RSS
niedziela, 30 czerwca 2013

Około 55 stron,

11 tysięcy słów,

80 tysięcy znaków:

wysłane do promotorki, jeszcze jutro poprawki.

 

Deadline do składania dokumentów: środa, 14.00.

Obrony naszej specjalności: środa, czwartek, ew. przyszły poniedziałek.

Ja obstawiam że wyrobimy się w tym tygodniu...

 

Będę się bardzo cieszyć gdy to się wszystko skończy!

 

Jutro chyba pójdziemy do kina... jeśli nie będzie dużo tych poprawek.

Za to dzisiaj mam wieczór w zawieszeniu- jeszcze nie ma poprawek i już nie mam pisania. No to wracam do seriali: oglądamy z Mężem "Rodzinę Soprano", pierwszy sezon :) No i do książek. Jestem nienormalna, zawsze sięgam po grube tomiska w bibliotece a potem długo przerabiam takowe. Za to gdy się zmuszam i sięgam po coś cieńszego to bardzo rzadko kiedy mi się to podoba. Obecnie mam raczej tomisko- "Dziesiąty krąg" Jodi Picoult. Potem biorę się za ambitniachę- Vargasa Llosę, tak na wakacyjne wieczory :) Wakacje- jak to pięknie brzmi!!! :D

sobota, 29 czerwca 2013

    Mam dziwną potrzebę pisania o fajnych rzeczach z którymi mam styk.

    Od roku mam jedną markę lakierów do paznokci, która przebija wszystko co kiedykolwiek miałam na paznokciach (poza ślubnym hybrydowym frenczem). To Essie. Marka amerykańska, gdzieś tam o niej czytałam, ale przede wszystkim polecała ją nissiax na YT :) Latem w zeszłym roku szukałam porządnego czerwonego lakieru. I trafiłam, dopingowana przez jeszcze- wtedy- Narzeczonego do Douglasa i wybuliłam na czerwony lakier Essie. Muszę na te moje grube, prążkowane wzdłuż i w poprzek nałożyć dwie warstwy, dłuższą chwilę po drugiej warstwie wysiedzieć, ale warto- 5-7 dni spokojnie się tot trzyma na paznokciach. A i kolor soczysty, śliczny!

Przez niecały rok dorobiłam się tylko i aż czterech kolorów lakierów tej marki:

- intensywnie czerwony nr 59- Aperitif. Kolor ani za jasny, ani za ciemny. Szukałam lakieru kryjącego, gładkiego (bez drobinek itp), błyszczącego, superkobiecego- i mam :)

- neutralny, jasnoróżowy nr 17- Muchi, Muchi. Bo pewne okazje wymagają spokojnego kolorku :) i tu już wiedziałam, że ładne krycie to cecha wspólna Essie, a nie przypadek. Ten kolor też jest "gładki".

- głęboki brązowy 49- Wicked. Dla odmiany, bo ciemny, coś pomiędzy bordo a brązem, czekoladą, głęboki, nasycony- wiele razy słyszałam już komplementy na temat tego koloru, polecam :) Tutaj jednak dwie warstwy są raczej obowiązkowe.

- jeszcze nie użyty, wyhaczony po przecenie, błękitno- szarawo- metaliczny nr 750- Fair Game. Przypomina mi kolor takiego niespokojnego nieba, z lekkim srebrnym połyskiem. Pierwszy mój Essie z drobinkami, ale naprawdę bardzo drobnymi drobinkami, bardzo ładny. Cieszę się że przeceniony, bo pewnie nie byłby pierwszym moim wyborem, a im dłużej na niego patrzę tym bardziej mi się podoba- jutro nakładam go na paznokcie.

Jak jesteście ciekawe kolorów, spokojnie możecie sobie wygooglować, a ja jak już się dorobię ładnych zdjęć to tu wrzucę, a co :)

   W sobotę potrzebowałam pomalować paznokcie na czarno- miałam żółto-beżowo-białą sukienkę i czarne dodatki. Jako że w moim Douglasie czarnego Essie nie było metodą prób i błędów znalazłam najładniejszy czarny lakier w moim zasięgu- Inglot nr 953. No i też jestem bardzo zadowolona. Pięć- sześć dni spokojnie można z nim pochodzić, nawet mimo problematycznych paznokci, takich jak moje.Moim zdaniem- tylko troszkę słabszy od tych Essie'owych.

   Nawet zdjęcie zrobiłam- tak wyglądała moja ręka w piątym dniu noszenia czarnego ;)

I jeszcze zbliżenie koloru:

 

    Mam jeszcze trochę napoi do polecenia :)

Piłam wczoraj Chai Mate z Wild Grass- super! Bardzo fajny smak, miałam w szklance sporo lodu, idealne picie na lato. Aaa, tylko ma 30 mg kofeiny więc całkiem dobrze budzi:)

Dzisiaj do obiadu za to piliśmy z mężem Fritz- Colę i Wostok. To pierwsze to napój kawowy- colowy- lemoniadowy. Ale to co kawa robi w tym płynie to magia, byłam zachwycona! Naprawdę, rewelka, będę zamawiać jeszcze nie raz, nie da :) Z trzech dziś opisywanych Fritz smakował mi mimo wszystko najbardziej.

Wostok za to jest antycolą, opracowaną na olimpiadę w Moskwie. Ma coś eukaliptusowego w sobie, co mi się osobiście bardzo dobrze kojarzy. Nie jest organiczną podróbą coli, jest całkiem inne w smaku (choć w kolorze i bąbelkach już tak nie odbiega, bo jest jasnobrązowe i nagazowane) także polecam do spróbowania :)  

              

 

 

   

    Dzisiaj wysłałam promotorce pracę, poprawiłam i sprawdziłam bibliografię, spisy rysunków, tabel i schematów. Zostało mi napisać duże streszczenie, małe streszczenie i czekać na zlecenia poprawek od promotorki. Aaa, no i dzisiaj wreszcie wpłynęła mi ostatnia ocena na studiach :D

    Tak więc powiedzmy że mam luźniej, spać mi się nie chce, więc zrobiłam ogromną robotę- wsadziłam wszystkie linki stąd, z moich zakładek i całą resztę do jednej podstrony i wsadziłam tutaj, w belkę po lewej stronie. Uff!

    Kilka osób już też zauważyło, że skorzystałam z filtra do komentarzy- jak nie będziecie pisać naszych imion, jakiś starych nicków, nazw miejscowości, to powinniście sobie dać radę z pisaniem poprawnych komentarzy :)

    Jutro świętujemy stulecie Hali Stulecia, porozmawiamy sobie dłużej z Córeczką bo jutro przylatuje z kraju Muminków do kraju Misia Uszatka a potem wracamy przed telewizor, do domu- zaczyna się największe święto kolarskie w roku- Tour de France :D Już mam nawet klimatyczną tapetę na pulpicie. Ciekawe co tam nasze chłopaki wywalczą! U nas wygląda to tak że w weekendy mój brat u siebie nadzoruje etap, moja sis ze Stolycy ogląda i komentuje na facebookowym profilu "Kolarstwo w Eurosporcie", a my równolegle na tym profilu się udzielamy, oczywiście siedząc z kompem na kolanach przed telewizorem (nooo, do 20 km przed metą, potem nic już od TV oderwie :)) Mamy o tyle fajnie że wśród znajomych też mamy fanatyka kolarstwa, tzn. fanatyczkę- żona Świadka też jest taka zaabsorbowana jak my :)

   Wciąż do mnie nie dociera że za maksymalnie 6 dni mogę już być PO studiach. I mieć kolejne trzy litery przed nazwiskiem. Przynajmniej nazwisko mam trochę krótsze, to się te literki pomieszczą :P

piątek, 28 czerwca 2013

   W tym całym wariackim tygodniu mam bardzo jasne punkty.

   Córeczka dzwoni ze Skandynawii i pyta się mnie czy może odwołać wyjazd nad morze na kolonie z babcią, bo chce być z nami. I że szkoda że nas tam nie ma, bo zaprzyjaźniła się z Muminkiem.

   Wczoraj byłam cały czas w domu, pisałam pracę. Gdy Mąż wracał więc mogłam skorzystać i podejść do niego od razu, przytulić się, pocałować. I Mąż tak pięknie powiedział: najfajniejsze z całego tego wychodzenia do pracy jest to że wracając mogę zobaczyć ciebie jak uśmiechasz się gdy mnie widzisz :) :*

   To niesamowite ile siły czerpię dzięki nim!

 

 

PS. Magisterka sięgnęła niemal 10 tys. słów i 50 stron. Dzisiaj mam zamiar, vel. muszę napisać jeszcze ze 2 do 5 stron. I do sprawdzenia. Tzn. wczoraj już bardzo dużo poprawiłam, mniej więcej 3/5, potem będziemy poprawiać to co teraz smażę. To staje się dla mnie coraz bardziej realne! A pisałam że mogę składać w środę, mieć obronę w czwartek? Ba, to pikuś- mogę składać w środę (do 14) i bronić się w środę (do 20.15). Doszłam do wniosku że chcę to mieć za sobą, więc idę dokumenty oddawać od razu w garsonce :P Jak widać humor jest, więc to najważniejsze :)

środa, 26 czerwca 2013

   Dziecko odleciało :) na 3 dni z ciocią do Finlandii, do Parku Muminków. Masa przeżyć i atrakcji, mam nadzieję że będzie się bawić fantastycznie. Ja tam już tęsknię bardzo...

   Wesele bardzo się udało, wróciliśmy baaardzo zmęczeni ale i bardzo zadowoleni :) Fajnie tak, wspominać swoje wesele przy okazji czyiś ważnych dni... Młoda para wyglądała świetnie, napatrzeć się nie mogłam! A ekipa Męża, ta bliższa i dalsza, jest nie do przecenienia, naprawdę świetni ludzie.
   A nowa kiecka zdała egzamin :D

   Teraz siedzę i poprawiam magisterkę. Mam tydzień i godzinę na poprawki, napisanie reszty, poprawki, recenzję, drukowanie i złożenie całości w dziekanacie. To będzie bardzo gorący tydzień! Mimo tego że leje już trzeci dzień ;) A przy okazji może się okazać że złożę pracę w środę a w czwartek będę miała obronę, ale co to dla mnie... Dwa dni nauki do egzaminu na doktorat, napisanie 20 stron magisterki w dwa dni- dzień na naukę do obrony to pikuś :P

   Pewnie i tak będę kontynuować doświadczenia z magisterki w dalszej pracy w labie, ale na ten moment trzeba było powiedzieć: stop. No i pisać o tym co już jest. No to piszę. Znów proszę o chwilkę cierpliwości i trzymanie kciuków, ale to już chyba ostatnia taka prośba przed październikiem :)

piątek, 21 czerwca 2013

  Mam chwilę czasu więc skrobnę tekst o samotnych mamach na studiach. Mimo że L. uważa że jest ich coraz więcej, to ja mam inne spostrzeżenia :P A jeśli chodzi o kobiety które zaczynają studia już mając dziecko... to obecnie znam trzy takie osoby- w tym gronie jestem ja :P

   No dobra, co tam było:

1. Jak sobie radziłam czasowo godząc obowiązki mamy i studentki

   Biegałam na wszystkie możliwe zajęcia na których mogłam być w czasie pracy przedszkola. Próbowałam sobie przenieść niektóre zajęcia, czasami załatwić przeniesienie terminu zapisów na jak najwcześniejszy, żeby zapisać się na wszystko na spokojnie. Większość tych starań zakończyło się sukcesem. Jeśli nie byłam w stanie czegoś przenieść to albo nie chodziłam na wykłady, albo chodziłam na nie z Córeczką (laptop z bajkami+ słuchawki+ supergrzeczne dziecko= sukces). Jak młodej nie było, albo ktoś mógł/chciał się nią zająć, to korzystałam i latałam na zajęcia. Od czasu do czasu miałam zapotrzebowanie i prosiłam o zaopiekowanie się młodą jakąś koleżankę z akademika, byłego, kuzynkę, raz zajęła się nią mama koleżanki z przedszkola.
  Przez rok (II rok studiów), zanim poznałam Męża a Córeczka chodziła do dalekiego przedszkola i w ogóle jeszcze była mała, sypiałam w tygodniu mniej więcej 5,5 godziny. Uczyć mogłam się tylko gdy młoda usnęła. Mąż nauczył mnie kłaść się spać w piżamie, o w miarę regularnej godzinie, przy zgaszonym świetle i w łóżku (bywało, że usnęłam przy biurku  albo na podłodze w kąciku Córeczki, gdy ją usypiałam) no i ile się dało on przejmował opiekę nad młodą więc już miałam łatwiej i lepiej.

  Przedszkola czy żłobki to podstawa. Samotnym matkom teoretycznie jest łatwiej, ale zasady często się zmieniają, wiec warto trzymać rękę na pulsie.

2. Jak sobie poradzić finansowo, z czego można skorzystać ze strony uczelni itp.

  Raz-samotna mama MUSI wywalczyć alimenty dla dziecka. I nie bzdurzyć mi tu, że nie chcesz pieniędzy od tego drania- to pieniądze na dziecko, nie na Ciebie, i korona z głowy nie spada przez to. A facet musi choć z tej strony poczuć odrobinę obciążenia z powodu wydania na świat dziecka. (Ten tekst dlatego że co spotykam samotną mamę z niemowlakiem albo jeszcze w ciąży to często słyszę że nic od ojca nie chcą).

  Uczelnia może oferować stypendia socjalne (jeśli się kwalifikujesz) i naukowe/za osiągnięcia naukowe i sportowe (jeśli się postarasz). Do tego zapomogi.
Z uczelni można wycisnąć też inne rzeczy- u nas: akademik, niedługo ponoć też otwierają przedszkole dla studentów i pracowników.
/dygresja własna: mając stypendia i akademik śmieję się że uczelnia mi płaci za studiowanie :)/
Banki oferują kredyty studenckie (jeśli się kwalifikujesz i się postarasz, nie polecam dla kierunków z wysokim odsetkiem bezrobocia absolwentów-kiedyś trzeba to spłacić).
MOPSy i inne -OPSy dają zasiłki (poza zwykłym jest też za samotne wychowywanie- jeśli się kwalifikujesz).
Jeśli facet po wyroku alimentacyjnym daje ciała- jest fundusz alimentacyjny.

3. Najlepsze momenty na studiach

   Nie wiem co to ma do bycia mamą na studiach, ale na pewno momenty kiedy odfajkowywałam kolejne zaliczone przedmioty w sesji. Kilka przedmiotów wspominam bardzo miło. I ekipę. Jak facet z filozofii przyrody gdy wyuważył Córeczkę to pocałował mnie w rękę, za bycie mamą. I jak uzyskałam stypę za osiągnięcia naukowe.

4. Czy miałam chwile zwątpienia i jak je pokonywałam

  Ryczałam i miałam doły nie raz. Kiedyś z trudów i niepowodzeń, potem z samotności, potem znowu z braku sił i ewentualnych niepowodzeń. Ale nie mam problemu z ponownym znalezieniem motywacji. Co ciekawe- ciężko mi było się poryczeć gdy byłam sama, odblokowałam opcję płacz gdy poznałam Męża- poczułam się bezpiecznie. Wcześniej trzymała mnie adrenalina, konieczność trzymania się dla Córy.
Myślę że samotne mamy dokładnie rozumieją o co mi chodzi :)

5. Czy gdybym mogła cofnąć czas to czy ponownie zdecydowałabym się na studia dzienne i wychowywanie dziecka?

   Oczywiście. Co więcej- wybrałabym te same studia.

6. Czy jest coś co zrobiłabym lepiej (organizacyjnie)?

   Hmm to tak wieloczynnikowa sprawa że nie wiem czy udałoby mi się coś więcej wywalczyć. A przez te 6 lat stypę socjalną miałam jedynie przez 2,5 roku- po prostu nie dało się więcej. Moooże powalczyłabym o stypę za osiągnięcia naukowe wcześniej (o jeden semestr) albo o Diamentowy Grant. Acha- wybrałabym innego promotora pracy inżynierskiej, bo poza tym że nazwisko pana profesora ładnie wygląda to nie wspominam współpracy za udaną (bo współpracy nie było, sama napisałam pracę i rok chodziłam za gościem żeby mi ją sprawdził).
   Acha, gwoli ścisłości- sama od 5 lat nie korzystam z pomocy z OPSów. Ja jestem we Wro, a to wszystko powinnam załatwiać w rodzinnym mieście i szybciej by mnie trafiło niż bym dostała ten zasiłek (jeśli w ogóle bym się mogła zakwalifikować! ;P)

 

  Nie wiem czy komukolwiek ta notka oczy otworzy, myślę że to może być prywatna pożywka pewnych osób, ale pal licho- nigdy nie wiadomo kto tu trafi.

czwartek, 20 czerwca 2013

     Pisałam dziś ostatni egzamin na biotechnologii.

OSTATNI!!!

   Wierzyć mi się nie chce. Razem z dziekanką spędziłam na biotechu 6 lat...

   Jechałam na studia jako samotna matka półtorarocznej dziewczynki, w tamtym momencie było biednie, byłam trochę wystraszona, mieszkałam w lichym miejscu. Teraz... kończąc te studia jestem szczęśliwą mamą absolwentki przedszkola :) i żoną od kilku miesięcy. Zaraz się przeprowadzamy, jestem już przyjęta na doktorat... jest przepięknie :) To była istna szkoła życia, poznałam wspaniałych ludzi. I poczułam to, czego oczekiwałam po wyjeździe na studia- wszystkie odcienie dorosłości.

   Fajnie było studiować. Teraz wakacje i... dalsze studia, ale już w innym wymiarze.

   Acha, do tego czasu muszę się obronić!!! Zapomniałam o tym nieistotnym szczególe :D

 

   Dzisiaj cieszyłam się że egzaminy się skończyły, ale potem, po południu, ryczałam w przedszkolu Córeczki. Jutro idzie ostatni dzień, dzisiaj miała oficjalne zakończenie przedszkola. No i było mi smutno i wzruszyłam się i w ogóle... Córeczka jest taka duża, taka niesamowita, szkoda że przedszkole się kończy... Ech, matka wariatka ze mnie... :)

   Córa oczywiście się cieszy a jakże :)

środa, 19 czerwca 2013

   Kilka miesięcy temu pisałam o marzeniach związanych z mieszkaniem do wynajęcia.

Chciałam:

- przynajmniej dwóch pokoi

- miejskich mediów

- dojazdu który zajmie mi mniej niż godzinę

- najlepiej wysokiego piętra- dla widoku

- widnej kuchni o wielkości wystarczającej do "posiedzenia ze znajomymi"

- las lub park niedaleko

- ... i normalnej ceny (jak na Wro)

I dostałam komentarze że będzie ciężko pogodzić dobry dojazd i dwa pokoje i w ogóle marzenia, ale rzeczywistość pokaże swoje.

A tu mamy:

- dwa pokoje

- miejskie media

- trzecie, najwyższe piętro w budynku ;) Okna dachowe (całe mieszkanie na skosach, co mi nie przeszkadza bo skosy uwielbiam) więc widok średniawy, za to mieszkanie jest obustronne- duży pokój i kuchnia mają okna na południe, mały i łazienka- na północ

- widną i całkiem przestrzenną kuchnię (a do tego widną i sporą łazienkę więc tu już w ogóle sukces)

- dojazd spod nosa (mamy pętlę tramwajową i przystanek autobusowy po drugiej stronie jezdni) w 30 minut do mnie na doktorat i trochę ponad 45 minut Męża do pracy- jednym środkiem lokomocji

- wzgórze (i to całkiem wysokie) niedaleko, więc i tereny spacerowe są, tak jak chcieliśmy

- cenę mamy niską- obecnie widzimy że taką kasę woła się za mieszkania jednopokojowe- uważam że się nam naprawdę udało!

Mieszkanie jest rozkładowe, układ jest fajny, przedpokój ustawny. Jest normalny wgląd we wszystkie rachunki. Całość jest umeblowana, jest normalnie pralka, lodówka i kuchenka (co nie zawsze się zdarza), ostatnio właściciele remontowali swój dom, więc są szafki, stoły i półki od nich w całkiem niezłym stanie :) Córeczka jak opowiadała o mieszkaniu w przedszkolu to zaczęła: "ma dużą wannę..." :)

 

I można? No oczywiście że można :)
Znajomy który tam mieszka odebrał już klucze do własnego mieszkania. Zapowiada że robi podłogi, łazienkę i się wprowadza bo mu się nie opłaca płacić za dwa mieszkania. Wygląda więc na to że w połowie (ewentualnie do końca) lipca się przeprowadzamy.
Pięknie jest :)

Zdaję sobie sprawę że wiele poświęcamy żeby już mieszkać w normalnym mieszkaniu. Ale wciąż mamy poczucie, że warto.
I niech tak zostanie!

wtorek, 18 czerwca 2013

   9 miesięcy po ślubie minęło nam...

   A z racji w miarę świętego spokoju stwierdziłam, że czas się zabrać za duże przedsięwzięcia. No i uprałam moją cudowną suknię ślubną. 

   Uwielbiam ją, jest piękna, bardzo wygodna, ponadczasowa, ja się w niej czuję pięknie... ale trzymać ją dla lichej nadziei wyjścia na bal w strojach ślubnych zanim się bardziej roztyję (;)) to chyba przesada, tym bardziej że tiule zajmują sporo miejsca. I z ciężkim sercem wykonałam wczoraj pierwszy krok do jej sprzedaży. Ech... 
Łatwo nie będzie. Internetowa znajoma wystawiła swoją suknię, przyszła babka ją oglądać, a owa znajoma w ryk, że ona nie da rady, nie sprzeda, za bardzo się związała emocjonalnie. Ja też bym się związała gdybym miała okazję ją zakładać, serio :)

   Dzisiaj Córeczka obejrzała schnącą suknię i stwierdziła że ona ją założy na swój ślub, że jak to, sprzedaję, ona nie chce żebym ją sprzedawała- no wiecie co :D

 

  Ech, tyle wspomnień, sentymentów... Chętnie powtórzyłabym ten dzień, przeżyłabym go mocniej, intensywniej, bardziej świadomie, chłonęłabym każdy szczególik... I tak mam wrażenie że na ślubie i weselu nie odpuściłam sobie ani minuty, nie mam czego sobie zarzucić, ale to był tak cudowny dzień że zawsze chętnie będę do niego wracać i szkoda mi będzie gdy pamięć zacznie szwankować...

 

niedziela, 16 czerwca 2013

   Mąż chyba niechcący załapał się do Rady Rodziców, taki aktywny jest :)

Po wizycie w szkole i zebraniu rodziców wiemy tyle że:

-Córeczka będzie chodzić do klasy A, co ją bardzo cieszy bo obecnie też jest w A. Nam to obojętne, ale jak ją to cieszy... :)

-klasa obecnie liczy 26 dzieci (po równo chłopców i dziewczynek, w tym dwie pary identycznych bliźniaczek) i to jest maksimum- jeśli kilkoro dzieci jeszcze dojdzie do września, to szkoła otworzy czwarty oddział klasy pierwszej i pewnie liczebność wszystkich klas wtedy się zmieni

-pani wychowawczyni nie jest pierwszej młodości ale wraca po rocznym urlopie na podreperowanie zdrowia i ogólnie wydała się Mężowi bardzo fajna i kompetentna

- w szkole jest świetlica (od 6.30 do 17.00) i działa za jakieś śmiesznie małe pieniądze (i to dobrowolnie przekazywane przez rodziców!); bardzo chętnie będziemy korzystać :)

- klasa Córeczki będzie chodzić na drugą zmianę; nie wiedziałam co o tym myśleć, ale moja mama- nauczycielka w dużej podstawówce- bardzo się ucieszyła i mówiła o tym że zimą to jest dużo lepsze dla dzieciaków- nie muszą się skupiać gdy na dworze jest wciąż szaro, obiad mają podczas lekcji a nie po (wtedy mogą, idąc bezpośrednio po lekcjach, trafić na "normalne" przerwy i jeść ze starszymi dziećmi) i wstawanie jest łatwiejsze, bo przyprowadzać ją będziemy do świetlicy więc o spóźnianiu na lekcje nie ma mowy :) Więc są plusy tej drugiej zmiany. Dla uściślenia, druga zmiana w tej szkole zaczyna się pomiędzy 10.45 a 11.40, kończy się o 15.15.

- szkoła ma stołówkę, więc zapiszemy młodą na obiady. Tu chyba standardowo- wykupuje się pakiet z góry za cały miesiąc, jeden obiad kosztuje 5 zł.

- mamy już listę wyprawkową, ale nie wiem czy wrzucać tu całą, jeśli ktoś jest ciekawy, proszę pisać :) Dużą część już gdzieś tam mamy, resztę będziemy kompletować systematycznie, jednorazowe zakupy mogą być hmm... przytłaczające :P

- okazało się że Córeczka będzie chodzić do klasy z synem mojej koleżanki z rodzinnego miasta, więc przynajmniej jedna znajoma osoba będzie w jej klasie

- Córeczka jest bardzo chętna do brania udziału w różnych kółkach, więc tutaj też powinna skorzystać- są kółka w dwóch godzinach, dla obu zmian. I jest fajnie :)

 

   Jestem zadowolona i pełna nadziei :)

czwartek, 13 czerwca 2013

Zrobiłam dzisiaj ostatni przelew za przedszkole Córeczki.

Dzisiaj też Mąż idzie na pierwsze zebranie rodziców w jej szkole podstawowej.

Wczoraj dostałam się na doktorat.

Jadę na swoją pierwszą konferencję naukową.

 

Nasze wielkie małe chwile, oznaczają zmiany, zmiany, zmiany. Mam radość z myślenia o tym jak Córeczka rośnie i się rozwija. Trzymam kciuki żeby było jej w tej szkole dobrze!

środa, 12 czerwca 2013

Zdałam. Było krócej niż myślałam, nerwy mnie zżarły ale zdałam.

 

Za to ze stypendium doktoranckim będzie zdecydowanie trudniej niż myślałam...

wtorek, 11 czerwca 2013

Zacytuję Wam tylko dwa zdania:

W stanie głodzenia glukagon stymuluje wytwarzanie cAMP, aktywując zależną od cAMP kinazę białek, która z kolei poprzez fosforylację inaktywuje fosfofruktokinazę-2 oraz aktywuje fruktozo-2,6-bisfosfatazę. W ten sposób zostaje zmożona glukoneogeneza poprzez zmniejszenie stężenia fruktozo-2,6-bisfosforanu, co inaktywuje fosfofruktokinazę-1 oraz znosi hamowanie fruktozo-1,6-bisfosfatazy.
(z "Biochemii Harpera"

 

Normalnie, moja codzienność :)

A tak na serio- jestem coraz bardziej przekonana, że jutro zostanę rozerwana na strzępy na tym egzaminie i pożegnam się ze studiami doktoranckimi w tym roku. Wymagania materiałowe są wywindowane na niebotyczny poziom.
Jutro wieeele się okaże.

Za dużo zwaliło mi się na głowę na raz. Na tydzień. Boję się.

18:53, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
niedziela, 09 czerwca 2013

  Mąż dzisiaj na festynie zakupił Chai Mate, a dla mnie dostał gratis- i muszę polecić, bo jak dobre i Polskie, to koniecznie trzeba to chwalić dalej!!!

   Marka: Wild Grass. Nie jestem fanką mocnego imbiru, obecnie imbir jest najbardziej pożądany w wodzie toaletowej (mam taką jedną, imbir i biała herbata, zapach boski). A tu mamy przyjemną, cytrusową i imbirową nutę, napój (bezalkoholowy!) jest idealny na lato albo jako zamiennik niskoprocentowego napoju o barwie bursztynowej gdy siada się przed TV. Na przykład do oglądania meczu Ligi Światowej :) Ginger Ale zostawia za to przyjemne odczucie w gardle, i to chyba najmocniejsze przypomnienie o imbirze.

   Serdecznie polecam- ja w najbliższym czasie skoczę po mężową chai mate i po cola mate na 100%
... i w międzyczasie wyślemy zgłoszenie- można mieć własne zdjęcie na etykiecie tych napojów :)

 

PS. Wszystko co obecnie polecam jest polecaniem bezinteresownym- gdyby pojawiły się tutaj recenzje sponsorowane, będę o tym wspominać.

PPS. Jutro zaliczenie z angielskiego, w środę egzamin doktorancki i zaliczenie, w czwartek dwa, w piątek wystąpienie na konferencji. Ufff, byle do piątku!

23:42, cinnamon.tea
Link Komentarze (3) »
sobota, 08 czerwca 2013

   Uwielbiam takie dni.

   Wyjeżdżałam, Mąż mi tym razem musiał (i chciał) towarzyszyć. No i fajnie- wyjazd wczesnym rankiem, muzyka którą On wybiera a jest dla mnie :) Kwiatki (trzy śliczne róże teraz stoją w wazonie w domu). Obiad w restauracji- tak wielkiego sznycla w życiu nie jadłam, a Mąż rozpływał się nad swoją ogromną porcją żeberek w sosie miodowo- orzeszkowym :)  No i wreszcie, wreszcie, spróbowałam ostrygi- zbierałam się długo ale nie zawsze była okazja albo było warto. Smak... no, jak owoce morza, ale mimo to nie chciałam popić czy zjeść czegoś żeby smak nie zszedł z języka. Ciekawie :)

  Mam ogromną nadzieję że zawsze będziemy mieli okazje razem wyjeżdżać.Taka wyjazdowa randka tylko pomaga i wzmacnia :)

 

  A dziś... Mąż pojechał dalej, pracować, w delegację. A ja jadę się bawić, choć sił i dużej dozy chęci mi brakuje... Ehh...

11:10, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 czerwca 2013

   Chyba wszyscy się uparli żeby wszystkie sprawy które mnie dotyczą, wszystkie, się skumulowały.

Ot, taki 12 czerwca, mój plan dnia:

7.30-9.00- seminarium dyplomowe

9.15-10.45- zaliczenie z optymalizacji procesów

10.00- 11.00- wystąpienie na konferencji naukowej (130 km od Wro)

11.40-12.40- egzamin kierunkowy na studia doktoranckie

 

   Pierwsze mogę olać, drugie mogę spróbować olać (do obu prowadzących wysłałam maile), ale tych kolejnych nie pogodzę i mam ochotę palnąć sobie w łeb dosłownie. Chyba jednak pójdę na egzamin, a wystąpienie na konferencji spróbuję przenieść/przełożyć/zamienić.

   A w tym wszystkim badania do magisterki (coś się pokazuje wreszcie), zaliczenia, pisanie magisterki, publikacji (i szykowanie prezentacji na konferencję), wyjazd, panieński (22 czerwca idziemy na wesele)...
                               ...ale jeden telefon, na któy czekam, wciąż nie został wykonany.

 

Oby wyjść z tego czerwca obronną ręką...

 

 

13:08, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga