RSS
poniedziałek, 30 lipca 2012
piątek, 27 lipca 2012

Ojj, odliczanie w toku :)

 

     Cały czas mam takie dziwne wrażenie że czegoś nie dopilnowałam/ nie dopilnowaliśmy a wciąż nie wiem co!

      Zaczyna się organizować mój panieński, świadkowa staje na wysokości zadania :)

      Narzeczony za to dopiero będzie prosić swojego świadka na świadka :P To jedna z ważniejszych spraw do załatwienia.

      Już obmyślam resztę "poligrafii"- winietki i zawieszki na alkohol- planuję takie zawieszane na wstążeczce/rafii, żeby nie drukować tego na dziesiątki, tylko mieć zawieszek kilkanaście, może z dwadzieścia i tylko je przekładać. Winietki- wciąż się zastanawiam czy zamawiać tam gdzie zaproszenie, czy drukować je sama. Odpowiedź pewnie przyjdzie w momencie potwierdzania przybycia- jak goście będą się z tym ociągać może być za mało czasu na zamawianie. Zaproszenia były zamawiane na allegro, dorobiliśmy do tego wkładki do zaproszeń, wykorzystałam też motyw z zaproszeń do zrobienia księgi gości- ludzie mówią że ładna wyszła :)

     Za tydzień pojadę z młodą do rodzinnego miasta i będę zamawiać tort, no i myślę że będziemy się już decydować na miejsce gdzie kupimy alkohol. Pójdę też do mojej fryzjerki. Manicure mam kupiony na gruponie, będę miała manicure hybrydowy. Pójdziemy z Córeczką uszyć jej sukienkę, a ja muszę kupić sobie buty na poprawiny.

     Trzy tygodnie przed ślubem mam ostatnią przymiarkę sukni i próbny makijaż, spisanie II części protokołu w kościele (wszystkie dokumenty już mamy), spotkanie z zespołem. Z fotografem mamy spotkać się wcześniej, ale to zabiegany człowiek więc nie wiem jak to wyjdzie :P

     Gdzieś w połowie sierpnia jeszcze podpisujemy taki aneks z menedżerką sali w którym zapiszemy minimalną, "żelazną" liczbę gości i zdecydujemy się już konkretnie na menu. Ostateczną listę gości potwierdzamy w poniedziałek przed weselem.

     Zrobiłam sobie bransoletkę i ozdobę do włosów. Kolczyki też sobie zrobiłam, ale je poprzerabiam, będą inne, z to zrobię małą zawieszkę do łańcuszka. No i robię sobie bukiet z broszek :) To wymaga czasu i cierpliwości, ale mam wspaniałe znajome które dają mi swoje cacka- wypożyczają lub oddają. Mojej mamie zabrałam wszystkie pasujące klipsy :P Zrobię Narzeczonemu taką małą wpinkę do butonierki biżuteryjną, mam nadzieję że to się wszystkim podoba. Świadkowie nie mają żadnego dress code'u, ani też świadkowa nie ma swojego bukietu. Wychodzi za mąż w przyszłym roku to wtedy się pocieszy :) 

     Myślę nad własnoręcznie zrobionymi podziękowaniami dla rodziców. Co to będzie i jak to wyjdzie- zobaczymy. Tak samo- na czym to moje dziecko przyniesie nam obrączki.

     Jeśli chodzi o ceremonię, mamy niemal wszystko- księdza, mój kuzyn będzie służył do Mszy, myślę że z proszeniem do czytań, które już wybraliśmy, też nie będzie problemu. Dekoracje ustalamy z innymi parami które tego dnia bierze ślub w tym kościele, i po prawdzie- byle nie było wielkiego przepychu albo kiczowatości, to się na wszystko zgodzimy. Sam kościół jest przepiękny więc wiele mu nie potrzeba :) Zostaje tylko i wyłącznie oprawa muzyczna... 

     Acha, no i nie mamy transportu dla nas. Po potwierdzaniu pobytu zostaje nam jeszcze rozpisanie miejsc przy stole i noclegów w pokojach. A na razie nikt nam nie odmówił (nasze babcie i moja starsza wiekiem ciocia raczej się nie zjawią, ale tego się spodziewaliśmy od początku).

     Czy coś jeszcze? No właśnie- nie wiem! :D A ponoć mamy już dużo załatwione :) Intensywna ta droga do oficjalnego stania się rodziną :)

10:04, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 lipca 2012

     Ach, ta Córeczka :)

 

Poza tym że znowu nochal zawalony, trzeba naświetlać, inhalować do snu i dawać jej tabletki, to:

-w poprzednią sobotę straciła swojego pierwszego zęba

Na wakacjach, po jedzeniu gofra :) Jak się jej zapytałam przez telefon czy ją wróżka zębuszka odwiedziła, to stwierdziła że czeka na powrót do Wro "bo wiesz mamo, to ty jesteś zębową wróżką". :)

- wczoraj została dumną posiadaczką kolczyków

Poszłyśmy komisyjnie na piechotę do kosmetyczki. Pani pierwsze co zapytała się młodej- na pewno tego chcesz? A Córeczka od razu stanęła na baczność i powiedziała "tak!". Była bardzo dzielna! Spokojna, zaciekawiona. Sama wybrała sobie kolczyki, srebrne, z kryształkiem, trochę przypominające gwiazdkę. Trochę ją piekło ale naprawdę świetnie sobie dała radę.

     Młoda świetnie pomaga mi w domu, dzisiaj wyprasowała sobie bieliznę, pościągała całe pranie z suszarki, rozkłada mi pokrojone marchewki i jabłka na suszarce (takiej do warzyw i grzybów oczywiście), sama ścieli sobie łóżko :)

 

PS. Kolejne 5 zaproszeń rozdane! Dzisiaj wysyłamy kolejne 3. No i mija nam dzisiaj 38 miesięcy razem :)

czwartek, 19 lipca 2012

 

-Skarbie?

-Tak?

-Wyjdziesz za mnie?

 

---------------------

Dokładnie rok temu się zaręczyliśmy. Rok temu zaczęliśmy się nazywać Narzeczonym i Narzeczoną. Ten niesamowity, przepiękny dzień zawsze zostanie nam w pamięci. A teraz zostały nam niecałe dwa miesiące do ślubu.... Fajny mamy ten czas :)

 

Kocham Cię Skarbie, mój wspaniały Narzeczony, dziękuję Ci za tamto pytanie, za każde Twoje "dziękuję" i każdy pocałunek "w pierścionek". Dziękuję że chcesz dzielić ze mną resztę życia. Oby więcej rocznic i okazji do świętowania :*

 

środa, 18 lipca 2012

     Córeczka od tygodnia jest nad morzem, niestety bez przyjemności oglądania zachodów słońca i kąpieli w Bałtyku- jest chłodno, deszczowo, mało przyjemnie... Może przynajmniej więcej jodu wchłonie...

     Poprzedni weekend spędziliśmy w rodzinnym mieście Narzeczonego, na jubileuszu jego mamy. W przyszłym tygodniu na dokładkę przyszli teściowie obchodzą okrągłą rocznicę ślubu, ale to już będzie z mniejszą pompą :) W sobotę byliśmy na kręglach ze znajomymi Narzeczonego, daliśmy zaproszenie jednemu z nich. Niedziela była bardzo rodzinna- teściowie, mama teściowej, my, szwagierka z mężem i dwójką dzieci... Było nas sporo. A potem było nerwowo, bo wyszło że się nie zrozumieliśmy w kwestii załatwiania papierów do spisania protokołu w kościele i jadąc do mojego rodzinnego miasta nie wiedzieliśmy czy dobrze zrobiliśmy biorąc wolne na poniedziałek. Grrr, jak się już za coś konkretnie wezmę, to już lubię jak to idzie na tip-top w tych kwestiach które ode mnie, od nas zależą. No ale w poniedziałek udało się nam, najpierw USC (aż śmiać mi się chciało, że to co potem będzie dla nas miało największe znaczenie da radę załatwić najszybciej i w miarę tanio- 84 zł i po sprawie, teraz nawet za zmianę dowodu się nie zapłaci :P), potem spotkanie ze znajomymi, i kancelaria parafialna. Uff, udało się nam wszystko ładnie załatwić, to co brakuje już się uzupełnia- z trzech papierków mamy dwa i całość zaniesiemy przy okazji drugiego spotkania. Potem spowiedź, dowody osobiste i na 15 minut przed Mszą z sakramentem staniemy się małżeństwem na papierze :)

     Potem miałam dwa dni swoich własnych przygód (uwaga, będzie bardzo długo i sportowo)- Narzeczony wrócił do pracy do Wro, a ja miałam jeszcze dzień wolnego na kibicowanie kolarzom na Tour de Pologne u siebie w mieście. W poniedziałek z naszą przytarganą z Wro sporą flagą byłam na prezentacji zawodników. Fajnie było- tu pogadałam z panią, żoną jednego z VIPów, porobiłam fotki, poobserwowałam, potem jeszcze spędziłam bardzo miłą godzinę w towarzystwie innej znajomej (o obydwu znajomych z rodzinnego miasta powinnam pisać "przyjaciółki" ale używam te terminy zamiennie :)). W tym czasie u rodziców był bratanek, czterolatek, i Córeczka oczywiście mu niemal wszędzie towarzyszyła. W rodzinnym mieście były 4 przejazdy kolarzy na I etapie TdP, rozłożone w czasie, więc mogłam dawkować kolarstwo, sobie i dzieciakom.

     Na pierwszej pętli poszłam z obydwójką, oczywiście z flagą i aparatem bardzo niedaleko domu. No i zanim chłopaki przyjechali to się porządnie rozpadało- dobrze że mój tata do nas przyszedł i poratował dzieciaki kurtkami i parasolkami bo byśmy pod drzewem, a potem pod daszkiem przy pobliskim domu stali dłuższy moment :)

     Córeczka była... mało aktywna, i wolała zostać w domu i później pojechać do sklepu z babcia niż znowu na trasę. No to wzięłam małego urwisa i poszliśmy na trasę- przegapiliśmy drugi przejazd, ale trzeci i czwarty, czyli już wjazd na metę, mieliśmy obcykane. Przy mecie sporo się działo, więc się nie nudziliśmy :) W tym czasie już wiedziałam że mimo że mam pracę następnego dnia na 8 to nie mam innej możliwości tylko wsiadać w autobus o 22 (serio, w dzień powszedni z jednego dużego miasta do największego w województwie nie da rady się wydostać pomiędzy 18.15 a 22!) więc przynajmniej położyłabym córę spać przed jej wyjazdem nad morze. No to fajnie- my z bratankiem kibicowaliśmy aż było nas widać w TV i na spokojnie, jeszcze z dziadkiem, sobie wracaliśmy do domu. W pewnym momencie się rozdzieliliśmy- tata wziął bratanka do samochodu, a ja uznałam że obowiązkiem kibica jest zobaczyć samochód z napisem "koniec wyścigu" i powoli szłam sobie wzdłuż trasy do domu.

      No i gdy już rzeczywiście się skończyło i miałam 1,5 przecznicy do domu, przypomniałam sobie że obiecałam Córeczce lody. No i ruszyłam do sklepu- musiałam przejść przez ulicę. Nie postawiłam jednego normalnego kroku po drugiej stronie ulicy- nogę przeszył ból jak... no właśnie nie miałam jeszcze takiego. Wiem tyle że zanim usiadłam na ziemi to już wiedziałam że mam coś w stopie... Jakiś robotnik niedaleko opierał się o swoją furgonetkę i się zainteresował co się dzieje- to jemu oddałam ten wkręt który wyrwałam sobie ze stopy i klapka. No taki zwykły niby- 3, może 3,5centymetrowy, oczywiście brudny aż czarny. Ze stopy kapie krew, zanim wygrzebałam z torby chusteczki to zrobiła się mała kałuża :/ Panowie robotnicy (okazało się że jest ich dwóch) tak się przejęli że pomogli mi wstać, odprowadzili do furgonetki i odwieźli do domu! Bardzo mili byli :) Weszłam do domu i konspiracyjnym szeptem powiedziałam rodzicom że weszłam na wkręt i muszę do szpitala po zastrzyk przeciwtężcowy- pierwszy raz byłam pewna, że MUSZĘ go dostać. Noga w miskę z wodą i zaraz pojechaliśmy. No i tutaj powinnam chwalić swoją pogrubiałą skórę na stopach bo jak się ranka zasklepiła to nie miałam wielkich problemów z krwawieniem później. Ale to cholerstwo musiało stać idealnie na sztorc na ten ulicy- ranka ma ze 3 mm, więc wyglądało to śmiesznie bo chodzić nie mogłam ;)

     Tata podrzucił mnie do szpitala, na SOR, a sam pojechał na zakupy. Ja wkuśtykałam do szpitala a tam... zaraz za drzwiami kolarz. Obity, obandażowany, jeszcze w kolarskim wdzianku, siedzi sobie na wózku. No to ja do niego po angielsku, co się stało (czy wspominałam że cały czas miała na sobie niebieską koszulkę z napisem Tour de Pologne?) on mówi, że wywrócił się, potem pyta się mnie co się stało, ja coś kaleczę że kawałek metalu w stopie. A na to ochroniarz do mnie- pani po angielsku to pani tu wejdzie i potłumaczy! No to wchodzę do rejestracji, a tam wysoki gość, mocno zirytowany, próbuje po angielsku lub francusku dogadać się z panią z rejestracji która pięknie szprecha po niemiecku ale po angielsku ni chuchu. Wyszło na to że Belgowie nie lubią Niemców, niemieckiego wychodzi na to że tez :P No to ogarnęłam temat jako- tako, fajnie bo babeczka podłapała temat i skontaktowała się z dyrektorem szpitala który znowu skontaktował się z dyrektorem wyścigu i jakoś to sobie wyjaśnili. Temu panu, dyrektorowi sportowemu grupy Omega Pharma- Quick Step, zależało na zbadaniu i zrobieniu zdjęcia rentgenowskiego zawodnika żeby jak najszybciej wrócić do hotelu, poddać się masażom, wyspać, żeby być na następny dzień gotowym do startu. W tym czasie ja wróciłam uwagę na nazwisko na paszporcie... No i się zachłysnęłam :) W tym samym miejscu siedzi, obity po wywrotce Tom Boonen, mistrz świata w kolarstwie, aktualny mistrz Belgii i facet który na początku roku powygrywał wszystkie klasyki jakie się da (takie jednodniowe prestiżowe wyścigi), gość niesamowity :) Ja po twarzy nie poznałam, więc czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka- to nie ten zakrwawiony kolega na wózku, tylko już przebrany w cywilne ciuchy to Tom. A ten drugi to Niki Terpstra, obecny mistrz Holandii.

     Jak już lekarz otworzył drzwi to zaprosił do siebie Toma, lekarza grupy który też tam był (oczywiście też tylko angielskojęzyczny) no i mnie, do tłumaczenia :) Ja w tym czasie boczkiem piszę sms do Narzeczonego "jestem w jednej sali szpitalnej z półnagim Tomem Boonenem!". To było o tyle śmieszne że Narzeczony olał tą część z "półnagim" a nawet z "Tomem Boonenem" tylko zadzwonił i wycedził: co ty robisz w szpitalu...? :) Ja zostałam z kolarzami i ekipą cały czas- jeszcze zdjęcie RTG (żeber, bo chłopaki zaliczyli porządny upadek-niestety Niki nie wystartował już w drugim etapie), potem czas na opisanie go, potem znowu doktor. Chłopaki dali mi autografy, z Tomem sobie trochę pogadałam, z dyrektorem też, lekarzowi potłumaczyłam karty informacyjne, potem zrobili mi fotkę z kolarzami, zaprosili do auta i podarowali grupowe czapeczki, jeszcze się tłumacząc, że to wszystko co w tym momencie mają :) A ja cała ugotowana oczywiście z pozytywnych emocji (tym bardziej jak okazuje się że taki superkolarz jest też bardzo miłym facetem) wracam załatwić swoje szpitalne sprawy. Normalnie dostaje się receptę na zastrzyk, ale wszyscy na SORze tylko mi dziękowali za to tłumaczenie i zrobiono mi toto od razu. Lekarz tylko mnie uświadomił że nie ustoję następnego dnia ośmiu godzin w pracy, więc robiłam szybkie dzwonienie że się nie pojawię...

A jeszcze- w poniedziałek zrobiłam zdjęcie Boonenowi :) Czy powinnam wspomnieć że to kolega z zespołu Michała Kwiatkowskiego (2. miejsce w całym wyścigu) i Michała Gołasia? :)

niedziela, 08 lipca 2012

    Nienawidzę mrozów, tego opatulania się masą ciuchów i unikania jakiejkolwiek wilgoci i lodu, więc na upały nie mam ochoty za bardzo narzekać. Ale trzeba przyznać, dają nam czadu :)

    Siedzimy teraz w rodzinnym mieście Narzeczonego, byliśmy na ogródku, wczoraj graliśmy w kręgle, powolutku rozdajemy zaproszenia które przyszły do nas w czwartek i obchodzimy jubileusz mojej przyszłej teściowej. Do tego oczywiście cieszymy się bardzo z: Wimbledonu (i Radwańskiej), Ligi Światowej (i Polaków), Tour de France i zaczynającego się we wtorek w moim rodzinnym mieście Tour de Pologne. Wariaci nie kibice :)

    Córeczka ogólnie lubi lato, ale jest tak gorąco że się poci i dostała potówek na tułowiu. Mówi na to, że ma "pocówki" :P Wczoraj była na urodzinach swojego "narzeczonego" z przedszkola- było super, plenerowo, wesoło, bez nudy. Wróciła z małymi nagrodami za konkursy, gumowymi zabaweczkami o nazwie Squinkies i ma dzisiaj totalne zajęcie, dosłownie zero nudy!

    Jutro załatwiamy sprawy w USC i kościele, i niedługo trafimy na zapowiedzi! Muszę przyznać że wielką radość sprawił mi widok naszych zaproszeń, zapowiedzi to kolejna radość, widoczny znak że to się naprawdę dzieje!

    Z innych spraw ślubnych: chyba wybraliśmy piosenkę na pierwszy taniec, który nie będzie jakoś specjalnie odtańczony, ale za to taki bardzo nasz. Narzeczony ma wreszcie eleganckie obuwie i spodnie na poprawiny, ja zaczęłam się rozglądać za sukienką. Już niewiele zostaje, właściwie większość to drobiazgi ;)

wtorek, 03 lipca 2012

Wróciłyśmy z Córeczką w niedzielę z Warszawy, bardzo zadowolone, po wielu atrakcjach, a mecz to było wydarzenie nie do zapomnienia :)

 

O, na przykład były sobie takie trzy niemieckie plemniki:

To ja sobie zrobiłam fotkę z żółtym :)

 

    Cały czwartek "pichciłam" koszulki: dla siebie niemiecką, dla taty i siostry włoską, brat miał białą koszulkę z orzełkiem na piersi. Całość- wejście, przygotowania, mecz, atmosfera którą stworzyli niemieccy (wierni do końca) kibice- robiło ogromne wrażenie. Siedzieliśmy bardzo nisko, 14 rząd za tą bramką do której wpadały wszystkie gole (przypominam dla niefutbolowych: byłam na półfinale Euro, Włochy wygrały z Niemcami 2:1), tuż obok sektora w całości wypełnionego Niemcami. I to było ekstra! :)

    Zupełnie inaczej ogląda się mecz w telewizji, a zupełnie inaczej na żywo. Na żywo są różne "suweniry"- przepiękny układ artystyczny, witanie kibiców obu drużyn (wraz ze śpiewaniem ich piosenek takie trochę globalne karaoke :)), gdy piłkarze wychodzili na murawę przykrył nas ogromny baner, potem hymny- też w formie karaoke, więc mogliśmy się dołączyć. Boisko wydaje się takie małe, a piłkarze tacy duzi ;) No i nie ma komentatora. To może być problematyczne dla totalnych ignorantów, bo można nie wiedzieć kto do kogo podaje, czy był faul czy nie i takie tam. W razie czego pytałam się taty i brata.

    Włochów było mało, ale Niemcy za to byli bardzo zdyscyplinowali i non stop kibicowali swoim, mimo naprawdę załamujących- i pięknych- goli Balotellego tuż przed ich nosem. Niesamowici byli na początku drugiej połowy, gdzie bez żadnej chwili ciszy przy prowadzeniu bębniarza śpiewali przez 20 minut. No szkoda że chłopaki na boisku byli wyraźnie słabsi od rywali, co brzmi jeszcze gorzej gdy weźmie się pod uwagę fakt, że Włosi lekko się zblamowali w finale (znowu, dla tych co się tym nie przejmują- Włosi przegrali z Hiszpanią 0:4).

    Po meczu jeszcze obeszliśmy stadion wewnątrz dokoła i wybraliśmy się na górne poziomy- o, tam to było widać jaki ten stadion jest ogromny! Mam nadzieję że będzie dobrze wykorzystywany, bo uważam że warto. No i ta rzeka kibiców idąca pobliskim Mostem Poniatowskiego, tańczący Włosi (Polacy też, ale można było też zauważyć wielu bawiących się mimo wszystko Niemców)... Ja mam swoją prywatę- tak dobrze odstawiłam się jako fanka Niemców że mi zdjęcia robili, a nawet grupka Polaków mnie do swojego wspólnego zdjęcia zaprosiła, więc było zabawnie :)

   Notka była edytowana, wybaczcie :)

 

17:24, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga