RSS
wtorek, 31 grudnia 2013

   Jeśli ktokolwiek mi jeszcze powie, że w Gdańsku wieje, to wyślę go do rodzinnego miasta Męża :P Tam to dopiero wieje! Niestety, II dzień świąt to była "wietrzna kulminacja" i wiedzieliśmy, że raczej żaden spacer w ten dzień się nie uda...

   Zaskoczyła nas Teściowa- wracamy z kościoła, a ona od drzwi proponuje nam wyjazd w Kotlinę Kłodzką, żeby zobaczyć ruchome szopki. Podłapałam pomysł od razu, tym bardziej że na naszej trasie znalazło się Bardo Śląskie, miejsce które kojarzy mi się niezwykle dobrze, jest naprawdę urokliwe i... dawno w nim nie byłam :)

   Teść z Mężem opracowali trasę, sprawdzili godziny otwarcia szopek i ruszyliśmy w drogę.
Pierwszym naszym celem były Wambierzyce. To jest wioska, która zachwyca- właściwie to początek wsi, bazylika, koniec wsi :) Postawiono tutaj wielki kościół na miejscu drzewa, na którym umieszczono figurkę Marki Boskiej, słynącej z łask. Poza tym zbudowano kalwarię (ok. 100 kaplic i kapliczek rozrzuconych po wsi i wzgórzach wokół) i bramy do miasta, a to wszystko spowodowało, że o Wambierzycach mówi się Śląskie Jeruzalem. Niesamowite miejsce!
W XIX wieku, 150-160 lat temu, ojciec i syn stworzyli ruchomą szopkę, piękną, w większości działającą wciąż na oryginalnych mechanizmach rozruchowych (napędzanych korbą). Zdjęć nie wolno robić, więc zaczerpnęłam je z internetu.

 

   Bardo Śląskie to miasteczko równie niezwykłe, co Wambierzyce, a dodatkowo bardzo stare. Przypada tutaj najwięcej klasztorów na jednego mieszkańca :) Liczy sobie 2,7 tys mieszkańców i 4 klasztory. Mieści się w wąwozie, na którego dnie znajduje się duże sanktuarium i stary kamienny most z XV wieku. Na szczycie Góry Bardzkiej także znajduje się kościół. Sama góra to kawał historii- duży fragment góry oberwał się w XVI wieku, co spowodowało wielkie trzęsienie ziemi- dzięki temu w pobliskich Ząbkowicach Śląskich mamy krzywą wieżę, a w Bardzie jest fantastyczny punkt widokowy (i niestety nie tylko- nieprzypadkowo takie ładne urwisko zwane jest skałą samobójców... ale zmilczmy ten aspekt). Sanktuarium z cudowną figurką NMP opiekują się redemptoryści, i to oni też mają pod swoją pieczą ruchomą szopkę. Nie mieliśmy tym razem szczęścia- w całym kompleksie wysiadł prąd :(

   Ale na pewno wrócimy tam jeszcze, może latem, żeby pospacerować pomiędzy kaplicami tamtejszej Kalwarii. Scena Ukrzyżowania jest ogromna (i przepiękna!)

 

    Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy podczas naszej wycieczki, jest kościół w Bobolicach. Kilka kilometrów za Ząbkowicami Śląskimi urządzono szopkę w kościele- właściwie to cały front kościoła, razem z prezbiterium, ową szopkę tworzy. Postaci są naturalnej wielkości, nawet pluszowy słoń jest odpowiednio duży :) Część zwierząt jest wypchana, część pluszowa, ale wszystko po kolei zostało stworzone z dużą starannością i bez większej przesady (we Wro jest ruchoma szopka- a w niej cały stragan: zabawki z kinder niespodzianek, wszystkie możliwe laleczki, kurczaczki i co pod rękę naszło...). Do tego na ławce leżą kamizele dla "pastuszków"- ksiądz proboszcz sam wprost przyznaje, że to wszystko, to przede wszystkim dla dzieciaków jest robione :) Mają murowaną chrzcielnicę- to zrobili z niej studnię :)
    Dodatkową "atrakcją" dla takich mieszczuchów jak my, jest wywieszona w przedsionku lista mieszkańców i rozpisane w tabelce, kto ile dał na kościół- w zestawieniu rocznym, od 2010 roku :P Tak czy inaczej, warto się wybrać- bo starania wielkie, wioseczka mała, a klimat i urok całości bardzo duży :) Na Wielkanoc jest urządzana Kalwaria!

Córeczka na osiołku

   Plus za to, że lalka, która służy jako Jezus, jest lalką szeroko uśmiechniętą :)

   Wróciliśmy do mieszkania Teściów późno, głodni, ale bardzo zadowoleni. Jeśli ktokolwiek chciałby zafundować sobie taką wyprawę- jeszcze nie jest za późno! W Bobolicach szopka zwija się 6 stycznia, te w Bardzie i w Wambierzycach są całoroczne. Jeśli ktoś szuka ciekawej szopki we Wro, to na Wittiga szopka jest na świeżym powietrzu, żywa- ze zwierzakami z ZOO. Standardowo owieczki i kozy na czas Bożego Narodzenia stacjonują właśnie tam :)

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Nasze drugie wspólne święta... Wielu takich sobie jeszcze życzymy :)

sobota, 28 grudnia 2013

 Nie mam czasu, żeby nawet się odezwać, a co dopiero pisać szczegółowo!

  Święta były wspaniałe, aż szkoda, że się skończyły... Teraz jesteśmy w rodzinnym mieście Męża i szykujemy się na jutrzejsze wesele znajomych.

   Atrakcje, o których wspomniałam, to (tak w skrócie):
- nieplanowane spędzenie dobrych kilku godzin u babci we Wro,
- pobyt taty na SOR w Wigilię, w południe... chwała, okazało się że to nic poważnego i Wigilia odbyła się u nas zgodnie z planem (choć ja dobę później miałam znowu zły sen związany z nim)
- problemy z autami, co skutkuje tym, że "nasz" samochód jest w warsztacie w moim rodzinnym mieście, a auto rodziców- tutaj, w rodzinnym mieście Męża...
- galopująca (dosłownie ;)) końska pasja Córeczki- wszystko jest związane z końmi!
- spotkanie poPasterkowe w klubie z przyjaciółką i jej ekipą- jednak :)
- spotkania rodzinne i towarzyskie, bardzo przyjemne i sympatyczne
- bardzo udane prezenty

... a żeby jutro kolejna atrakcja, czyli wspomniane już wesele było mile przez nas wspominane, muszę już lecieć spać :) Proszę o cierpliwość czytających czekających na bardziej szczegółową relację :)

00:12, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 grudnia 2013

   Spakowani jak na wypadek wojny, z wałówką, pasażerem z blablacar, mp3 załadowaną bajkami dla Córeczki, kredkami, podusiami i kocykami, wyjeżdżamy jutro z samego rana. Wreszcie jedziemy do domu!!!

   Niestety dzisiaj pracowo mam poczucie dużej porażki... kiedyś musi być ten pierwszy raz... ale w nowym roku wszystko odbiję!

Tagi: Radości
23:17, cinnamon.tea
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 grudnia 2013

   4 lata temu zainwestowaliśmy w maszynkę do włosów i od tamtej pory Mąż był u fryzjera chyba tylko dwa razy. Co jakiś czas przebijam się maszynką przez ten kręcony gąszcz, żeby znowu wyglądał normalnie :P Wszyscy zadowoleni, kasa oszczędzona.

   Do wczoraj na tym i na umiejętności nałożenia i zmycia szamponu koloryzującego z głowy moje zdolności fryzjerskie się kończyły. Wczoraj spełniłam marzenie Córeczki i ścięłam jej włosy. Młoda "zeszła z połowy długości". Po skończonej operacji stwierdziła, że nie chciała być już Roszpunką, ale teraz wygląda też jak ona, ale po cięciu, jak na obrazku :)

   No, aż tak źle nie jest, ale długość mniej więcej podobna, z tyłu sięgają ramion (i robi się na nich wywijka na zewnątrz) z przodu zasłaniają uszy. Mężowi się podoba, Młoda cały czas była zadowolona, nawet podczas cięcia, a potem stwierdziła, że bez spinek wygląda jak chłopak :P Włosów ma wielką burzę, na tej długości z niemal wszystkich włosów da się zrobić kucyka, szybko jej rosną- ja jestem ogólnie zadowolona. Byle nie za często ;P!

wtorek, 17 grudnia 2013

   Mało mi brakuje...

   ...kiedy bioojciec dzwoni i twierdzi, że złośliwie wyjeżdżam z rodzinnego miasta w I dzień świąt do rodzinnego miasta Męża, żeby mu utrudnić kontakty z dzieckiem

   ...kiedy piszę mu maila, co Córeczka sobie życzy na święta, bardzo konkretnie, bo Córeczka ma w tym roku skonkretyzowane życzenia, a ten się wije jak piskorz, bo mu taki zakup nie pasuje (są dwa życzenia- jeden trzykrotnie droższy od drugiego; pierwszy, droższy bierzemy całą rodziną na siebie, on ma zakupić ową tańszą zabawkę; przecież stówa z kawałkiem to aż 1/3 kwoty alimentów, więc duże obciążenie, nie?)

  ...kiedy wkurza się, gdy mu mówię, że zawsze zapraszamy, czy to było we Wro, gdy już teraz, w Gdańsku. We Wro rok i 3 miesiące dziecka nie widział, potem, tuż przed przeprowadzką miał jakieś służbowe przyjazdy, wtedy Córeczka znalazła się w jego grafiku. Jak nie ma dziecka podanego jak na tacy w rodzinnym mieście to jedyne co umie powiedzieć, to to, że mu utrudniam kontakty (choć w wyroku o widzenia raz powinien się spotykać u siebie, raz u mnie...)

  ...kiedy ma pretensje, że nie dzwonię i zdaję mu sprawozdania, kiedy sam dzwoni rzadko, raz na 2-3 tygodnie. Że nie dzwonię składać życzeń jemu czy jego rodzicom, kiedy i on nie dzwoni z życzeniami a jego rodzice od ponad 8 lat wiszą mi słowo "przepraszam", nigdy nie zadzwonili do mnie żeby porozmawiać z dzieckiem i Córeczka wciąż zapomina ich imiona... Ponad rok temu, powiedziałam mu to wprost i przy świadku, że to jest jego broszka interesować się dzieckiem i nawiązywać kontakt, nic się nie zmieniło

   ...kiedy wspominam rozmowę po naszym ślubie, kiedy przedstawiłam Męża i bioojca i powiedzieliśmy mu, że zmieniliśmy Córeczce nazwisko, z mojego panieńskiego, a ten stwierdził, że byłoby nawet lepiej, jakby miała moje panieńskie, a nie nasze wspólne; że sprawdzi, czy rzeczywiście nie ma w kwestii nic do powiedzenia, bo jak nie ma, to OK, ale jak ma, to on się nie zgadza (taka postawa przywodzi mi na myśl tylko jedno: pies ogrodnika)

   ...kiedy tak bardzo chce mi udowodnić, że się interesuje dzieckiem, że tylko on ma prawo być nazywany tatą i taki jest troskliwy, a np. nie wie (jak się okazało we wczorajszej jego z Córeczką rozmowie) że młoda marzyła kilka miesięcy o gitarze i dostała ją w zeszłym roku pod choinką...

 

    Nie ma go w naszym życiu na co dzień, Córeczka sama bardzo rzadko go wspomina, kiedy by zawołała, że chce z nim porozmawiać, to dam mu znać właściwie od razu... Ale kiedy już jest jakiś kontakt, musi podnieść ciśnienie do granic wytrzymałości. Umówiłam Córeczkę na wizytę u niego koło południa w Wigilię i już się niestety obawiam utraty humoru...
  Rzadko kiedy się żalę, ale dziś za bardzo mnie nosi, wybaczcie.

  

15:23, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 16 grudnia 2013

   Mam to szczęście, że właściwie wszystkie święta kojarzą mi się rodzinnie, sympatycznie. Moja rodzina w tej kwestii zawsze trzymała się blisko- jak tata był w USA to mojej Sis udało się przyjechać do niego na Boże Narodzenie.

   Pierwsze kilka lat mojego życia Wigilię spędzaliśmy dziadkami, a potem samą babcią od strony taty, na wsi, potem jechaliśmy na obrzeża Wro do drugiej babci (i na początku też pary pradziadków) i reszty rodziny mamy. Kiedy babcia odeszła ponad 14 lat temu mieliśmy Wigilie przede wszystkim u babci, choć zdarzyła się Wigilia w rodzinnym mieście, w piątkę.

   Mniej więcej wtedy, kiedy byłam w liceum, kiedy pojawiła się Córeczka, wtedy święta były najfajniejsze- była nas masa ludzi, i przy stole wigilijnym, i w kolejne dni świąt. Babcia cudownie skupia wokół siebie całą rodzinę, mój tata, Bratowa i wujek mają imieniny w święta... Bywało, że na Wigilii było nas nawet kilkanaście osób, a w kolejne dni- 24-26 osób. Pięknie! W pewnym momencie wyluzowaliśmy z tymi świętami- tata wrócił z USA a Bratowa była w końcówce ciąży z Bratanicą, potem kończył chemię, i już nie jedziemy na samą Wigilię do babci. I tak bardzo chętnie ją odwiedzamy, bo jest fantastyczną kobietą, mieszkający z nią ciocia i kuzyn oraz kuzynki z rodzinami nie są wcale gorsi :) Trzeba jednak przyznać, że nasza rodzinka się rozrasta, więc też jest weselej i... głośniej :)

   Co mi się kojarzy, co jest u nas tradycją?
Spędziłam tylko jedną Wigilię na razie z Teściami, więc mogę tylko troszkę wtrącić o tym, jak to bywa w domu rodzinnym Męża, ale postaram się o tym wspomnieć.

   Choinkę najchętniej kupujemy dzień przed Wigilią, i jeśli jest moja Sis, to ona ubiera ją przez noc. Ostatnio bywa, że okres karencji choinki zostaje wydłużony o jeszcze jeden dzień :) Mamy świeżego, całkiem sporego świerka i całe kartony ozdób, niektóre dość stare, do których dodajemy różne nowości- pierniczki, nowe bombki i światełka, jakieś kupne i własnoręcznie robione inne ozdoby. U nas jest więc choinka misz- masz, wesoła i w lekkim chaosie, jak cała moja rodzina ;) U Teściów- drugich rodziców- choinka jest mniejsza, bardziej stonowana i bardzo elegancka.

   Do stołu zasiadamy w pełnym rynsztunku, panowie przynajmniej w koszulach, panie najczęściej w kieckach. Pod obrusem troszkę sianka, zastawa dla gościa czeka, choć czasami, gdy miejsca jest mało, duży talerz i dodatkowe krzesło czeka na wszelki wypadek, nakrycie dla gościa przy stole jest więc odrobinę mniejsze, symboliczne. Czytamy fragment Pisma Św ("W owym czasie...") który ja pamiętam we fragmentach :) Często czytałam ja, albo mój kuzyn, ale bywają i starsi czytający. Może w przyszłym roku Córeczka już przeczyta? :) Mamy zapaloną świecę, a tata ma swoją chwilkę: przemawia, składa życzenia ogółowi, i rozdaje opłatek. Tutaj mamy chwile przytulania, łez, i stałego ruchu- dzielimy się opłatkiem i życzymy sobie, każdy każdemu. Piękny moment :) Jeszcze modlitwa przed posiłkiem i siadamy.

   Potrawy: raczej nie mieliśmy problemów ze skomponowaniem dużego stołu. Tradycje świąteczne przywieziono nam z obecnie ukraińskiej części Kresów. Mamy barszcz z uszkami; trzy rodzaje pierogów: ruskie, z kapustą i grzybami i z samym serem, na słono- ze względu na moją Sis; kutia- z pęczaku, maku, miodu i bakalii; karp smażony i w galarecie; śledzie, często w dwóch albo i trzech odsłonach; ryba pieczona- tu bywa różnie, i pstrąga mieliśmy, i karp w różnych odsłonach, i lina; kompot z suszu który z roku na rok smakuje mi coraz bardziej; mamy też kulebiaka albo pieczone pierożki z ciasta piwnego z kapustą. A zaraz po prezentach... ciasta i inne słodkości: sernik(i), makowiec drożdżowy, piernik, pierniczki, często ciasto czekoladowe i jabłecznik, w tym roku będzie też superprosty hicior lata- rogaliki z marmoladą z przepisu babci.
U mojego Męża właściwie wiele się stół wigilijny nie różnił, pamiętam tylko kapustę z grochem i to, że nie było wiele ryb, bo Teściowa nie lubi :)

   Zawsze jest sporo rozmów, po jedzeniu też kolędy, ale odkąd mamy w rodzinie małe dzieciaki, zaraz po jedzeniu trzeba rozpakować prezenty :) Standardowo jest tak, że ktoś zakłada mikołajową czapkę i wyciąga spod choinki prezenty i je wręcza. Czasami trzeba zaśpiewać kolędy, żeby ową paczuszkę odebrać- fajnie było, jak rodzice dostali wspólny prezent i oboje śpiewali na drugi głos, ze trzy albo cztery zwrotki :) Mój tata uwielbia gdy śpiewa się całą kolędę, nie jedną lub dwie zwrotki, więc często szykujemy zapas tekstów i śpiewamy wszyscy razem... A im nas więcej, tym łatwiej kolędować.

  Z racji tego, że szanujemy sobie czas adwentu, do rozpoczęcia ostatecznego szykowania świątecznego nie włączamy ani śpiewamy sobie kolęd. Potem znowu po całości :P
Za to unika się oglądania TV, więc musimy być mocno najedzeni rozpakowani i rozśpiewani, żeby owo pudełko włączyć. Bywają przyjemne filmy w święta, dobieramy je sobie rozważnie, choć zdarzało się i tak, że popadaliśmy jak jeden mąż ok 22, i nawet filmy nie pomogły :)

   Z wyjściem na Pasterkę bywa różnie- kto ma siły, idzie, kto nie- idzie spać, zajmie się dziećmi... Często dla tych bardziej wytrwałych jest kolejne świętowanie- po Pasterce herbata, ciasta i rozmowy, żarty, opowieści :)
   W zeszłym roku Mąż zabrał mnie na powigilijne spotkanie ze znajomymi i było fantastycznie, ale u mnie nie było takiej tradycji, więc niestety nie mamy gdzie iść. Chętnie za to idziemy na Pasterkę albo na Mszę w I święto do kościoła, w którym braliśmy ślub- jest tam pięknie, jest fantastyczna oprawa i porządne kazania.

   Co jeszcze mi się kojarzy ze świętami? Wracając z Pasterki we Wro bywało, że zajeżdżałyśmy z Sis na stację benzynową złożyć życzenia pracownikom "na służbie". Że u Dominikanów we Wro przynosiło się dzwoneczki na pierwsze po adwencie "Chwała na wysokości Bogu". Że kupujemy sobie porządną czekoladę nadziewaną z Lindta i celebrujemy ją świątecznie. I że staramy się zagrać w państwa- miasta. Że moja kuzynka- świadkowa chyba 4 lata z rzędu musiała się czymś poplamić albo zalać podczas Wigilii, a jak założyła czarne spodnium, wylała sobie wosk ze świeczki na nogę ;P
    Mam też jedno wspomnienie jeszcze z czasów "sprzed Córeczki": do mojej babci we Wro, która porusza się głównie o kulach, przyszedł w Wigilię ksiądz z posługą chorych. Asystowaliśmy z tatą i przy okazji mówiliśmy o naszej kolacji, doliczyliśmy się chyba 12 osób przy stole. Ksiądz pochwalił takie rodzinne świętowanie i poszedł dalej. Po wieczerzy pojechaliśmy na Pasterkę do kościoła filialnego w tej parafii. I co? Ksiądz w pewnym momencie podczas kazania mówi: "dzisiaj byłem u rodziny, w której do stołu dzisiaj usiadło dwanaście osób. Dwanaście osób!". Mało co nie padliśmy, to była niesamowita pochwała :)

 

   Oby te święta były równie bogate w tradycje i przeżycia. Już nie mogę się doczekać!

 

PS. W naszym gdańskim mieszkaniu nie będzie nas wystarczająco długo, żeby zdecydować się na niekupowanie choinki. Jednak pomogła w tym... kartonowa choinka z Ikei, którą dzisiaj z Córeczką ubrałyśmy :)

   Mam w Postcrossingu "szczęście" do wysyłania kartek do Rosji i Niemiec- ostatnio nic innego mi się nie trafia!

   Na pocieszenie- ja dostaję kartki z przeróżnych stron świata :) No i całkiem niedawno Mąż pisze mi sms: Dostałaś kartkę z miasta Ubatuba, szła 2 tygodnie, zgadniesz z jakiego kraju?
   Oczywiście nie zgadłam, więc potem sprawdziłam- Ubatuba jest miastem w Brazylii, nad Atlantykiem. I bardzo się ucieszyłam, bo kartki z Ameryki Południowej brakowało mi do "skompletowania" kartek z wszystkich zamieszkanych kontynentów :)

   Z Azji pocztówka przyleciała z Korei Południowej i Indonezji (i z Irkucka),
   z Afryki- Mauritius
   z Australii i Oceanii- Australia
   z Ameryki Północnej- USA i Kanada (z miasta Londyn)
   z Europy- duużo :) mam kartki z Niemiec, Rosji, Litwy, Białorusi, Finlandii, Islandii, Włoch, Ukrainy, Francji, Portugalii, Wielkiej Brytanii, Holandii
   no i z Ameryki Południowej upragniona karteczka z Brazylii.
Kartki, które otrzymałam, przejechały do mnie już ponad 100 tys km.  

   Może nowym moim celem będzie otrzymanie kartek ze wszystkich państw europejskich, które mają powyżej 500 tys mieszkańców? 

   Bardzo mi się podoba ta idea i chcę ją kontynuować w przyszłym roku. Zakładam, że sama będę wysyłać min. jedną kartkę na tydzień (oczywiście, średnio) więc powinnam wysłać (i otrzymać) ok. 50 kartek. Już się na nie cieszę :D

piątek, 13 grudnia 2013

   Mam dzisiaj chyba jakiś dobry dzień w pracy.

   Normalnie, dobry dzień w pracy to taki, w którym siedzę w labie. W tym tygodniu miałam chwile załamania/zanudzenia, ale jak dostałam zlecenie zejścia do labu i zorganizowania przestrzeni w jednym z nich to już byłam zadowolona :) Szafki i półki zostały oklejone, szkło poprzenoszone, urządzenia też, mam nadzieję, że teraz się wszystko tam ładnie zorganizuje :)

   Całkiem niedawno dotarła do nas nowa dziewczyna. Trzecia w (obecnie 20osobowej) jednostce posiadająca moje imię ;P Pracowała ona wcześniej w głównym zakładzie naszej firmy i widać, że entuzjazm jej opadł, kiedy zdała sobie sprawę, że na razie więcej czasu spędzamy przed biurkami a nie w labach. Duża część z nas już zaciera ręce na otwarcie dużego labu i ostry start z projektami, chwilow jednak wszystko się tworzy, ludzie się zatrudniają, czekamy na pewne rzeczy które robią nam firmy zewnętrzne...

   To wszystko nowe także ma swoje uroki- ot, właśnie wykańczam instrukcje wykonania i instrukcje obsługi. Moje pierwsze :) Śmieszne, ale sprawia mi to przyjemność- dokument z moim nazwiskiem. Co z tego, że wewnętrzny :)

   Dzisiaj mam dobry humor bo mam nadzieję, że uda mi się wdrożyć w dwie nowe techniki. Być może już od nowego roku. Szukam takich zajęć, bo nie chcę pozwolić sobie na "puste przebiegi", a przy okazji- to są konkrety, umiejętności które mają znaczenie i dla mnie i dla pracujących ze mną ludzi.

   Owszem, mam takie momenty, że wątpię w siebie, w to, że jestem tutaj naprawdę przydatna, ale... to nie dzisiaj. Dzisiaj jest dobrze. Ekipa w pracy jest naprawdę świetna, jest z kim pogadać albo się pośmiać, ostatnio przy zamówionej pizzy i ogdrzewanej domowej zupce siedzieliśmy i prowadziliśmy bardzo poważne dyskusje dotyczące oranizacji i dokumnetacji naszej pracy. Byle tak dalej :) Będzie u nas bardzo intensywnie personalnie w pierwszym kwartale nowego roku, nasza liczebność ma wzrosnąć o 50%...

   Wychodzi na to, że jeżeli będę spełniać oczekiwania i po kwietniu będę miała przedłużenie umowy, to już na czas nieokreślony, z możliwością zmiany stanowiska (czyt. awansowania) i innymi przyjemnymi sprawami. Bardzo chcę na to zasłużyć!

   Mam ksywkę- dla śmiechu oczywiście- jestem Pony. Bo jestem taka "appy"cały czas, mam "gadulstro kompulsywno- maniakalne" i w ogóle jestem "shine and bright" jak Pinkie Pie z Kucyków Pony :P Jak powiedziałam o tym Mężowi, to się śmiał, że określenie na moje gadulstwo jest jak najbardziej trafne :P

14:48, cinnamon.tea
Link Komentarze (14) »
czwartek, 12 grudnia 2013

   Córeczka chyba ma większą ciągotkę do pisania niż do czytania. Czytanie jest przydatne, ale łatwiej idzie pisanie ;) Młoda tworzy nam masę liścików, laurek... A my jesteśmy zachwyceni i zarazem pokładamy się ze śmiechu, bo to dopiero początki i ortografia leży po całości ;P

  Oto i przykład, oczywiście pisownia oryginalna :)

Mama i Tata. Koham
wos obojga. Ale wieci że. Mam
nowyh. Przjaćuł koham će Mamo
i tato

(a pod spodem nasze portrety, uśmiechnięte buzie)

 

Czy to nie wspaniałe? :D

22:03, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 grudnia 2013

    Udało się wczoraj przeprowadzić gastroskopię... Im rzadziej, tym lepiej!!! I tak, uważam że poszło lepiej niż 3,5 roku temu, momentami umiałam się uspokoić i spokojnie oddychać... Oddychanie, oddychanie, głębokie, spokojne oddychanie- sposób na sukces (czyt. jak najkrótsze badanie).

   Nic się w moim brzuchu- żołądku nie zmieniło od poprzedniego badania. Bardzo się cieszę, że nie jest gorzej- im mniej czynników ryzyka nowotworu, tym lepiej! Mąż ma tyle wątpliwości co do leczenia moich schorzeń, że mam ochotę zabrać go ze sobą na wizytę u gastrolog, żeby wszystko mógł usłyszeć bezpośrednio i dopytać się o całą resztę. Ale zanim ta wizyta nadejdzie... jeszcze USG i badania krwi. Ale, co najgorsze już za mną :)

  Podjęliśmy decyzję, kiedy jechać do domu. Postaramy się dojechać do Wro w przedświąteczną sobotę za dnia. Nie wiem, czy to nam w jakikolwiek sposób pomoże omijać największe koszmarki drogowe, ale mimo wszystko lepiej tak, niż wbić się w popołudniowe piątkowe korki na wyjeździe z Gdańska :/

   Jutro mam wigilię "pracową". Byłoby ekstra, gdyby nie wielka akcja próbnej ewakuacji, połączona z ćwiczeniami PSP w miejscu w którym pracuję. Cienkie rajstopki poczekają w domu- postoimy na miejscu zbiórki do ewakuacji zapewne przynajmniej pół godziny w tym chłodzie...
Tak więc stoję dzisiaj przed lustrem i sprawdzam kolejne możliwe zestawy ubrań na jutrzejszą okazję, a na to zdziwiona Córeczka pyta się mnie- co robisz? Ze śmiechem doszłam do wniosku, że właściwie dobrze, że nie jestem ciuchową- modową maniaczką bo stałabym tak pewnie codziennie :P

Już nie mogę się doczekać wyjazdu na święta! Mam też nadzieję, że znajdą się jakieś wyzwania w pracy, bo chwilowo nie mam zajęć w labie, a przed komputerem delikatnie mówiąc, momentami kwitnę :) Mam nadzieję że za rok o tej porze będę miała na tyle dużo doświadczenia i kompetencji, że już nie będzie możliwości przeżyć dnia przestoju :)

21:56, cinnamon.tea
Link Komentarze (9) »
niedziela, 08 grudnia 2013

Za oknem- koło podbiegunowe

książka obecnie czytana- "Włoskie buty" Szweda Henninga Mankella (wielkim zaskoczeniem udało się zdobyć w bibliotece bez wcześniejszego zamówienia :))

serial obecnie oglądany- "Borgen", duński serial polityczny

czasopismo obecnie prenumerowane- "Zew północy"

...chyba czas się uczyć jakiegoś skandynawskiego języka :)

 

Pozdrawiam znad szydełka i serialu- jutro wracam do pracy. A po pracy wóz albo przewóz- gastroskopia... :(

21:21, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »

   2,83 zł- dokładnie tyle kosztowało pierwsze samodzielne wyjście do sklepu Córeczki.

   Córeczka dzisiaj była zafascynowana śniegiem i możliwością zrobienia bałwana, zjeżdżania na sankach. I rozmawialiśmy o tym, że może zejść sobie przed dom, i nie będzie problemu, niech tylko wcześniej śniadanie zje :)

   Okazało się, że mamy mało chleba. I zaczęliśmy myśleć, że młoda przy okazji wyjścia na dwór może wyjść do sklepu, po chleb (i po marchewkę na nos bałwana, co nam skrzętnie przypomniała). Jeden z małych sklepów na osiedlu znajduje się kilka budynków powyżej, po tej samej stronie ulicy, więc Córeczka musiałaby jedynie ostrożnie przejść przez parking przed sklepem. I poszła! Mąż ją trochę pośledził, wrócił do domu, jak zobaczył, że weszła do sklepu, i wrócił do domu. Kilka minut później zauważyłam z okna naszą dumną i bladą Córeczkę, która szła z chlebem w siatce i marchewką w ręce. Tyle radości za tak niewiele :)

   Bałwan stanął i mimo ładnego słońca dzisiaj, powinien przetrwać dzisiejszą noc. Jest mały ale śliczny- pierwszy tej zimy :) Jabłuszko wyciągnięte, sanki na balkonie czekają na większą dozę odwagi Córeczki (boi się że jak pojedzie za daleko to zjedzie do jeziorka :P). Dzisiaj jednak jestem z niej baaardzo dumna. I chyba tak będziemy robić, w weekendy (żeby za dnia chodziła) pójdzie do tego sklepiku po owoce czy chleb, niech się uczy i nabiera pewności, a my spokoju i zaufania.

   Rośnie mi dziecko! Kolejny kamień milowy za nami...

00:13, cinnamon.tea
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 grudnia 2013

    Ksawery zaatakował, co słyszeliśmy intensywnie (mieszkamy w najwyższym mieszkaniu i wiatr wyje nam w kominie) i dał nam też 10-15 cm warstwę białego puchu. Jeziorko nawet zaczyna troszkę zamarzać, więc zima (wreszcie) na całego! Wczoraj Trójmiasto przeżyło prawdziwy paraliż komunikacyjny, przedwczoraj to w ogóle zamknięto obwodnicę... Łatwo nie jest. Liczę, że już niedługo przestanie aż tak wiać i będzie łatwiej przeżywać czas przedświąteczny.

No i właśnie, nasza pierwsza gdańska zima...

wczoraj w ciągu dnia

i dzisiaj, jak zaświeciło słońce (ale wiatr wciąż bywa porywczy)

Miałam zamiar cokolwiek porobić z myślą o prezentach przez to moje zwolnienie, i nawet mi się udało. Zrobiłam długi, cienki, ale zwarty i miły w dotyku szaliczek dla Bratanicy. Potem szydełko chwilę odpoczęło, bo dorwałam pomarańczową włóczkę i na palcach robiłam zamotkę- wyszło mi z kilkanaście metrów takiego tunelu, zwinęłam toto 20 razy i powstał komin. Do tego na szydełku już dorobiłam czerwoną opaskę przytrzymującą zwoje. Komin pójdzie do Sis, mam nadzieję że się jej spodoba. Mojej przyjaciółce pomysł się spodobał, jak będę miała czas to i dla niej ukręcę (tylko daj znać czy w takiej kolorystyce! :*). Teraz wracam do mitenek z fioletowej, cieńszej włóczki.

Komin przymierzony na mojej szyi:

i podgląd ogólny :)

Niedawno też zrobiłam z-i-dla Córeczki misia ze skarpetki, z takiego wzoru krążącego po internecie:

Wyszedł mi miś zdecydowanie nieidealny, i nie do końca wypchany, skarpetka była dość szeroka, kształty niezbyt dobrze przemyślane... Problem w tym, że Córeczka pokochała "Danusię", zrobiła "temu misiu" domek z kartonów, uszyła mu ciuszki... :)

   Obiecałam zrobić Danusi kołderkę na szydełku... I że Teściowa na feriach nauczy Córeczkę robić na drutach... Dzieje się u nas :)

 

16:40, cinnamon.tea
Link Komentarze (3) »
środa, 04 grudnia 2013

   Jak tylko mogę ostatnio przeglądam porządne blogi szydełkowe. Na jednym z nich trafiłam na candy w którym można wygrać bombową "włóczkę" Zpaghetti :)

Blog Kasiulki dostępny pod adresem: kasiulkoweprace.blogspot.com - POLECAM, i to nie tylko z powodu candy :)

Tagi: zabawa
20:14, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga