RSS
piątek, 29 listopada 2013

Tak się złożyło ładnie, że PolskiBus ogłosił 20 listopada, że otwiera połączenia pomiędzy Wro i Gdańskiem. Wtedy też od razu zakupiłam dwa bilety na 6.01: Córeczka zostanie kilka dni dłużej niż my na Dolnym Śląsku i dziadek ją wtedy odwiezie. Tata był zdziwiony- z powodu I grupy inwalidzkiej ogólnie podróżuje dość tanio, ale cena za te bilety go całkiem zaskoczyła (40 zł).

   W połowie tego tygodnia okazało się, że mam bardzo pilną sprawę papierkową do załatwienia we Wro. Mąż mógł i się zlitował i pojechał. Udało się to o tyle, że właśnie wczoraj pojechały pierwsze kursy do Wro. Mąż jechał przez noc i rano mi raportuje: jazda fajna, ale teraz kierowca coś kręci, bo jedzie autostradową obwodnicą trochę za daleko (jakby poza Wro, na autostradę A4). Śmiałam się, wtedy, że nowe kursy i kierowca może nie do końca wiedzieć, jak jechać, oraz że żeby Mąż uważał, bo zaraz Pragę będzie zwiedzał :P Okazało się, że rzeczywiście- kierowca nawet kiedyś mieszkał we Wro, jeździł po tym mieście, ale teraz miał coś tam opisane czy narysowane i coś przeoczył, pogubił się. Już miał wchodzić na górny pokład i prosić o wsparcie, to że Mąż sam do niego zszedł uratowało go przed blamażem przed wszystkimi pasażerami ;)

   Po południu Mąż dzwoni i się ze mnie nabija: wiesz, Wro to ładne miasto. Musimy tu kiedyś przyjechać, naprawdę ładne miasto... :)

 

   Ja jestem dzisiaj w takim razie pełnoetatową słomianą wdową. Z racji różnych zmian mam tak, że albo odprowadzę albo przyprowadzę Córeczkę do szkoły i z powrotem, albo sama ją szykuję rano, ale żeby wszystko razem, w pakiecie, to mi się jeszcze nie zdarzyło. Raczej ja będę odpowiadać za popołudnia niż ranki. Dzisiaj udało się wszystko ogarnąć, Córeczka rano zachowywała się wspaniale i przyszłam do pracy normalnie, 2-3 minuty przed ósmą.

   Wczoraj zaliczyłam niestety atak żołądka, taki potężny, jakiego dawno nie miałam. I licznik się zrestartował... Te 5,5 miesiąca przerwy pomiędzy jednym takim silnym atakiem a drugim to nadłuższy okres od ujawnienia się choroby. Tak czy inaczej, wczorajszy niechlubny finał obserwował Mąż gdy przyjechał po mnie pod pracę, bardzo się przestraszył, zdenerwował i kazał iść do lekarza i się ostatecznie wyleczyć. No to w poniedziałek odwiedzam kolejnego lekarza w Gdańsku...

   Chciałam napisać jeszcze coś o włosach. Reakcje mam chyba jednak pozytywne, ale nie są to opinie jednorodne. Czerwień jest jednak dość specyficzna :) Ja siebie już w tym kolorze polubiłam, ale fakt, twarz wygląda na bardziej bladą. Ktoś doradził mi wyszukanie bardziej ciepłego odcienia. Zobaczymy, to przecież moje początki :) Włosy mają się dobrze, po masce dołączonej do farby są zachwycająco gładkie. Po pierwszym myciu kolor się pogłębił, uciekła wściekła czerwień z tzw. babyhair i podoba mi się jeszcze bardziej :) Wciąż największym moim utrapieniem jest utrata włosów i w grudniu na pewno kupię jakąś maskę lub tonik na porost włosów.

   Aaa, udało mi się zakupić zestaw ciuchów na allegro. Za niecałe 40 zł, już z przesyłką. I to znowu jest strzał w dziesiątkę! Kilka spódnic (3), sukienek (4), koszulek (2), dwa komplety marynarka+ spodnie, torebka na dokładkę. Coś czuję że nawet w lumpkach bym się tak za taką kwotę nie obłowiła :)
   Dla Córeczki też dorwałam zestaw (13 ciuszków) w podobnej cenie, jeszcze czekam na przesyłkę. Młoda przekonuje mnie, że teraz liczą się bluzki "z obrazkiem" więc cztery z tego zestawu chyba trafią pod poduszkę na Mikołaja- są z Myszką Miki, Minnie, z twarzą dziewczynki i Hanną Montaną i z pewnością sprawią wielką radość. U nas Mikołaj jest dość skromny, symboliczny, porządne prezenty dostaje się pod choinkę :)

   Przy okazji prezentów: trzecim allegrowym zakupem jest prawie kilogram włóczki- mam zamiar wyrobić na szydełku kilka prezentów. Naprawdę liczę na to, że zapał mi nie minie!

PS. Minęły dwa miesiące życia w Gdańsku. Dobrze jest!

środa, 27 listopada 2013

    W weekend rozmawialiśmy z rodzicami o nauce Córeczki. Młoda ma niemal codziennie coś zadane, widać że robi postępy i dużo wynosi z lekcji. Na przykład: w poniedziałek, kiedy odbierałam ją ze szkoły, mówiła od razu, że poznała "ó z kreską" i jak się zapytałam, co jest z tą literką, to wymieniła mi niemal z miejsca kilkanaście różnych słów :)

    Jednak jakby porównywać ją ze mną, to jest sporo do otyłu- ja czytałam i pisałam jak miałam z 5 lat. Młoda ma jednak inne predyspozycje i żyje już w innym świecie. Moim zdaniem, wcale nie pomaga obecny zakaz (dosłownie) uczenia literek i cyferek w przedszkolu. Gdy coś chciałam Córeczkę nauczyć, ona miała świetny argument: jest w przedszkolu, uczyć się będzie w szkole. Oczywiście miała swoją wizję szkoły: że jak już do niej pójdzie, to będzie taka duża, że będzie się uczyć, a nie bawić, ale to już taki drobiazg :P Daliśmy jej wybór, nie zmuszaliśmy, choć ćwiczyła troszkę rękę w zeszytach do kaligrafii na takich tajnych, nieobowiązkowych kompletach w przedszkolu (gdy taka była wola rodziców i dziecka, panie pisały wielkie małe literki w zeszytach i dzieci robiły całe strony w domu- w ten sposób przedszkolanki nie miałyby problemu w razie kontroli), to jednak czytać i pisać nie umiała. Słomiany zapał miewała, ale cierpliwość kończyła się jej bardzo szybko, stąd taki efekt.

   Córeczka jest za to zdecydowanie bardziej utalentowana ruchowo i orientacyjnie ode mnie (jej pamięć do miejs często zwala nas z nóg). Jej predyspozycje do sportu są o wiele większe ode mnie- jest silna, wysoka i gibka. Artystycznie też mnie przebija, rysuje ślicznie, zresztą tutaj też robi niesamowite postępy odkąd poszła do szkoły. Ma więc swoje talenty i nie mam zupełnie ciśnienia, żeby podążała moją ścieżką.

   No ale właśnie, coś się ruszyło. Dziecko zachwyca się ideą biblioteki i wczoraj oficjalnie przyniosła pierwszą wypożyczoną z biblioteki szkolnej książkę. Disneyowską wersję "Księgi Dżungli", taką w miękkiej okładce, format zbliżony do B5. I choć naprawdę trudnych słów jest masa, ona niestrudzenie przez niemal godzinę próbowała odkodować pierwszą stronę. Jeszcze w szkole nie poznała takich głosek jak "rz", "cz", "dż" itp, nie wszystkie zlepki liter potrafi normalnie wymówić (jak choćby "stoi" odczyta sobie jako "sytyo-i" itd.) więc ma jeszcze sporo problemów, ale jej determinacja rośnie. Cudowne jest obserwowanie, jak w jakieś sytuacji odkrywa, że coś może odczytać i cały świat nagle staje przed nią otworem.

   Tata wspominał, że Brat miał problem z czytaniem. Jego pierwszą książką (jeśli można tak powiedzieć :)) była "Kamizelka" Prusa, i gdy dotarł do końca to ponoć łzy szczęścia niemal zaświeciły mu się w oczach, że się udało, że przeczytał wszystko. Moim zwycięstwem było przeczytanie w 1,5 miesiąca "Ani z Zielonego Wzgórza" tuż po 8. urodzinach, ta książka to był mój przełom (także ortograficzny :P). Jestem ciekawa, co będzie taką "pierwszą" książką Córeczki. Dla mnie nie będzie ważny tytuł, tylko jej radość.

PS. Co jest ciekawe, Córeczce dużo łatwiej przychodzi liczenie, cyferki, niż nauka czytania. Czyżby jednak córka ścisłowca także była "ścisła"? :)  

poniedziałek, 25 listopada 2013

    Wracam w piątek z pracy, a tam rodzice czekają na mnie z bukietem różyczek, jeszcze na poczet urodzin, i z wiadomością, że... dają mi i Mężowi wolny wieczór i pójdziemy zrealizować zaproszenia do kina, które dostaliśmy od Sis tydzień wcześniej. Ale się ucieszyłam :D Docenia się takie wieczory we dwoje jeszcze bardziej, kiedy zdarzają się rzadko.

   Szybki przegląd i mamy: idziemy na "Kapitana Phillipsa". A potem na plażę, w Jelitkowie, bo będzie blisko (i nocny do nas stamtąd odjeżdża :)). Zanim jeszcze weszliśmy do kina, wpadłam na pomysł z farbowaniem włosów, więc zaliczyliśmy szybką wizytę w drogerii. No i właśnie. Po bardzo porządnych reklamach w kinie (ponad 20 minut! a kino z sieci Helios, jeśli to jakaś różnica) czekał nas film niesamowity- trzymający w ogromnym napięciu przez większość czasu, wbijający w fotel, z finałem z mistrzowską grą Toma Hanksa, przy którym płakały pewnie wszystkie kobiety i połowa facetów na sali. A ludzi było całkiem sporo! Podczas jednej ze scen na sali panowała przejmująca cisza- nikt nie rozmawiał, nie jadł, kompletnie wszyscy wpatrywali się jak zahipnotyzowani w ekran. Wyszliśmy z wielkim WOW na ustach. Polecam bardzo, bardzo, a i kiedyś rodzicom puszczę ten film. Smaczek dodatkowy: historia oparta na faktach!

  Wyszliśmy z kina i... ściągaliśmy kurtki. Było tak przyjemnie na dworze, dłuższy czas siedzieliśmy w bluzach na plaży i patrzyliśmy na falujące morze. Zatoka, jak kto woli, dla nas woda jest słona, są muszelki, kamyczki i bursztyny, więc to jest morze i już :P To był wspaniały wypad, taki jak nasze wieczornonocne spacery podczas podróży poślubnej. Co prawda potem musieliśmy biec, żeby zdążyć na autobus, ale zdecydowanie było warto :) Szczególnie, że gdy wyszliśmy na plażę w zasięgu wzroku nie było nikogo (za to Sopot, Gdynia i port błyszczały się przepięknie). Ja chcę częściej :)

   Sobota była lekko pokręcona- mama kiepsko się czuła, nie chciała nigdzie wychodzić. Ciężko zdecydować się na cokolwiek, jak jedno chce coś zobaczyć, drugie nie chce wychodzić z domu, a obojga nie widziało się dłuższy czas... Ostatecznie, ze sporym poślizgiem (wybrałam się z tatą po zakupy i w lumpeksie zagadaliśmy się z panią ekspedientką- ale przy okazji mam fajną sukienkę, jasne spodnie i... skórzaną kurtkę, każde po 8 zł sztuka!) wybraliśmy się na wyprawę we trójkę- ja, Mąż i tata. Córeczka i mama za to zamówiły sobie pizzę i wybrały się na spacer wokół naszego jeziorka. Córeczka ambitnie uczy się modlitw na religię i korzystała mocno z obecności babci katechetki. Dostała zresztą bardzo fajną rzecz od dziadków (wybieg na pokaz mody do samodzielnego składania i kolorowania) i malowanie zajęło jej cały dzień :)

   Pierwszy raz od przeprowadzki wyjechałam poza Trójmiasto. Chyba nigdy wcześniej w życiu nie miałam tak stacjonarnego okresu! Pojechaliśmy na północ obwodnicą i wylądowaliśmy w Swarzewie, małej urokliwej wiosce nad zatoką Pucką z Sanktuarium Matki Boskiej Królowej Polskiego Morza. Fajnie wyszło- Mąż był tam kiedyś z rodzicami i siostrą na rekolekcjach oazowych. Tam właśnie zresztą Szwagierka poznała Szwagra :) Mąż jak wspominał tamte wakacje uśmiechał się od ucha do ucha :) Później pojechaliśmy do Pucka, który aż nas zaskoczył, tak bardzo to urokliwe miejsce. A Plac Wolności... bomba! Zjedliśmy przepyszny obiad w restauracji Perła, wybudowanej na molo, z widokiem na Mierzeję Helską. Zabielana zupa rybna była świetna, a jadłam już wiele różnych. Nawet Mąż, ostrożny wobec takiej zupy, przyznał, że pycha :)

    Mieliśmy jechać jeszcze wieczorem jechać na Orłowo, ale już nam się średnio chciało, więc było farbowanie, oglądanie filmów, rozmowy. Tata bardzo dużo opowiedział mi o wyjeździe na Kresy i zbieraniu materiałów i historii o rodzinie (i nie tylko). Wreszcie mieliśmy okazję :)

    W niedzielę już się pogoda popsuła, padało albo kropiło, wiało, było chłodniej. Mimo wszystko udało się mamę wyciągnąć z domu, na Mszę w Katedrze Oliwskiej. Warto było- i piękno katedry, i świetne kazanie, i "pokaz" gry na organach- może zachwycać, serio. A potem... zaczęliśmy kombinować, gdzie pojechać, żeby mamie coś pokazać. No to co- Brzeźno, ulica Północna i morze po drugiej stronie ścieżki rowerowej :) I tak wszyscy w piątkę trafiliśmy na plażę. Brzeźno było moim pomysłem, a podjazd pod Kapitanat Portu to już miejsce upatrzone przez Męża. Właśnie stał przy brzegu prom Scandinavia, pływający na trasie Gdańsk- Nynashamn w Szwecji. Mama się zachwyciła, bo nigdy z tak bliska tak wielkiego statku nie widziała :D Ale to nie koniec atrakcji- do portu wpływał samochodowiec City of Sunderland i dwa malutkie holowniki okręcało ten wielki statek tak, by wpłynął w Wolny Obszar Celny. Ot, z takich małych atrakcji tworzy się dobre wspomnienia z takiego weekendu :)

   Teraz zaopatrzeni w auto jesteśmy bardziej mobilni, ale mamie unikanie wyjść nie pomogło- dziś przez telefon niestety brzmiała fatalnie :( Chyba jednak zwolnienie się przyda...

   Jak widać, weekend był intensywny i bardzo udany, więcej takich poproszę :) Dodając do tego narodziny malutkiego, o których wspominałam dwie notki wcześniej... :D

PS. Zbieram się do dawstwa krwi. Mężowi udało się całkiem niedawno oddać kolejną swoją porcję. Ja pomyślałam, że możemy zrobić wypad z pracy, ale tak, żeby nie storpedować funkcjonowania firmy... Hmmm, zobaczymy czy coś sensownego wymyślę. Mam nadzieję że zbliżę się do 4 oddanych litrów jeszcze w tym roku.

22:04, cinnamon.tea
Link Komentarze (3) »
niedziela, 24 listopada 2013

   Skorzystałam z obecności mamy i... poszalałam :)

 

   Kolor wyszedł oczywiście trochę ciemniejszy, ale się podoba. Mąż zachwycony :D Zdjęcia niebawem :)

 

PS. Skończone 26 lat a to pierwsza moja trwała farba...

 Edit: Bardzo kiepskie zdjęcie, ale przynajmniej w dziennym świetle :P

19:33, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
piątek, 22 listopada 2013

    Dziewczyna, którą uważam za przyjaciółkę, dziś rano trafiła na porodówkę. Ma urodzić synka.

   Nie jestem w stanie za bardzo skupić się na pracy, targają mną wielkie wzruszenia, trzymam kciuki i czekam na wieści. Wierzę, że da sobie radę, mam nadzieję tylko, że jej malutki nie będzie przedłużał swojego przyjścia na świat :)

   Tak, dzisiaj zdecydowanie żałuję, że nie ma mnie we Wro.

 

Edit: Malutki przyszedł na świat po 19, miał takie same wymiary co Córeczka po narodzinach, a jego dzielna mama urodziła go bez znieczulenia. Moja bohaterka :D

09:06, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 listopada 2013

   dwa dni i przyjadą moi rodzice do nas :) Zakończą oni serię odwiedzin, nikogo się już do końca roku nie spodziewamy u nas. Przywiozą autko, posiedzą prawie 3 dni. Córeczka stęskniona! Ja... też. Duża baba a tęskni za rodzicami :) Muszę przyznać, że nie miałam tak wcześniej zbyt często- jeździliśmy do rodziców średnio raz na miesiąc- półtora. Przed weselem, ostatnie 3,5 miesiąca, niemal co weekend byliśmy w moim Rodzinnym Mieście. A teraz? Ostatnio mamę widziałam w dzień naszej rocznicy ślubu, czyli już ponad 2 miesiące temu, tatę na dwa dni przed przeprowadzką, więc też niewiele krócej. Teściowie też u nas byli na rocznicę, ale oni nie mają możliwości tak po prostu pojechać do nas na weekend. Teraz naładujemy rodzinne baterie i powinniśmy spokojnie przetrwać kolejne 4 tygodnie do świąt. Mam wolny tydzień świąteczny, więc trochę czasu uda się spędzić razem. Aaa, no i mamy wesele 28.12 w Rodzinnym Mieście Męża :)

   Ostatnio Córeczka miała jakieś problemy z brzuszkiem, w ciągu czterech dni miała dwie trudne noce, brzuch ją bolał, wymiotowała. Zmartwiliśmy się, szukaliśmy przyczyny. Wychodzi na to, że to jednak nieodpowiednie jedzenie (świeże warzywa tuż przed spaniem i chrupki, dużo chrupek, podczas wizytu u koleżanki z klasy), ale zastanawialiśmy się, czy to nie stres, nie tęsknota. Mąż rozważał, czy do niej po prostu nie dotarło, że już nie będzie się tak często widywała i z dziadkami, i wujkiem, że jest naprawdę daleko od Wro i naszych rodzinnych miast. Córeczka zapewniała, że nie, że tęskni, ale trochę i się nie przejmuje. Znowu wychodzi na to, że to dorośli mają większe problemy z wyimaginowanymi problemami swoich dzieci :P
Na razie musimy modyfikować nasze "rozkłady jazdy" i plany, szczególnie poranne. Mam nadzieję, że niedługo Córeczka pójdzie na jakieś zajęcia które jej się marzą- gitarę albo balet (z powrotem sobie zażyczyła :)). A 8 grudnia pojedziemy do miasta, w którym znajduje się główna siedziba mojej firmy, na spotkanie mikołajkowe. Powinno być zabawnie :)

   Pogodę mamy dzisiaj w Gdańsku fatalną, dżdży a ciśnienie pikuje, widać po wszystkich pracownikach, wszyscy śpią :) Dzisiaj większość czasu spędzę przed komputerem, więc zapuszczam sobie w słuchawkach jakaś co bardziej energetyczną muzykę. Wieczorem będę budzić się na firmowej siatce, teraz potrzebuję bodźcca słuchowego :) Więc kto? Beyonce, Timbaland, Justin Timberlake, Macklemore, Lenny Kravitz... i wracam do pracowego pisania :)  

niedziela, 17 listopada 2013

    Jeszcze latem bym nie pomyślała, żeby chodzić jesienną porą po plaży. A dzisiaj, w drugiej połowie listopada, ganiałam się po plaży na Wyspie Sobieszewskiej na bosaka :) Przy okazji przywieźliśmy do naszej bursztynowej buteleczki kolejne kilkanaście, tym razem małych, okazów tego Trójmiejskiego kruszcca.

    Przyjechała do nas moja Sis i dzisiaj spędziliśmy cały dzień na chodzeniu i zwiedzaniu. Najwięcej czasu spędziliśmy właśnie na Sobieszewie, wyspie i najbardziej na wschód oddalonym fragmencie Gdańska. Słynie ona z tego, że znajduje się na niej rezerwat "Ptasi Raj" oraz że obfituje w bursztyny. Nawet Sis udało się znaleźć jednego, pierwszego w jej życiu zresztą ;) Mi się zamarzyło pojechać na Ptasi Raj i przejść długą groblą wzdłuż Wisły Śmiałej. Niestety, okazało się, że w pewnym fragmencie grobli poziom wody zwyciężył i nie dalibyśmy rady przejść tamtędy suchą nogą. Zawróciliśmy z niej więc i poszliśmy ścieżką wzdłuż granicy rezerwatu na plażę. Musimy tam jednak wrócić i przejść całą groblę.

   Chyba na podstronie o miejscach, jakie chcę jeszcze zobaczyć, wrzucę "akapicik" o tym, co musimy odwiedzić w samym Trójmieście, albo w okolicy. Bo lista rośnie, aż ciężko spamiętać. Nie chce mi się wierzyć, że przeprowadziliśmy się tutaj niecałe 2 miesiące temu! Wsiąkłam, a ciekawość nowego miejsca to wszystko jeszcze podsyca :)

   A co tam u naszej Córeczki? Młoda jest chwalona w szkole, odwiedziła swoją ulubioną koleżankę z klasy w jej mieszkaniu (niedaleko od nas), obecnie cieszy się z przesadzenia z jej ławki niegrzecznego chłopca- i ma nadzieję na siedzenie z inną koleżanką. Mam wrażenie, że coraz lepiej idzie jej odrabianie lekcji. Ma sporo zadań domowych, kaligrafii, sklejania słów z sylab, nawet krzyżówki. Na początku trochę się buntowała, że dużo tego, ale obecnie mówi o tym w ten sposób coraz rzadziej. I dobrze :) Mamy z nią jeden problem- bajki! Zabranie bajki (albo nie dodanie kolejnego odcinka) to tragedia największa ze wszystkich, i w tej kwestii bywa i bezczelna i niewdzięczna. No więc pracujemy trochę nad jej pokorą i zdrowym podejściem do tych bajek... Obecnie królują "Ranczo Leny" i "Niezwykła piątka na tropie" wypatrzone na TeleToon+. W zabawkach wciąż najfajniejsze jest Lego Friends, ale ma trochę konkurencji :) Córeczka wciąż rozkłada nas na łopatki różnymi tekstami, ale też i pojedynczymi słowami, z którymi odmianą nie może sobie poradzić. Ostatni hit: powinienaś. Właściwa forma niemożliwa do zapamiętania :) 
    Mąż kupił jej za tygodnie temu kolorowankę z naklejkami z ludowymi strojami z różnych regionów Polski. Była radocha! Dzisiaj rano na dokładkę młoda dostała lalkę "łowiczankę" od Sis, która w Łowiczu kolejny raz biegła półmaraton  i pozbierała trochę fantów dla siostrzenicy. Lalka od razu stała się jej ukochaną, była z nami dzisiaj cały dzień. A na koniec wyprawy okazało się, że łowiczanka kojarzy się Córeczce nieodłącznie z dojeniem krowy, że każdego dnia taka lalka powinna doić krowę, bo przecież "na maśle taka łowiczanka była, a masło jest z krowy" :P 

   Ja sama odwiedzam lekarzy- byłam u lekarza od "podwozia", byłam i u dermatologa. I przez dermatologa będę też u chirurga- będę wycinać znamię. Ucieszyło mnie to, bo mimo zabiegu, kolejnych w życiu szwów, wolę zapobiegać, niż leczyć, a ten konkretny pieprzyk ma zupełnie inny kolor (i nasycenie) niż reszta pieprzyków na moim ciele. Ogólnie wyszłam od dermatologa z receptą na cztery różne leki. Nie to co Córeczka- niby wycięcie migdałów czeka a tu tylko jedne krople do nosa :)

   Aaaa, no i próbuję szydełkować ;)

   Nieby weny nie mam, a jednak coś tam się napisało :P Mam nadzieję że zbiorę się wreszcie i napiszę konkretny, tematyczny post niedługo :)

piątek, 15 listopada 2013

   Daaawno temu zagadką okołourodzinową było: spadnie śnieg przed, czy już nie zdąży? :) W moim rodzinnym mieście śnieg na moje urodziny zdążał mniej więcej raz na dwa lata. Z tego co mi wiadomo, z racji zostana pomorzanką, powinnam się raczej zastanawiać, czy śnieg spadnie w listopadzie, czy jednak nie :)

    Kolega, który pochodzi z rodzinnego miasta Męża, także miasta na pogórzu Sudetów, mówi wprost- tam może jest po prostu zimniej, w Gdańsku nadmorski klimat daje mniejsze rozpiętości temperatur, ale za wilgoć w powietrzu i wiatry robią swoje, i odczucie zimna bywa gorsze niż tam hen, na południu :) Ciekawa jestem tej naszej pierwszej gdańskiej zimy...

    Wilgoć w powietrzu także nie pomaga w jednej kwestii, kolejnej rzeczy charakterystycznej w Gdańsku- roznosi się "zapach" Szadółek, wysypiska śmieci. Nie dość, że znajduje się ono w granicach administracyjnych miasta, śmierdzi niemożebnie, to jeszcze obudowuje się je nowymi osiedlami. Najgorzej jest wieczorem albo bardzo wczesnym rankiem, wtedy, kiedy wilgotność powietrza jest bardzo wysoka. O chwała, że nie mieszkamy bliżej i nasze powonienie jest męczone tylko sporadycznie :P

  

   Jutro jadę zobaczyć "najgłówniejszą" siedzibę naszej firmy- matki. Czeka nas duże szkolenie BHP. Niby fajnie jechać, ale to już trzecie takie moje szkolenie w ciągu dwóch miesięcy... :)  

środa, 13 listopada 2013

    Firma powolutku nam rośnie, ale fajne tradycje zostają. Osoba, która ma urodziny, obowiazkowo przynosi ciasto. I jest małe, miłe spotkanie dla wszystkich w firmie. A sam solenizant dostaje prezent, śpiewa mu się "Sto lat" i zostaje obcałowany przez wszystkich :) Miałam taką przyjemność wczoraj (choć najpiew w panice leciałam do marketu ratować ciasto, bo niemal wcale mi nie urosło, a potem jeszcze padło, miało z 1,5 cm grubości i była siara- pokruszone ciasteczka i masa z mascarpone, bitej śmietany i nutelli jakoś uratowały sprawę :)). Dostałam kubek z podstawką, świeczkę Yankee Candle (blogerki ostatnio zachwycają się nimi, ja mam teraz swoją malutką i rzeczywiście- pachnie obłędnie- a mam zapach Birchwood) i krem do rąk z Natura Siberica. Kwestię prezentu dla mnie ogarnęła Monczik z http://blush-me-baby.blogspot.com/, jak wspominałam, moja współpracowniczka oraz osoba, z którą najwięcej czasu spędzam w labie. Trafiła bardzo, bardzo :)

    Bardzo fajna taka tradycja, było mi bardzo miło i fajne rozmowy się rozwijały w międzyczasie. No, a teraz czekać na urodziny następnej osoby, Stażystki, dziewczyny która przyszła 2 tygodnie po mnie i bardzo się polubiłyśmy. Ciekawe, co ona upichci :)

15:43, cinnamon.tea
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 11 listopada 2013

   Ciężko będzie mi ogarnąć cały poprzedni tydzień tutaj ;)

   Skończyłam 26 lat, i śmiałam się, że nie mogę narzekać, bo starszego od siebie mam w domu. Mężowi zostało już mniej niż pół roku do trzydziestki, i wciąż to dla niego jest znacząca liczba. A ja... no cóż, przychodzi listopad, i z jednej liczby robi się o jeden większa w metryczce :)

    Świętowaliśmy sobie wczoraj- byliśmy w Gdyni, chodziliśmy cały dzień po tym mieście i zjedliśmy pycha obiad w restauracji, w której byliśmy także rok temu, podczas naszej trójmiejskiej podróży poślubnej- w Róży Wiatrów, na nabrzeżu. Jeju, jakie tam jest dobre jedzenie! :) A sama Gdynia jest naprawdę pięknym miastem, ludziom się w niej dobrze żyje, więc przeszkadza tylko jedno- makabryła Sea Towers, naprawdę okropna!:P

    Jestem też już po wyjeździe integracyjnym i jestem baardzo zadowolona- ekipa jest rewelacyjna, miejsce było niezapomniane, a atrakcje... :) Jeździłam terenówką na off-roadzie, śmigałam na quadzie po polach, baaardzo się wygrzałam w saunie. Plus tańce, koncert, piękne pejzaże, cisza, gwiazdy nad głowami i... bombowe jedzenie. Wiem gdzie takie znaleźć, kiedyś jak mnie najdzie fanaberia, pojedziemy do stolicy po takowe :P Bardzo się cieszę że pojechałam na taki wyjazd na początku pracy, poznałam też osoby które pracują poza Gdańskiem, pobawiłam się z ludźmi... Byle wyjeżdżać tak najczęściej :) Oczywiście, stereotyp imprez integracyjnych jest, jaki jest, ale tutaj była kulturka, dużo śmiechu, ale bez chorych akcji. Moja firma jest świetna ;)

   Przy okazji utwierdziłam się w postanowieniu ostatecznego uzyskania prawa jazdy w przeciągu roku (a najlepiej do końca czerwca). Takie postanowienie okołourodzinowe!

 

    Piszę też projekt do Budżetu Obywatelskiego Gdańska, mam nadzieję, że się uda, projekt będzie zaakceptowany. Pierwsze zaangażowanie społeczne w nowym mieście już się tworzy :)

wtorek, 05 listopada 2013

Wczoraj byłam na swoim pierwszym w życiu treningu curlingu.
Może ktoś kojarzy- jest to sport olimpijski, zimowy, i jeśli go kojarzy, to jako
pchanie czajnika i szorowanie szczotką po lodzie :P Oczywiście, można się
zaskoczyć- i muszę przyznać, że u mnie, znającej zasady i chętnie oglądającej
ten sport w telewizji, to moje uda są najbardziej zaskoczone ;)

Curling narodził się w Szkocji i jest sportem dżentelmenów-
jest tutaj pełna kultura, poszanowanie przeciwników (wygrywający zaprasza przegranego
na drinka/piwo/kawę/herbatę) i totalny fair play (praktycznie nie korzysta się
z sędziów, sędziowie są w tym sporcie pro forma). Wymaga siły w nogach,
precyzji w rękach i zachowania równowagi. Polega na przesunięciu („wypchnięciu”)
po lodzie kamienia (taka jest oficjalna nazwa tego „czajnika”), czyli
20-kilogramowego, bardzo gładko wypolerowanego kawałka granitu po lodzie, tak,
by znalazł się on w wymalowanym w lodzie okręgu znajdującym się dobrze ponad 30
metrów od miejsca wybicia (haku). Ten okrąg nazywa się domem. Im bliżej środka
domu znajdą się nasze kamienie tym lepiej.



I kamień, i tafla lodu muszą być jak najgładsze. Wtedy tarcie jest najmniejsze
i liczy się właściwie tylko precyzja wypuszczenia kamienia przez rzucającego. W
razie czego, można też użyć szczotek, które podgrzewają miejscowo lód i
przyspieszają kamień. Czasami dzięki szczotkowaniu można wyczynić niezłe cuda,
bo kamień może „pójść łukiem”.

Zdałam sobie sprawę, że to sport bardzo wymagający
sprzętowo- niestety! Bo musi być lód, kamienie, buty, szczotki. Klub ogólnie
jak na polski lokalny klub sportowy naprawdę ogarnia sprawę, ale tak ogólnie,
osoba która nagle wpada na to, żeby spróbować się w takiej dyscyplinie nie ma łatwo.
Ja poznałam curling w 1998 roku, kiedy stał się sportem olimpijskim (w Nagano).
I mi się bardzo spodobało. Z racji mieszkania w podgórskiej miejscowości nawet
szukałam miejsca w okolicy, gdzie możnaby trenować. Koleżanka jeździła… do
Czech. Mam wrażenie, że na Dolnym Śląsku jest jedno kryte lodowisko, we Wro
(seriously!!!). Tu, nad morzem, miejscu raczej niekojarzącym się od razu ze
sportami zimowymi, lodowisk jest sztuk dwa- w samym Gdańsku. I pojawia się
perspektywa wybudowania osobnego toru do curlingu, dzięki czemu koszty się zmniejszą,
a dostęp do trenowania znacznie się zwiększy :)

Wczoraj odczułam, że to sport wymagający i, zanim dojdzie
się do pewnej finezji w ślizganiu, strasznie niesymetryczny. Jedna noga robi
zupełnie co innego niż druga. Ręce- to samo. Buty są inne- jedna podeszwa ma
pomóc się ślizgać (ma teflon na podeszwie i to tzw. slide), druga jest
chropowata, ma pomóc się odpychać. Żeby się nie wywalić, należy dociągać stopę
ze slidem, a nie podnosić, co u mnie kończy się tym, że do teraz odczuwam
różnicę w chodzie ;)
Trzeba myśleć o tylu czynnikach, że w ciągu 20 minut już głowa paruje i okazuje
się, że jest z tym sportem więcej zabawy, niż się początkowo myśli. Ciężko mi
będzie opisać wszystko, więc tym bardziej polecam skorzystanie kiedyś samemu!

Córeczka była z Mężem na treningu popołudniowym, ja
pojechałam wieczorem. Gdy moje Miśki wróciły do domu, Córeczka opowiadała z
wielkim entuzjazmem, Mąż za to miał co do niej obawy- że szczotki są długie, że
kamień jest naprawdę ciężki, że ona jest po prostu za mała. Wieczorem pytałam
się o to. I okazuje się, że spokojnie, nie odmawiać dziecku, tym bardziej że
dzieci, nastolatki, mają treningi zupełnie za darmo (a do tego mają szansę
jeździć na turnieje, zdobywać punkty które pomagają w dostaniu się do kolejnych
szkół itp.), że młoda ma pewne wyczucie, bardzo dobrze się odbija, więc
prowadzić- bez ciśnienia, nawet niekoniecznie co tydzień jeśli się nie da, ale
trzymać ją w tym zainteresowaniu. Ciekawe co nam z tego wyjdzie :) Ogólnie to chyba
chętnie chodzilibyśmy wszyscy troje :) 

Kto z Trójmiasta albo okolic, zapraszam na lodowisko
miejskie w poniedziałki. Pierwszy trening jest „gratis” (bo ogólnie trzeba się
niestety zrzucać na wynajęcie lodu, choć są szanse, że za jakiś czas tego nie
będzie), dzieciaki w ogóle mogą przychodzić za darmo. Spróbować, przekonać się :)

Babeczki, jeszcze raz się przypominam- tutaj udka pracują, tu się mogą nieźle wytrenować ;)

niedziela, 03 listopada 2013

   Ostatnia (z obecnie dostępnych) książek Camilli Lackberg za mną. I muszę przyznać, że chyba to właśnie ta ostatnia była najlepsza- a chodzi mi o Fabrykantkę Aniołków. Pierwsza- Księżniczka z lodu- też była naprawdę dobra. Polecam :)

 

   I szukam nowej serii, albo przynajmniej autora, którego warto poczytać. Bardzo lubię czytać "po serii" albo "po autorze", lubię kryminały, horrory i "życiowe". Kto coś poleci? ;)

 

   Mam co opowiadać po tym weekendzie, bo byliśmy i na Westerplatte, i na Oliwie, i na Cmentarzu Nieistniejących Cmentarzy, i w Sopocie :) Ale to może jeszcze skrobnę osobno, jak zrzucimy jakieś zdjęcia :)

   A w tym tygodniu- wyjazd integracyjny, Mazury :)

11:33, cinnamon.tea
Link Komentarze (10) »
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga