RSS
wtorek, 28 lipca 2015

   Naszło mnie dzisiaj na dwie potrawy, na które natrafiłam korzystając z internetu (oczywiście). Co roku w wakacje urządzam nam tydzień bez mięsa, ale w tym roku nam się on odsuwa- tym bardziej, że ja chętnie sięgam do przepisów wegańskich lub przynajmniej wegetariańskich. Jakie to bogactwo smaków! :) Więc w takiej sytuacji, mniej mnie ciągnie do całotygodniowego wyzwania ;)

   Już od kilku dni mogę mówić, że czuję się lepiej. To znaczy, brzuch boli mało albo wcale. To nie znaczy, że nic w ogóle nie boli i tryskam energią... niestety dolny odcinek kręgosłupa powoli odmawia posłuszeństwa... Jednak- w ogólnym rozrachunku samopoczucie jest jakby lepsze, i staram się z tego korzystać. W połączeniu z apetytem mogą wyjść z tego całkiem ciekawe dania :) 

   Jadłonomię odkryłam już dawno- najpierw, gdy szukałam dobrego przepisu na hummus, potem falafel. A potem... syciłam się każdym zdjęciem i opisem. Przeglądając wczoraj tą stronę, po kilku tygodniach nieodwiedzania, trafiłam na shake jaglany. Idealnie w porę, bo maliny są na czasie... Dzisiaj wyprawiłam się na halę targową i kupiłam maliny, bo i kaszę jaglaną, i daktyle miałam w domu (a mleko roślinne tym razem zmieniłam na krowie...). To jest pyyycha! Tylko musiałam użyć blendera ręcznego, bo Thermomix nie "zauważył" drobinek kaszy jaglanej. Polecam serdecznie (jadlonomia.com; Shake jaglany)

   Kolejny przepis odkryłam przez googlowanie. Internetowa koleżanka ma lokal z zupami, i podglądając ich menu (codziennie inne) trafiłam na ramen. Google przyprowadził mnie do Klaudyny Hebdy, która pięknie opisała przygotowania do robienia ramenu i składniki, które mogą (ale wcale nie muszą) stworzyć jego smak. Ależ dzisiaj miałam radość w kuchni! Mój wywar powstał na bazie łopatki wieprzowej i skrzydełek drobiowych, cebuli, marchewki, pieczarek, imbiru, chili (mało, ja zniosę ewentualnie coś średnio ostrego, Mąż nie lubi papryczkowej ostrości wcale), pieprzu i ziela angielskiego. Do miseczek można było wrzucić pszenny makaron, jajko, szczypiorek, z wywaru: mięso, marchewki, pieczarki. A na wieczór zdobyłam też kiełki. Jakie to cudne! I jak pięknie wygląda :) 

To pierwsza moja dzisiejsza miseczka, jeszcze bez kiełków

Nie chce mi dodawać linków, więc proszę, wpiszcie sobie: klaudynahebda.pl i w wyszukiwarkę słowo "ramen". Ta zupa jest cu-dow-na. Ma tyle odmian, możliwości... coś przepysznego :)

Obie panie- autorka Jadłonomii, Marta Dymek, i Klaudyna Hebda, mają już zbiór swoich przepisów wydanych w formie książkowej. Polecam odwiedzenie ich stron/blogów, i obejrzenie, przeczytanie książek (bo też uczta dla oczu). 

 

Po tych dzisiejszych wspominkach kuchennych dorzucam jeszcze optymistycznie mnie nastawiającą piosenkę :) 

sobota, 25 lipca 2015

   Nakombinuję się, żeby nie kupując za bardzo nowych ciuchów, wyglądać godnie, w ciąży i na płaskim obcasie. Czasami się udaje ;) Chyba... 

 

Bębenek wydaje się jednak spory (dobre to określenie, Synek sobie w brzuch wali jak w bębenek właśnie), a aplikacja ciążowa woła "możesz mieć lekką niedowagę"... znowu... 

Spędziliśmy fajne popołudnie na mieście i wieczór u mojej kuzynki i jej męża. W niedzielę imieniny babci mamy, więc jedno ze stałych, przyjemnych punktów lata- już nie mogę się doczekać :) 

piątek, 24 lipca 2015

   Przyjechałam z Córeczką do Wro wczesnym popołudniem w poniedziałek. Czułam się niestety fatalnie, musiałam się położyć, więc Córeczka trochę się do powrotu Męża nudziła. Pamiętam ich rozmowę, o tym, że czas wyjść na hulajnogę albo rower, choć na chwilę, niech już zapozna się z otoczeniem, także, choćby wzrokowo, z dziećmi na podwórku.
Dzieci wiele nie było, i gdy mała wróciła, stwierdziliśmy, że idziemy na zakupy trochę dalej- koniecznie trzeba było kupić jakiś kabel, a ja doszłam do wniosku, że potrzebuję coli, bo mi po prostu siadło ciśnienie. Młoda wzięła hulajnogę (przypomnę, w Gdańsku przez 1,5 miesiąca codziennie jeździła po tych górach i dolinach do szkoły na niej), Mąż wyszedł za nią, ja zamykam drzwi... i widzę, że wracają hm... Mąż wnosi młodą do klatki. Była przewrotka, mała płacze... Zabieram ją do łazienki, widzę- jedno kolano, drugie, trochę powierzchni pozdzieranych, ale tragedii nie ma. Jeden łokieć, drugi- niby jeszcze bardziej powierzchowne rany, ale większa powierzchnia...
Zauważyłam wcześniej, że ranki nie krwawią strasznie, ale na ramieniu Córeczka ma porządną kroplę krwi, ona wspomina, że o brodę też się uderzyła... No i tutaj nóżki się uginają, bo rana spod spodu brody, niezbyt prosta i cholernie głęboka... Młodą na kanapę kładę, staram się to ogarnąć, zakleić rany na nogach i rękach, uspokoić i ją, i siebie, i do Męża, cicho, że ja bym pojechała to szyć... Akcja bardzo szybka- telefon do rejestracji naszych przychodni, potem taksówka.
Trzeba było się śpieszyć, bo było już po 19, a przychodnia do 20... Udało się. Dziecko się telepie z nerwów, bólu, pal licho z jakiego powodu, ale nie byłam w stanie jej bardzo uspokoić (czy muszę opowiadać, jak potem odchorowywałam, ze skutkami ubocznymi dla Męża? :/). Córeczka się bała bardzo, miała raz już szycie- rok temu miała podcinane wędzidełko, ale to trochę inna sytuacja była, a szwy się jej wcale nie podobały! Ale w momencie, kiedy bardzo miły pan doktor założył bardzo cieniutką niteczką pierwszy szew, Córeczka przestała się telepać. Nie wiem, czy po prostu pierwsze koty za płoty, czy mój zachwyt, o ile dużo lepiej rana wygląda po tym szwie na nią zadziałało? Tak czy inaczej, na mniej więcej 3centymetrowej ranie ma obecnie 5 szwów, na to plasterki "zbierające", i na to plaster z opatrunkiem, który zmieniamy codziennie. W poniedziałek ściąganie szwów, mam nadzieję, że dalszy ciąg gojenia będzie przebiegał dobrze.... Córeczka przeżywała cały wtorek, łokcie ją piekły, przejmowała się tym, że ludzie mogą na nią patrzeć... Ale już jest bardzo dobrze, luzik, bluzik, o plastrze pod brodą pamięta tylko od czasu do czasu. Wspomina, jak to się stało, zaczynając od "bo ja chciałam poszaleć..." :)

   Więc nieeee, nie ma nudy, nie ma na to szans! Trochę się obawiałam, że dziecko znienawidzi dotychczas ukochaną hulajnogę, ale obiecała, że ja się jej kolana zagoją, to pójdzie się przejechać. Bo ze strupkami to ona nie lubi :P Dobrze, że rana od spodu buzi, więc nawet blizna nie będzie po prostu widoczna... 

   

   Noo, więc po tych emocjach Córeczka lekko się zwieszała na debilnych, ale to naprawdę debilnych filmikach na youtube. Nie wiem, czy skopiowała sam pomysł oglądania vlogów ode mnie, czy ktoś jej ten pomysł sprzedał, ale ogląda.
    Ja sama zaczęłam oglądać, a właściwie słuchać, vlogi, tak konkretniej jak już byłam w ciąży i zamiast robić w labie siedziałam na górze w ołpenspejsie ;). Jak radio w słuchawkach nuuudziło albo się rwało, wrzucałam jakieś słuchanki na youtubie i przynajmniej czegoś się dowiedziałam, i tak bywało także dużo wcześniej, ale w ciąży siedziałam przy kompie praktycznie codziennie i cały czas, więc słuchałam seriami. Ze trzy serie ciążowe, trochę o jedzeniu, lifestyle- nie wszystko da się wysłuchać, ale te tematy jak najbardziej nadają się na włączenie "pod" dokumentami w wordzie czy excelu. Od daaaawna w domu oglądałam sobie filmiki nissiax83, gdy potrzebowałam się czegoś kosmetyczno- pielęgnacyjnego dowiedzieć. I od nissiax przeskoczyłam na dwa- trzy inne kanały, z nich dalej... Acha, wszystko w tym akapicie to tylko taki tyci wstęp do akapitu powyżej :) 
    Słuchałam półuchem, co ta moja Córeczka słucha. Nawet nie chcę reklamować za bardzo, ale kto ma nastolatkę, lub pretendującą do tego miana córkę, to może trafił na Banshe. OBoziujakietoidiotyczne! Nie dałam długo rady, i mówię młodej- chcesz się znać na modzie, to weź sobie obejrzyj TO. I puściłam jej filmik Radzkiej, nie dość, że dziewczyna ma flow, zna się na modzie, na sylwetkach, ciuchach, jest stylistką, a co jeszcze jest super (przede wszystkim dla mojego dziecka, które uprawia intensywny patriotyzm lokalny)- jest wrocławianką :) No i dziecko mi się zachwyciło totalnie. Bywa, że Radzkiej filmik jeden leci u Córeczki, a inny w kuchni, jeśli tam coś działam :P Bajki też się zdarzają (w dalszym ciągu nie mamy tv), ale Radzka rządzi... Po dwóch takich dniach Córeczka staje w drzwiach salonu i mówi- ja chcę te buty gumowe, bo Radzka poleca... Melisy!
   Matka się wrobiła po całości. Chciałam dobrze :) Teraz słyszę- ja bym się chciała ubrać, tak jak ta pani mówi... pomóż mi wybrać sukienkę do tej kurtki jeansowej, bo Radzka powiedziała... Ja nie mam dużo rzeczy takich, jak ma Radzka... Ja bym ją chciała spotkać...
   Przynajmniej tyle, że na te melisy się z nią umówiłam, że jak jej stopa przestanie rosnąć, to POMYŚLIMY... Najpierw ja, litości :P  

   Jak już zaczynam o Córeczce pisać jakieś konkrety, to też chyba mam flow... Jaka mi wielka pisanina wyszła :) Wczoraj po południu nasza piękna-z-plastrem pojechała do Rodzinnego Miasta, żeby stamtąd wystartować z ukochaną ciocią na dwa dni do Czech. Widzimy się z powrotem w niedzielę.

   Jeśli ktoś nie wie o czym mówię, zaprasza na YouTube, kanał raaadzka

PS. Asia Gr napisała w komentarzach o Monster High... Ja przyjrzałam się tym lalkom dawno temu i powiedziałam dziecku, że ja się na takie coś w domu nie zgadzam. Że niestety, nawet jak dostanie lalkę, to oddamy, zamienimy, kupimy coś innego. Dziecko najpierw nie łapało za bardzo, ale potem zrozumiała. A ja dostawałam odruchu wymiotnego jak widziałam "słitfocie" córeczek koleżanek na fb, z lalkami, pościelą, innymi akcesoriami, w takich ciuchach i często z pomalowanymi buziami z tekstem "moja mała Monster High". Oooo nie, bojkot i już. I moda przeszła, Córeczka mi/nam nie wypomina zakazu, a uniknęliśmy potworków w domu. Tyle się mogę obecnie wypowiedzieć na ten temat :) 

 

PPS. Przypominam się, że chciałabym zrobić post typu Pytania i odpowiedzi do mnie, chętnie o ciąży i dzieciach- piszcie, jeśli macie jakieś pytania. 

piątek, 17 lipca 2015

   Szwagry pojechały na mini wakacje we dwoje i już dawno temu ugadaliśmy się, że przyjadę do nich do domu jako opieka dla ich dzieciaków- jedno to tegoroczny absolwent gimnazjum, a drugie to równolatka Córeczki. Szwagierka się obawiała, czy dam radę, a ja się śmiałam, że najwyżej zalegnę na narożniku i będę wydawać rozkazy :)

   No i rzeczywiście, bardziej się czuję jakbym była na wakacjach, a nie w "pracy". Siostrzeniec męża jest właściwie samoobsługowy, coś tam pogadamy, on gdzieś sobie pojedzie, to tylko zgłasza, ja nie wnikam za bardzo, bo po co, jak wszystko jest OK. Dziewczynki za to są... dwie. W dużej mierze same zapewniają sobie rozrywki, korzystając z infrastruktury i wspaniałej, niemal upalnej pogody- mają spory basen w ogrodzie, trampolinę, Córeczce wczoraj tutaj przyszła nowa lalka z wyposażeniem, więc to była nowa zabawa, a mężowa Siostrzenica podpatrzyła moje szydełkowanie i bierze ode mnie lekcje :) Wczoraj przeszłam z dziewczynami pół miasta, wszystkie trzy dałyśmy radę. 

  Ja wysypiam się pięknie w bardzo wygodnym łóżku, czytam gazety i książki, gotuję, oglądam TV, nasycam się dobrą pogodą i dobrym ułożeniem Synka- bo brzuch nie boli tak, jak ostatnimi dniami we Wro. Czy mogę to nazwać w ogóle jakimś zajęciem? :) Mi tu dobrze :) Nawet paznokcie pomalowałam, po raz pierwszy od 1,5 miesiąca... 

 

   Poza ogólnym opisem rzeczywistości, polecam świetną zabawę z takimi dzieciakami vel młodzieżą młodszą, jak tu określam. Masterchef :) Robię ciasto na pizzę, wykładam na blachę, szykuję sos, dzielę ową pizzę na części. Każdy zaangażowany w zabawę na swój kawałek kładzie, co lubi. Zapewniam, każde dziecko zadowolone, i... chętniej zje (choć my z jedzeniem pizzy, także domowej, nigdy nie mieliśmy problemu). Polecam bardzo, bardzo! Kiedyś z Córeczką robiłyśmy mini Masterchefa makaronowego, Mąż był jurorem i pękał ze śmiechu :)

 

Dwa posty niżej możecie w komentarzach pisać pytania do mnie, bo jestem chętna stworzyć wpis typu pytania i odpowiedzi, polecam się!

środa, 15 lipca 2015

    Troszeczkę zaniedbałam podstronę bloga o książkach, filmach i serialach... To trochę nadrobię...

   Ostatnio kino jest odwiedzane przede wszystkim dla Córeczki. Byliśmy w tym roku tylko raz w kinie, w okolicy Walentynek, poszliśmy na "Ziarno prawdy". Mąż książkę czytał, bardzo mu się podobała, to był naturalny wybór :) Potem, na weekend majowy, zabraliśmy młodzież na "Kopciuszka", fabularną wersję (całkiem spoko), a potem Mąż i Córeczka wybrali się na swoją doroczną "randkę" z okazji Dnia Ojca- poszli na "Sekrety morza" które młodą zachwyciły niesamowicie. Kto będzie miał dostęp do tej bajki, serdecznie polecam :)

   Wiem też, na jaki film będę polować jesienią (choć nie wiem, czy wysiedzę- w 8. miesiącu ciąży z Córeczką poszłam do kina i myślałam, że oszaleję)- "Everest". Film stworzony na podstawie książki Jona Krakauera "Wszystko za Everest" która zrobiła swego czasu na mnie ogromne wrażenie, i która stoi u podwalin mojej fascynacji i ogromnego respektu przed wysokimi górami.

   Przechodząc płynnie z tematu filmów na książki... W tym roku niekoniecznie dużo czytam. Dwa kryminały fińskie (pierwsza część serii autorstwa Jamesa Thompsona, przeczytana jeszcze w zeszłym roku, była wspaniała i trochę się dowiedziałam o Finlandii, niestety trzecia była przesadzona po całości i umęczyłam ją po prostu), potem doczytałam wreszcie Mankellowski "Powrót nauczyciela tańca" oraz "Człowieka nietoperza" Jo Nesbo. W czerwcu przeczytałam "Chustkę" Joanny Sałygi, która, mimo, że to książka smutna, pozwoliła mi jeszcze bardziej docenić to, co w życiu mam. Lektura obowiązkowa! Poleciłam ją tacie, kiedy przyjechał do Córeczki kiedy trafiłam do szpitala, przeczytał kilka stron i już się wzruszył- niestety książka była z biblioteki... Dwa tygodnie temu, kiedy w Rodzinnym Mieście mogłam już jako tako się przemieszczać, kupiłam tacie tą książkę- będzie dla niego i dla całej rodziny. 
   Jeśli ktoś zna postać i bloga Chustki, dobrze wie o co chodzi. Jeśli nie- tym bardziej zachęcam do przeczytania książki!
   5 lat temu, na przełomie maja i czerwca, wykryto u mojego taty raka jelita grubego. To był oczywiście szok, bardzo trudny czas dla całej rodziny, bo tata jest takim filarem i pozytywnie nastawioną duszą całej rodziny. On jednak pogodą ducha i optymistycznym nastawieniem tylko sobie pomógł :) Po ok pół roku chemii- miał wlewy z cisplatyny, nowotwór został pokonany i odliczamy ostatnie miesiące do oficjalnego ogłoszenia remisji. Tacie została pamiątka- stomia- nic fajnego, ale oczywiście, że lepiej mieć stomię i żyć niż...
Po przeczytaniu Chustki napisałam mojemu rodzeństwu po wielkim smsie z prośbą, żeby sami poddali się badaniu przesiewowemu w kierunku tego nowotworu- minęło już trochę czasu, jestem kilkanaście lat od nich młodsza, a tylko ja je zrobiłam. A to tak bardzo jest potrzebne...  

   Przepraszam za offtop, ale wydaje mi się, że uczulanie kogokolwiek, żeby się badał, jest bardzo ważne... Sami o to dbajcie. Większość badań jest bezbolesnych i nieinwazyjnych, nie trzeba ich przecież co chwilkę powtarzać, a nowotwory we wczesnym stadium są do zwalczenia!

  Ehh... i jak tu nawiązać do tego, że przeczytałam znów "Kalamburkę" Musierowicz, oraz wzięłam się za prezent imieninowy od męża- "Życie na pełnej petardzie" księdza Jana Kaczkowskiego. I kolejny raz wszystkim polecam... :) Jeszcze nie skończyłam, ale ksiądz Jan jest postacią nietuzinkową, niesamowitą i ma tak fajny język i spostrzeżenia... Na serio :) 

   Dalsze plany książkowe... "Trzeci klucz" Jo Nesbo, oczywiście dokończenie Kaczkowskiego (mama ode mnie pożyczyła na rekolekcje). Muszę zapolować na najnowszą książkę Lackberg... No i oczywiście muszę nadrobić Jodi Picoult- "Już czas" oraz "To co zostało"... A poza tym? To co trafi się w bibliotece, bo mam zamiar oczywiście regularnie z niej korzystać :)

   Trochę przed trafieniem do szpitala zaczęłam słuchać audiobooka "Gry o tron". Ponad 33 godziny słuchania! Ale książka jest świetna, nawet jeśli już wcześniej obejrzałam serial. Plus dla serialu- w miarę możliwości oddał wiernie ducha książki. Ciekawa jestem następnych części, przy czym nie wiem, czy uda mi się je przeczytać, czy wysłuchać... 

    W muzyce rządzi wciąż Ed Sheeran i jest płyta "x", Taylor Swift, słuchamy też Meli Koteluk, Dawida Podsiadłę i Chłopców kontra Basię. Kilka innych piosenek wciąż się przewija przez youtube, w tym ta (oczywiście):

Tym muzycznym akcentem pozdrawiam!

wtorek, 14 lipca 2015

   Jeśli macie do mnie jakiekolwiek pytania, a już szczególnie związane z kwestią dzieci, ciąży- piszcie. Bardzo chętnie stworzę wpis z odpowiedziami :) 

17:21, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
piątek, 10 lipca 2015

   Myślę sobie, jakie to szczęście, że jestem na tym zwolnieniu, trafiło się ono dokładnie wtedy, kiedy było potrzebne. Jak wyglądałby dzień, w którym zaczęło się to wredne choróbsko, które ulokowało mnie w szpitalu, gdybym miała pojawić się w pracy... i jak wyglądałby dzień jak ten...

   Nie dość że od wczoraj booooli podbrzusze, to jeszcze obudziłam się gdzieś pomiędzy godziną drugą a trzecią rano i już nie usnęłam. W mojej rodzinie bezsenność znana jest chyba najlepiej z filmu z Tomem Hanksem i Meg Ryan :P No, tej rodzinie od genów- mój Mąż niestety miewał problemy ze snem. 
Niedawno śmiałam się, że moja rodzina usypia z taką łatwością, że to, że Cinnamonowy Mąż, nie będąc jeszcze nawet Cinnamonowym Narzeczonym potrzebował ciemności, ciszy i normalnie zasłanego łóżka żeby usnąć było totalnie nie do zrozumienia dla nich. I nie raz bywało ciężko- a bo rodzeństwo się z rodzicami zagadało, albo rodzice usypiali przed telewizorem, albo któreś coś sprzątało/ gotowało, albo mama sprawdzała sprawdziany... Ewentualnie tata wstawał o czwartej i czytał sobie różne rzeczy, śpiewał jutrznię- niby cicho- bo wszyscy spali... No chyba, że mój wybranek był w domu :P U jednej osoby z naszej rodziny podejrzewano nawet narkolepsję, a to po prostu wrodzone zdolności to tzw. przybicia gwoździa (na trzeźwo!!!) o biurko :P 
  Chwała Bogu, Córeczka wykazuje podobne do moich zdolności, jako przedszkolak potrzebowała dużo snu- minimum 10 godzin (ciurkiem) to był sen obowiązkowy. Zresztą jak była malutka budziła się, i owszem, ale byle jej dać jeść albo smoczka podać to spała dalej. Nigdy nie naszła ją fantazja na jakieś długie płakanie albo zabawę po nocy, zresztą ze mną by się nie pobawiła wtedy ;) Często sama karmiłam na śpiocha- mojego, nie jej. Karmienie piersią jest taaaakie wygodne w tej kwestii :) 

   Teraz przesiaduję u Córeczki w pokoju, i zaglądam na zegar- za trzy kwadranse Mąż wstanie do pracy. Synek obudził się po raz kolejny dzisiejszej nocy- albo już dnia i niestrudzenie kopie mnie po bolesnym już podbrzuszu. Zero litości ma to dziecko dla matki :) Trzustka się uspokoiła, a ja jem w miarę normalnie. Mieszkanie powoli wyłania się spod kartonów, ale dzisiaj muszę przystopować z wypakowywaniem, zobaczyć czy boleści miną, sama nie jestem pewna czy to kwestia dzidziusia, czy hmmm problemów z innymi narządami w tej okolicy. Od wczorajszego popołudnia mamy już internet więc teraz mogę pisać dużo swobodniej. Życzę miłego piątku :) 

05:54, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 lipca 2015

   Od końca zeszłego tygodnia jestem we Wro, przy mężu. Nie piszę wiele, bo internetu na mieszkaniu jeszcze nie mamy... Zgłaszam tylko, że wyszłam ze szpitala szybciutko, w piątek (czyli dwie doby bólu i dwie doby upewniania się, że na razie ból nie wróci, a zapalenie mija) półtorej tygodnia temu. Mniej więcej w środę czułam się na tyle dobrze, że wyszłam z domu bez obstawy (do lekarza, ale też się liczy :)). 

Dzisiaj byliśmy razem z Mężem u lekarza i oglądaliśmy Synka :) U niego wszystko jest w porządku :) A Córeczka pojechała z dziadkami i moim bratankiem w Tatry. Tyle mogę na dzisiaj, mam nadzieję, że w tym tygodniu uda się już normalnie podłączyć i pisać na spokojnie. Dziękuję za słowa wsparcia!

18:06, cinnamon.tea
Link Komentarze (1) »
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga