkę :)

Piosenka na dzisiaj: Xavier Naidoo & Cassandra Steen- Wann

Tą notkę napisałam 20 listopada. Myślałam że się zbiorę i dopiszę coś jeszcze, ale wyszło jak wyszło :)

 

300 dni do ślubu. I pierwsza umowa podpisana i wpłacony zadatek!

Była trema :)

 

Rozpisałam się jakieś 15 minut temu tutaj i niechcący sama sobie wyłączyłam Firefoxa. No grr, wściec się można. Tak czy inaczej wczoraj wieczorem Narzeczony przywiózł do domu pieniążki i śmiałam się że w tym pokoju nigdy jeszcze nie było takiej kwoty- nie lubimy trzymać gotówki, wszystko co się da mamy na kontach. Dzisiaj więc wsiedliśmy w auto i zrobiliśmy rundę: akademik- mieszkanie moich rodziców- nasza sala- dom przyszłej szwagierki- mieszkanie rodziców- akademik. Wróciliśmy po 20.30... U rodziców przemiło, kochani, tylko dowiedzieliśmy się że mamy się pojawić w okolicy to upichcili dla nas obiad, mimo że zakładali że nie będzie ich w ogóle w domu. Mam wrażenie że rodzicom po naszych zaręczynach (już 4 miesiące i jeden dzień temu) kamień spadł z serca i dużo im swobodniej się komunikuje i ze mną i przede wszystkim z Narzeczonym. A i on coraz chętniej chce przyjeżdżać i spędzać z rodzicami czas, co mnie tylko cieszy. Byle tak dalej!

21:02, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 listopada 2011

     Od dobrej wiadomości do złej i z powrotem...

 

    Przedwczoraj, pierwszy raz w życiu, z własnego pomysłu i motywacji, zrobiłam w akademiku, sama od początku do końca, pierogi ruskie. Przyszły mąż i Córeczka zadowoleni, ja właściwie też. Jakieś takie ładne wyszły :P Jutro zrobimy pierwsze podejście do zupy z soczewicy- jedliśmy taką u koleżanki w niedzielę i bardzo nam smakowała :)

    Siedzę na tych praktykach już dwa tygodnie. W mojej pracowni jest trójka doktorów (czy po prostu pracowników)- wszyscy po moim kierunku i mojej uczelni, a wylądowali na AM :) To co robię, bardzo mi się podoba- mimo tego że pojedyncze działania są raczej żmudne.

    Przykład- dzisiaj. Z próbek z rozdziału chromatografem wyciągamy te, przy których zaobserwowano jakąś reakcję ("tam coś jest"). Probówki są numerowane. Następnie szykuje się dwa razy tyle takich malutkich probóweczek, eppendorfek- trzeba wybrać ten sam kolor, poobcinać im wieczka, opisać, w wieczkach porobić dziurki, a potem pomiędzy eppendorfkę i wieczko daje się specjalną błonkę do dializy. Samo jednak obcinanie wieczek i numerowanie tych probówek jest... nudne :P Ale wczoraj na przykład obserwowałam jak robi się zdjęcia żelom po elektroforezie w specjalnym aparacie :)

   No dobra, jako przykład, bo ciężko tak tłumaczyć bez naoczniania- eppendorfka

   a tak wygląda żel po elektroforezie- przypomina to dość znane z filmów itp. badania DNA. Tylko u nas takiemu rozdziałowi poddajemy białka z błony komórkowej bakterii

    Po tych dwóch tygodniach mogę stwierdzić- nie mam po co szukać dalej, chyba odkryłam miejsce gdzie będę pisać swoją magisterkę :) Byle się dostać na studia II stopnia, dzisiaj rozmawiałam ze swoją doktorką, ponoć nie będzie problemu z załatwieniem formalności pomiędzy PWr a AM.

    Mieliśmy w ten weekend podpisywać umowy z właścicielami sali i z zespołem. I sami nie wiemy czy przypadkiem znowu jutro nie ruszymy w trasę. Bo fundusze miały się znaleźć za dwa tygodnie a najpewniej znajdą się już. Eh, te zwroty akcji :) Na razie też tylko sobie oglądamy jakiś fotografów, obrączki, zaproszenia (wyszło że taniej zamówić na allegro niż robić ręcznie- niestety), czy ja- fryzury i sukienki.

    Może wreszcie ruszy się kwestia organizowania przeze mnie szkoleń dla doul. Możliwe że w grudniu odbędą się dzięki temu trzy takie szkolenia- w dwa weekendy. Jestem ciekawa czy ludzie dopiszą, czy ja się spiszę i czy to się okaże bardziej ciekawe czy opłacalne :P Zawsze coś ciekawego do wpisania sobie w CV... albo jako temat do rozmów.

    Córeczka dzisiaj nas troszkę martwi- w przedszkolu zwymiotowała. I choć potem było wszystko OK, to teraz, przed spaniem znowu stwierdziła że ją tak brzuszek boli "na wymiotowanie". No i weź tu się nie martw. Tak czy inaczej, naprawdę dobrze się trzyma w tym roku- przez to dobre jedzenie czy cokolwiek innego chorowała porządnie tylko mniej więcej w połowie września. Teraz nawet katarku nie ma, więc ogólnie rewelacja- pomaga jej to na uszy, bo jakiś czas temu przejawiała mały niedosłuch.

    Wczoraj Córeczka i Narzeczony przyszli po mnie na praktyki. Młoda- szczema do podłogi. Zachwycała się kolorowymi eppendorfkami, pipetami automatycznymi, o wszystko się pytała, wszystkiego by chciała dotknąć (ale się ją pilnowało). Ciekawe czy dzięki nawet takim drobiazgom kiedyś będzie jej łatwiej uczyć się przedmiotów ścisłych, a może w ogóle jej się spodoba praca w labie? Nie miałabym nic przeciwko, zresztą w ogóle co będzie chciała robić, byle to był pomysł z głową, to ją będę w tym wspierać. Moim głównym celem rodzicielskim jest wychować Córeczkę na szczęśliwego człowieka, celem pobocznym- by była dobrym człowiekiem. Więc jeśli z tych priorytetów wyjdzie mi prawnik, lekarz, pisarka, sprzątaczka czy krawcowa- niech tak będzie :)

   Aaaa, i zaliczyłam wczoraj pierwsze spotkanie w realu z osobą poznaną przez wspomniany już przeze mnie serwis. Bardzo fajnie się nam gadało, a czas zleciał jak szalony, więc już umówiłyśmy się na kolejne pogaduchy :D

Jeszcze fotki dwie z placu Piłsudskiego z 11 listopada. Córeczka oczywiście pochwaliła się w przedszkolu że ściskała rękę z prezydentem :P Kasieńka, ten prezydent to dla Ciebie szczególnie- zamiast syrenki :P

wtorek, 15 listopada 2011

Wróciliśmy! Późnym wieczorem wczoraj, po dobrych dwóch godzinach jazdy we mgle dotarliśmy do naszego "domku" i jakoś wciąż nie mija mi zmęczenie. A to nie ja prowadziłam! :)

 

Było fajnie, bardzo intensywnie. Wróciłam o rok starsza, z bukietem żółtych tulipanów w bagażniku. Odwiedziliśmy fantastyczne Centrum Nauki Kopernik, byliśmy (drugi punkt obowiązkowy) na uroczystej zmianie warty na placu Piłsudskiego; tu spotkał nas miły zaszczyt- staliśmy przy barierkach i po uroczystościach prezydent Komorowski podszedł do nas i uścisnął nam ręce. Heh, jako przyjezdni swoje przeżywamy, ale ciekawe było to że nawet jacyś starsi państwo stojący za nami byli równie przejęci :)

Poza tym: byliśmy na urodzinowej kolacji w knajpce żydowsko-bliskowschodniej, chodziliśmy po nocy po Starówce, Córeczka i Narzeczony odwiedzili park Skaryszewski kiedy ja i sis... byłyśmy w salonie sukien ślubnych. Do tego Fotoplastykon, kino (Contagion- świetny) i teatr (dla dzieci- Baj- "Zaczarowane wycinanki"- Córeczka po skończeniu spektaklu popłakała się że to już koniec), kawiarnia, no i kibicowanie sis która pobiegła w Biegu Niepodległości. Ach, fajne wakacje w listopadzie :)

Jestem jednak przy okazji permanentnie zmęczona, ale zadowolona. Gorzej że niektórzy ciukają mnie w pewnych kwestiach i na samą myśl w jakiej sytuacji się znalazłam mnie telepie. Ale mimo tego że to bardzo poważna sprawa to staram się myśleć o pozytywach- udało się zarezerwować wybraną przez nas godzinę w wybranym przez nas kościele :) Pewnie się spytacie- sukni nie kupiłam, ale przynajmniej wiem że moje największe marzenie sukniowe raczej się nie spełni. Jeszcze nie trafiłam na "tą jedyną" :)

Córeczka dostała trochę portugalskich gadżetów po krótkich wakacjach cioci, ale dostała również łośka, z którym obecnie się nie rozstaje. W ogóle dla mnie to jest dziecko zadziwiające, tak grzeczne, tak kochane... Jeszcze teraz ma taki apetyt że ciężko się do niej w jakikolwiek sposób przyczepić. Kochana jest!

poniedziałek, 07 listopada 2011

Przy okazji wyjazdu do Warszawy i pewnemu rozważaniu o starszych siostrach- singielkach.

Moja sis.

19:31, cinnamon.tea
Link Komentarze (9) »
niedziela, 06 listopada 2011

     Okazuje się, że w pierwszej kolejności powinniśmy, tak tradycyjnie, rezerwować termin w kościele. No wiecie co?!

     Mój kochany Przyszły Mąż bardzo wyraźnie zażyczył sobie żebyśmy udzielili sobie sakramentu małżeństwie w najpiękniejszym i najbardziej reprezentacyjnym jednocześnie kościele w moim rodzinnym mieście. Mi się marzył jakiś malutki stary kościółek, ale z racji tego że w moim mieście nie ma za bardzo takiego, przystałam na tą prośbopropozycję. Jakbyśmy znaleźli salę bliżej naszego miejsca zaręczyn, to miałabym kościół jak nic- przepiękny Kościółek Leśny pw. 14 świętych wspomożycieli w Trzebnicy (Narzeczony poprosił mnie o rękę jakieś 3-4 km drogi rowerowej dalej, w pewien wspaniały, słoneczny dzień :)). Tak zostanie nam tylko przekonanie siebie i gości że nie będzie problemu zrobić 20 czy 25 km od kościoła do sali :) Moi rodzice byliby zadowoleni, bo ich i moi znajomi będą mogli bezproblemowo dotrzeć na ślub (znajomi tacy kościelni, moi "wujkowie" i "ciocie" pewnie stawią się niemal w komplecie), ja tym bardziej- to mnie chyba przekonało :)

     Przy okazji takiej decyzji stwierdziłam że napiszę do koleżanki która rok temu brała ślub w tym kościele i się zapytam kiedy oni rezerwowali termin. A K. mi pisze, że mając plan na sierpień, rezerwowali 11 miesięcy wcześniej i już wtedy były dwie msze ślubne zaklepane [sic!]. No a nam zostało 10 miesięcy i strach mnie obleciał. Fakt, nie zawsze musi być tak różowo- udała się sala, udał się zespół- ale miło by było gdyby tu też wyszło mniej więcej tak jak chcemy.

     Wymyśliliśmy sobie godzinę 16 na ślub- nie za wcześnie, nie za późno. Mi, jako bywalcowi i obsłudze ślubów (śpiewałam w scholi) zdecydowanie nie podobałaby się godzina 17., jeśli normalna sobotnia Msza po południu jest o 18- sporo jest starszych pań i tym podobnych które przychodzą w połowie Mszy ślubnej i gdzieś mają to że siedzą goście, jest Msza, fajnie by było uważać żeby drzwi nie trzaskały albo nie wciskać się między gości w ławkach czy przy wejściu do kościoła w momencie wychodzenia pary młodej. Wcześniej ewentualnie też mogłoby być, ale znów- bez przesady, na 14 gości zaganiać nie będziemy. I wychodzi że wymagający jesteśmy :P Jutro więc będę dzwonić, mój tata pewnie wybierze się osobiście i będziemy liczyć na szczęście.

     Spędziliśmy dobę u przyszłych teściów i było bardzo sympatycznie :) Wybór miejsca na wesele im się bardzo spodobał, więc kamień spadł nam z serc. Córeczka baaardzo się cieszyła że jedzie do dziadków, pytała czy dzisiaj pójdziemy na działeczkę. Ona ma tam swoje zabawki, mini zastawę stołową na działce i świetnie się tam czuje. Rodzice Narzeczonego od początku nie tworzyli żadnych granic, więc Córeczka od razu się zaadoptowała. Ach, jakie to miłe uczucie, taka akceptacja ze strony rodziny ukochanego... Poczułam niestety taką niechęć w poprzednim związku więc teraz mogę docenić taką postawę w 120%

     A tak przy okazji zaadoptowania się... Po ślubie, nie wiem czy od razu, czy troszkę później, rozważamy próbę pozbawienia biologicznego ojca Hani praw rodzicielskich, których posiada pełnię i z nich nie korzysta (powiedzmy sobie szczerze, 2-3 godziny na miesiąc to nie jest pełnia ojcostwa). Chcielibyśmy dążyć do tego, żeby Narzeczony- już wtedy Mąż- mógł przysposobić Córeczkę. Mama Narzeczonego jest ławnikiem w sądzie rodzinnym i stwierdziła że zapyta się tam, czy w ogóle taki pozew może mieć jakiekolwiek szanse powodzenia. Jestem bardzo ciekawa, bo zdaję sobie sprawę że to kwestia na pierwszy rzut oka kontrowersyjna...

     Ja jutro zaczynam wreszcie te praktyki na AM, a w środę- WWWW, czyli Wielka Wspaniała Warszawska Wyprawa, czyli jedziemy we trójkę, autem, w odwiedziny do mojej sis. Będzie super :D Córeczce dzisiaj przeczytałam legendę o Syrence, już się wkręcamy :)

Edit:

Piosenka na dzisiejszy wieczór: Placebo- Running Up That Hill

piątek, 04 listopada 2011

     Jeśli już muszę mieć migrenę, to w sam raz mieć taki dzień jak dziś. Nie trzeba się na niczym skupiać, uff... :) Dzisiaj się sporo sprzątało, obejrzało dwa odcinki House'a w telewizji (chyba druga seria na TVN, szósta w AXN), połknęło trzy antybóle (więcej się boję, ze względu na ten mój szalony żołądek) i ugotowało się kompot, ryż z jabłkami i szarlotkę. Nic z tego jeszcze nie zjadłam ale i tak mi niedobrze gdy patrzę na jabłka :)

     Mieliśmy plan, żeby ten weekend wreszcie spędzić we Wro. Kończy się to tak że jutro, po tym jak Córeczka spotka się ze swoim bio(ojcem) pojedziemy do rodzinnego miasta Narzeczonego, żeby porozmawiać z jego rodzicami o tym na jaką salę się zdecydowaliśmy i w jakim rozkładzie czasowym planujemy różne wydatki. W niedzielę mamy być z powrotem w domu- chcemy iść na targi ślubne. Ciekawe czy przypadkiem nie będziemy wszystkiego weryfikować w międzyczasie ;)

     Córeczka dostała dzisiaj do domu "ćwiczenia" z przedszkola. Dzieciaki w jej grupie, zerówkowej już nota bene, mają swoje ćwiczenia, a w nich np. robią szlaczki, znajdują drogę w labiryntach, rysują co może się przydać w górach, a co nad morzem itp. Bardzo fajne przygotowanie do szkoły, oczywiście bez jednej literki bo tego nie wolno uczyć w przedszkolu (idiotyzm według mnie). Literki powolutku sobie robimy w domu, cyferki też- tu nieoceniony jest zegarek :), panie w przedszkolu przemycają te rzeczy swoimi sposobami (i bardzo dobrze).

Dzisiaj zapłaciłam za wspomniane książki i pierwsza część ćwiczeń trafiła do nas do domu, żeby sobie młoda nadrobiła za innymi dzieciaczkami. I siedziała dzisiaj z półtorej godziny przy biurku i robiła, robiła, robiła... Ba, gdyby jej bajka się nie zaczęła to dalej by te ćwiczenia robiła! Dobrze że ma sporo do nadrobienia bo inaczej zrobiłaby w przód i potem by się nudziła na zajęciach :)

czwartek, 03 listopada 2011

 

     Mam trzy dni "wolne"- zostawiłam pracę jako niania (w mało trafnym momencie, ale trzeba było) a jeszcze nie zaczęłam praktyk. Na praktyki mam zjawić się w poniedziałek rano, do zakładu biochemii Akademii Medycznej. Śmieję się że jeszcze nie byłam bliżej medycyny, mimo moich marzeń o tym kierunku od tyyylu lat. Praktyki mam takie standardowe, trwają 4 tygodnie. Potem zdać jeden przedmiot- statystykę stosowaną- w grudniu i można się bronić.

     Ten 2012 może być dla mnie naprawdę szczęśliwy- uzyskać wyższe wykształcenie, mam nadzieję dostać się na studia II stopnia, obejrzeć na żywo półfinał Euro w Warszawie (wygrałam bilety!) no i oczywiście- najważniejszy, mam nadzieję też najpiękniejszy dzień w życiu- wziąć ślub w jednym roku- brzmi świetnie :)

     Dzisiaj wstępnie- bo telefonicznie- zdecydowaliśmy się na salę. Na tą agroturystykę ze śliczną salą i możliwością przenocowania wszystkich naszych gości. Uch, najważniejsze za nami :) Teraz fotograf i ciuchy i zostaną naprawdę drobiazgi. Część nauk przedmałżeńskich jest już dawno za nami więc teraz poradnia, która pójdzie bez problemu, i dialogi na które musimy się wybrać i których nie mogę się doczekać... Oby wszystko szło tak gładko jak obecne decyzje. Jeden telefon do zespołu, pięć odwiedzonych sal- i te elementy już mamy. Dzisiaj w ramach spaceru wylądowaliśmy w pobliskiej galerii handlowej i sobie poprzymierzaliśmy obrączki. Zaparło mi dech jak spojrzałam na dłoń Narzeczonego zaopatrzoną w złote kółeczko... Ach :)

     Zostało mniej niż 10,5 miesiąca- naprawdę?! :D

     Córeczka została zaopatrzona wczoraj w bibliotece w legendy wrocławskie i drugą książkę- z podaniami z całej Polski. Czytam jej dzielnie przed snem, dziewczyna jest ciekawa świata i słucha bardzo uważnie. Przedwczoraj był szał radości jak pokazałam jej na jej globusie skąd przyjechało to kiwi, które wtedy jadła (a przyjechało z Nowej Zelandii, niemal z naszych antypodów). Malowałyśmy wczoraj laurki dla cioci, do której jedziemy już za tydzień- malowała ona i malowałam ja, pod jej dyktando :) Fajnie z nią mamy ;)

 

Piosenka na dzisiejszy wieczór: Gotye ft. Kimbra- Somebody That I Used To Know

wtorek, 01 listopada 2011

     Planowałam powrót do naszego akademikowego domu w niedzielę wieczorem, wróciliśmy dziś, po południu, tylko po to żeby rzucić toboły i lecieć na Mszę odprawianą o 14 na cmentarzu na którym pochowana jest większość moich zmarłych bliskich. Tak więc normalnie już wróciliśmy o 19 (bo oczywiście z moją kochaną rodzinką się chętnie siedzi), i już na korytarzu mamy spotkanko- Narzeczony już tam siedzi, ja dołączę jak tylko skończę tą notkę i upewnię się że młodsze pokolenie śpi.

     Odwiedziliśmy łącznie 5 sal i jesteśmy tak zmęczeni, i tym jeżdżeniem i wagą tej decyzji, że na samą myśl nam obojgu się w głowie kręci :) Są trzy faworytki, jak się uprzeć to i dwie, zupełnie różne. Jedna to sala w hotelu w samym centrum mojego miasta, blisko dworca PKP. Sala limonkowo-fioletowa, trochę oddzielona od parkietu do tańczenia. Wszystko mocno profesjonalne, restauracyjne, drugie danie obiadu w formie talerzówki (czyli nie ma mięs do wyboru na półmiskach tylko jedzenie podawane jest każdemu gościowi po tyle samo od razu ułożone na talerzu), ale i piękny stół na "szwedzkie" korzystanie z dań ciepłych i zimnych przekąsek. Pokoje zdecydowanie za drogie, więc załatwialibyśmy nocleg w pobliskim tanim hoteliku albo w schronisku które też jest w miarę blisko, reszta mogłaby dojechać do domu siostry P. albo do mieszkania moich rodziców.

Druga sala- agroturystyka, na tyle daleko że będzie trzeba przenocować wszystkich naszych gości :) Ale sala klimatyczna, śliczna, otoczenie piękne, przyjaciółka była tam w tym roku na weselu i bardzo dobrze wspomina. Pokoje w miarę tanie ale i zaskakujące wysokim standardem w stosunku do ceny. Ach... ta opcja zgarnięcia wszystkich gości razem bardzo się nam podoba, więc wydaje się nam że warto, no ale na ten moment powinniśmy szukać cięcia kosztów a nie dołożenia, choćby tysiąca czy dwóch, żeby było jeszcze piękniej. Mamy zagwostkę, oj, mamy :) Ale mimo tych trudów poszukiwań nam dobrze ze sobą- trochę jesteśmy oszołomieni że tak nam przeskoczył ten termin, ale cieszymy się kiedy sobie pomyślimy że za rok o tej porze... No właśnie :) 

Jutro Córeczka zostaje ze mną w domu. W tym tygodniu nie mam jeszcze praktyk, będziemy się cieszyć sobą, bo w weekend poza domem siostry Narzeczonego to więcej czasu spędziła z dziadkami niż z nami, bo my stale w drodze. To sobie odbijemy!

20:56, cinnamon.tea
Link Komentarze (1) »
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga