RSS
sobota, 31 sierpnia 2013

    Dawno nad już nie było na weekend w Mieście Rodzinnym. A szkoda :) Więcej tu kicham, ale też mam lepszy apetyt, a im dalej w las i własną rodzinę, tym fajniej się dogaduję z rodzicami. Mam radochę z zebrania 15 litrów aronii, ze spotkań z przyjaciółkami i koleżankami, z widoków, innego klimatu... Fajnie jest :)

   W przyszłym tygodniu pojedziemy do Rodzinnego Miasta Męża i też nie będziemy się nudzić. Liczę że dojrzeją śliwki i będą znowu knedle :)

   Córeczka za dwa dni zaczyna szkołę- i na razie jest baaardzo ciekawa i nie może się doczekać, wyzbyła się wszystkich obaw. Wszystko już kupione, przygotowane, teraz byle się klasa zgrała i nauczycielka ich wspierała. Córeczka twierdzi że jej się nigdy nie odechce chodzić do szkoły, śmiejemy się że zobaczymy ile tym razem potrwa to jej "nigdy". No i jeszcze obiady na stołówce, kolejna nowość- ale nauczycielka może iść z klasą do stołówki, poza przerwami, na spokojnie, żeby się nauczyły poruszać w niej na spokojnie.

   Chwilowo nie rozważam co i jak z pracą w Mieście, cieszę się wyjazdem. I o to chodzi, czasami przydaje się mały "reset" :)

czwartek, 29 sierpnia 2013

   Dopiero po północy, czyli właściwie dzisiaj, wróciłam z Miasta, po odbyciu długiej, dwuetapowej rozmowy. Gdy pojechałam tam w lipcu, była mowa, że będzie jeszcze rozmowa z Szefem, a potem z działem personalnym. Wczoraj okazało się że najpierw porozmawia ze mną Szef, a potem podłączą wideokonferencję i tak oto jestem już po moim procesie rekrutacyjnym. Powiedzieli że za tydzień, do dwóch tygodni, się odezwą. Albo z odmową, albo z propozycją pracy, zawierającą termin rozpoczęcia pracy i kwotę proponowanego wynagrodzenia.

   I teraz zostaje tylko czekać. No i oczywiście rozkminiać, czy cokolwiek można było powiedzieć lepiej, inaczej sformułować, brzmieć inaczej (bardziej profesjonalnie?), cokolwiek więcej dodać. Dwójce ludzi z działu personalnego powiedziałam też kwotę, którą chciałabym zarabiać na początek, ciekawe czy to pomoże czy nie... Nie zdradzę owej kwoty, ale jeśli tyle mi zaproponują na pewno o tym napiszę :) 

   Na razie mocno trzymam kciuki żeby w ogóle zaproponowali. Mój brat radzi mi żebym brała tą robotę nawet za najniższą krajową jeśli tyle będą mi chcieli dać, tak bardzo rozwojowa jest ta praca, tyle szans mi może dać. Ale chcemy normalnie żyć i chcemy mieć dobry argument na zostawianie wszystkiego po kolei i jechanie zupełnie gdzie indziej.

   Przy pierwszej rozmowie zrozumiałam że zatrudnienie zacznie się na przełomie roku, w grudniu, może styczniu. Obecnie mówiono mi że co prawda wszystko będzie gotowe na styczeń- luty, ale jest masa szkoleń i dostałam pytanie kiedy mogłabym zacząć. Mam przynajmniej tyle dobrze że idę do labu z kawą i ciastkami, mówię że mam tą robotę, dziękuję za współpracę, obiecuję kontakt i właściwie mogę jechać... Rodzice bliźniaków zresztą też znają moją sytuację więc też zrozumieją. Największym problemem chyba byłoby pojechać do Miasta, znaleźć i wynająć mieszkanie z miejsca, powrót do Wro i kolejna, męcząca i bardziej wyczerpująca finansowo, przeprowadzka. Zmiana szkoły Córeczki do druga komplikacja. Poza tym jednak nie musimy się przejmować jakimiś innymi problemami.

   Jejku, mam gonitwę myśli, to będą bardzo długie dwa tygodnie...

   Sam wyjazd zresztą to był mały hardcore. Zajmowałam się Bliźniakami, wracałyśmy z Córeczką do domu, zakupy, dużo sprzątania, przyjechał mój tata (a ja już się słaniałam na nogach, poprzednią noc zarwałam, obudziłam się i nie mogłam usnąć, a wtedy wstawałam o 4.10 żeby być u Bliźniaków o 6.00), spakowałam się, Mąż pojechał ze mną na dworzec, wyściskał, powiedział trochę motywujących słów i pojechałam. Noc w pociągu ciężka, bo ciasno było. Rano trochę pojeździłam, ot, tak sobie. Potem ciepły porządny posiłek, oddałam koszulę do prania i prasowania, poszłam sobie na spacer, potem salon fryzjerski- mycie głowy, regulacja brwi, odebrałam bluzkę, zmieniłam w toalecie spodnie, potem jeszcze ułatwiłam sobie sprawę i poszłam na darmowy makijaż do Douglasa- i byłam gotowa. Znowu spacer, przysiadłam sobie na chwilę, poukładałam myśli i byłam gotowa na rozmowę.
    Z tym że rozmowa zaczynała się godzinę i 50 minut przed odjazdem mojego pociągu. Pani która zapraszała mnie na rozmowę stwierdziła że spokojnie powinnam dać radę, bo rozmowa zajmie maksimum godzinę. Acha! Jakbym rozmawiała tylko z Szefem to rzeczywiście by tak było :P To że zdążyłam na ten pociąg to był kompletny cud- biegiem, z walizką w powietrzu znalazłam przystanek, jakimś cudem w ostatniej chwili przyjechał autobus na dworzec. Chwała Bogu to miejsce jest niecały kwadrans komunikacją miejską od dworca. Potem znowu wielki bieg, wskoczyłam do ostatniego wagonu pociągu i nie minęło 20 sekund pociąg ruszył. Ufff! Byłam tak padnięta po całym tym zdecydowanie zwariowanym dniu że we Wro obudził mnie konduktor, 20 minut po przyjeździe na dworzec :P

   Bądź co bądź, mam nadzieję że poszło w miarę dobrze. Taka szansa nie zdarza się codziennie :)

   Jutro jedziemy do Rodzinnego Miasta, wreszcie! Choć jakoś nie mam nadziei że jakoś specjalnie odpoczniemy ;)

 

PS. Miałam wrzucić piosenkę która mnie niosła przez wczorajszy dzień :)

Uwielbiam Ellie od czasów "Starry Eyed", uwielbiam ją od grudnia 2011 przynajmniej :) Ale znam jeszcze jedną, fantastyczną wersję tej piosenki :)

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

   Pierwszy raz zostałam opiekunką dzieci starszych niż 1,5roczne. Jakoś tak zawsze wychodziło :) Teraz mam do opieki dwójkę dzieci po trzecich urodzinach, Chłopca i Dziewczynkę. Obydwójka drobna, niezbyt podobni do siebie, bardzo fajne dzieciaki. Rodzice zresztą też fajni, na poziomie, jest z kim pogadać. Myślę że byłoby mi bardzo ciężko, gdybym miała zajmować się dziećmi wobec których stosuje się bezstresowe wychowanie (czy może inaczej- nie stosuje się wychowania i to się określa mianem bezstresowego... ale chyba "niewychowania" powinno być).

    Będę zajmować się Bliźniakami wtedy, kiedy będą chore i nie będą mogły iść do przedszkola. Obecny tydzień jest tygodniem zapoznawczym, i fajnie wyszło, bo niani pełnoetatowej Bliźniaki już nie mają, przedszkola jeszcze nie zaczęły a i mi się taki czas, i troszkę kasy, przyda. Z odmiany wobec tego, co nas wspólnie czeka mamy: wychodzenie na dwór i obecność Córeczki, która spędza ze mną ostatni tydzień przed szkołą.

    I ja, i Córeczka jesteśmy zadowolone z dzisiejszego czasu spędzonego z dziećmi. Przyjechałyśmy o 11, ok. 12 rodzice Bliźniaków wyszli a my zostaliśmy sami na 4 kolejne godziny. Chłopiec trochę pytał się o mamę, ale daliśmy radę :) Byliśmy na placu zabaw, Córeczka poznała tam "przyjaciółkę, ona czyta mi w myślach!" a Bliźniaki huśtały się, bawiły w piasku, szukały ze mną kasztanów i kręciły się na karuzeli. Udało się nam z sukcesem zjeść obiad, owocki, przyjąć leki. Jestem dobrej myśli, byle tylko senność nie rozłożyła nas na łopatki: w tym tygodniu musimy być "w pracy" o 6. Z racji niezbyt udanego rozkładu jazdy musimy wyjechać spod naszego domu o... 5.03. Już się boję jutrzejszego dnia :P A nocy jeszcze bardziej- przecież spędzę ją w pociągu, w drodze po alternatywną przyszłość dla naszej rodziny :)

PS. Zdajecie sobie sprawę jak wielką radość może odczuwać siedmioletnia dziewczynka która zamieszkuje w miejscu, gdzie jest wanna? :)

niedziela, 25 sierpnia 2013

   Udało się! Jesteśmy przeprowadzeni, zadowoleni, mamy oczywiście jeszcze masę rzeczy do rozpakowania i poukładania, ale już jest super, przestrzennie, po naszemu, wspaniale :)

 

    Wczoraj i dzisiaj sobie pospaliśmy, za to popołudnia były intensywne (licząc od godziny 10 :P). Spakowaliśmy się w całości do godziny 17, zdaliśmy pokój i ruszyliśmy do nowego mieszkania. Muszę przyznać że a) bez pary naszych przyjaciół nie dalibyśmy rady: ona pomagała pakować i sprzątać, on załatwił z pracy samochód na tyle duży, że obyło się bez odkręcania nawet jednej śruby w wersalce, łóżku Córeczki czy szafce; b) poleciały mi łzy na sam koniec... Ale jak już tutaj przyjechaliśmy to było aktywnie i z minuty na minutę byłam coraz bardziej zadowolona.
Straty? Jeden pokal i duży kubek jogurtu naturalnego który niestety się wylał...
Skończyliśmy wnoszenie wszystkiego ok. 19.30 (z dwóch aut, łącznie 4 piętra w górę). Przyjaciele zostali do 23.00, zamówiliśmy pizzę, jeszcze pogadaliśmy, fajnie było. Potem Mąż kontemplował ciszę przy oknie (mamy niską szafkę postawioną pod jednym z okien- idealne miejsce na czytanie książek czy właśnie siedzenie z głową "na zewnątrz"), ja troszeczkę poczytałam następną część sagi Lackberg (czy wspominałam, że wsiąkłam w jej pisaninę zupełnie i denerwuję się że nie mogę wypożyczyć następnych części bo inni przekonali się do tej autorki przede mną? :P) a następnie padłam ryjkiem w poduszce.
     Dziś zrobiliśmy pobudkę pt. znajdź płatki/ miski/ łyżki/ kubki/ herbatę/ cukier- jak się okazało, niemal każdy z tych produktów był w osobnym pudle :P Potem było dużo rozpakowywania, Mąż pracował nad elektryką (nie było górnego światła w kuchni, lampa u Córeczki wisiała za nisko i uderzało się w nią drzwiami) i nad kilkoma drobiazgami (przykręcał deskę w toalecie, kran w umywalce, łączył się internetem, przeciągał kable), my rozpakowywałyśmy, ja układałam, Córeczka więcej oglądała swoich rzeczy :P Potem spacer i obiad, fantastyczne placki ziemniaczane z dodatkami. Wzięliśmy dwa- jeden dla Męża, drugi dla mnie na spółkę z Córeczką- i dobrze że tylko dwa, bo najedliśmy się baaaardzo i jestem pewna że całego bym już sama nie zjadła. Córeczka miała okazję przyjrzeć się i posmakować sosu beszamelowego i choć wszamała cały swój przydział to potem stwierdziła że jej jednak ten sos "w brzuszku nie pasuje" :) Potem kupiliśmy świetlówki energooszczędne do pokoi i poszliśmy do kościoła. Mamy dwa kościoły w okolicy, po dwóch stronach osiedla. W tym dzisiejszym jest świetny organista który naprawdę dobrze śpiewa i do tego ma ładny bas, aż miło się słucha (wreszcie!). Za tydzień i za dwa jedziemy do rodziców, potem mamy Mszę rocznicową, ale potem podejdziemy do tego drugiego kościoła i przekonamy się jak tam jest. Wracając do tematu: wróciliśmy do domu i dalej rozpakowywaliśmy. I tak to jeszcze przynajmniej dwa wieczory nam zajmie :)

    Odetchnęłam. Tu jest sporo miejsca, mamy troszkę pomysłów, pewnie kupimy jeszcze w Ikei półki, okleję pudła na żółto, może też i na zielono i będzie super :) A Córeczka w każdej chwili może wybiec na wewnętrzne, zamknięte podwórko z placem zabaw i to też jest super. Mam nadzieję że historia którą będziemy sobie tutaj pisać, będzie bardzo pozytywna, w jasnych barwach, jak te pudełka :) 

 

Tagi: dom Radości
21:59, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 sierpnia 2013

    U lekarza medycyny pracy okazało się że wszystko ze mną w porządku i mogę być doktorantką.

    W nowym mieszkaniu spotkaliśmy się z przemiłą właścicielką, podpisaliśmy umowę, wpłaciliśmy kaucję i troszkę sobie poprzestawialiśmy meble. Od jutra to będzie nasz dom :)

    Ale! Dzisiejszą najlepszą nowiną był pewien telefon. Mam drugą rozmowę kwalifikacyjną, w środę. Hurra!
Wiem że to się (jeśli się uda) wiąże z kolejną przeprowadzką, i to do innego miasta, w nowe miejsca, będą to przenosiny trudniejsze i jeszcze bardziej męczące. Ale wierzę, że warto!

  Internet na razie będziemy mieć, więc nie bójcie się, nie zniknę :D

 

W ogóle chciałam Wam powiedzieć, że fajnie że jesteście. Dziękuję bardzo!

 

PS. Córeczka dziś znad talerza łazanek- bardzo dobry ten pusty makaron z sałatą :P

A ostatnio coś sobie żartujemy i Mąż do małej czy do mnie czy mamy jajka. A Córeczka na to z pełną powagą, ale tak słodko dziecięco: ty masz jajka, my mamy cipulki! Nie wiem skąd określenie wzięła, ale niech jej będzie, całkiem fajne :)

czwartek, 22 sierpnia 2013

   Łapie mnie chandra. Nie wiem czy to dodatkowy wpływ nadchodzącego okresu, czy sama przeprowadzka aż tak na mnie oddziałuje. Jest strach, czy damy radę, jak sobie poradzimy, z wieloma aspektami- tu pokoje były otwarte, było do kogo buzię otworzyć, dziecko też miało z kim się bawić... A teraz to diametralnie się zmienia. Tak jeszcze nigdy nie mieszkaliśmy.

   A druga sprawa... to do tego pokoju wróciliśmy po zaręczynach, to w nim po raz pierwszy nazywaliśmy siebie narzeczoną i narzeczonym, to tu wróciliśmy zaraz po ślubie. Tutaj też podejmowaliśmy najważniejsze decyzje dotyczące nas, naszego ślubu, Córeczki (ile to wieczorów przegadaliśmy ponad rok temu o jej pójściu do szkoły...). Ten adres od pięciu lat właściwie był moim adresem. Ten widok z okna towarzyszył nam 3,5 roku.

  No i dzisiaj mi źle. Widzę że Męża temat pt. jak sobie damy radę dręczy trochę mocniej i dłużej niż mnie. Ale jego nie zalała taka fala smutku... Ostatnio wszystko co nas dotyka jest takie słodko- gorzkie, niby bardziej słodkie, ale odrobinkę smutno czy trudno być musi...

   A z innej beczki... Byliśmy dzisiaj znowu tam. Zawaliliśmy cały samochód, przyjaciołom dorzuciliśmy jeszcze trochę... Nie mamy już ciuchów w szafach, pełna jest tylko szuflada ze sztućcami. Umowa przygotowana, jutro podpisujemy. Jesteśmy już niemal na wylocie- zostały teraz przede wszystkim duże sprzęty. Jeszcze dzisiaj prasowałam trzy partie prania, korzystając z niepłacenia rachunków w akademiku i mając cały kopczyk czekający na żelazko :)

   Wracając do sentymentów... Optymizm się przydaje w takich sytuacjach. Jeśli czarka melancholii jest duża, warto się jednak wypłakać. Dla mnie świetnym na to rozwiązaniem jest... oglądanie seriali. Są takie przy których umiem się wzruszyć, a nawet jak sobie popłaczę z serialowego powodu, to pomoże to na prawdziwe smutki. I już jest łatwiej. A jutro będzie nowy dzień, być może samo minie wraz z falą hormonów i z uśmiechem na twarzy będę pakować naczynia w gazety. 
   W sobotę przeprowadzamy się po południu. Kupimy wielką pizzę i zjemy z przyjaciółmi którzy pomagają się nam przenosić. A potem- będziemy w naszym pierwszym, prawdziwym mieszkaniu :) Powinnam to sobie powtarzać jak mantrę! :)

środa, 21 sierpnia 2013

    Dumna jestem z brata. Pracę zmienia. A co! Moja Sis 1 sierpnia awansowała, zmieniła dział w pracy, brat teraz zmienia, śmieje się ze mnie, że teraz tylko ja zostałam :)

   Pierzemy wszystkie ciuchy, które mieliśmy na wsi. I tylko te ciuchy mam do dyspozycji. Resztę ubrań mam już wrzuconą do walizek i toreb. Dobrze że zostały jeszcze kosmetyki :) Jesteśmy umówieni na podpisanie umowy z właścicielami, z kumplem który ma nam pomóc z przewożeniem rzeczy. Rozważamy wynajęcie busa na 2 godziny, żeby przewieźć wersalkę, łóżko Córeczki i wysoki regał- wszystko jest z Ikei, ale nie dużo czasu oszczędzimy jeśli nie będziemy musieli ich rozkręcać.
Miałam jeden naprawdę spory karton, to wpakowałam do niego buty. Niemal wszystkie które mamy. Łojejuuu jakie to ciężkie! Na ścianie został nam zegar i kalendarz Ilustrisa (drugi, z Wyborczej, właśnie spakowałam). Książki- tylko wypożyczone. Przy okazji muszę zareklamować kryminalną prozę Camilli Lackberg- no bomba, jestem przez całą książkę zaintrygowana i zachwycona. 

   Wczoraj zmieniłam już adres na Postcrossingu, ale na ten jeszcze-obecny ma przyjść do 5 kartek... z pewnością muszę tu jeszcze wpadać później. Wysłałam dzisiaj dwie kolejne kartki (łącznie więc już 20)- do Rosji (tradycyjnie już) i do Chin; kolejne dwie polecą do Tajwanu i, tradycyjnie u mnie :), Rosji. Dorzuciłam priorytet do tej drugiej kartki bo coś czuję że normalnie mogłaby się trochę wlec :) Fajne jest to, że kartki które już otrzymałam pochodzą z 5 kontynentów: Europy, Azji (Korea Płd.), Afryki (Mauritius), Australii i Ameryki Północnej. Mamy fajny pomysł dotyczący Postcrossingu w nowym domu, mam nadzieję że wypali i będę miała się czym pochwalić... za jakiś czas :)
    Zmieniając adres o tylu sprawach trzeba pamiętać... Podobnie jak po ślubie, po zmianie nazwiska, choć fakt faktem nie wszędzie tego dopilnowałam, ale jak poczta dochodziła, to nie było problemu. Teraz już może być :) Muszę wejść na wszystkie możliwe konta (bankowe, telefoniczne, z kart lojalnościowych itp) i pozmieniać co się da przez internet, a przy okazji zakupów, biegania po mieście- całą resztę.

   Chodzi mi tyle rzeczy po głowie... Fajne jest to że są to takie przyziemne sprawy :) Duży pokój mamy prostokątny, na jednej długiej ścianie są drzwi (takie podwójne, przeszklone), na drugiej- skos i dwa okna. Chcemy naszą obecną wersalkę postawić w rogu, za drzwiami, żeby służyła nam wyłącznie do spania. Druga wersalka, która już jest w mieszkaniu, ma być kanapą. I rozważamy gdzie postawić ją i TV. Ja sama też zastanawiam się jak sobie urządzić jakiś minikącik do pracy biurowej, do pisania publikacji. Odpowiedni do tego celu stół mamy w kuchni, ale nie mogę tam zostawić segregatora, cienkopisów i zakreślaczy i innych przyborów. Rozważam postawienie sobie pod skosem w kuchni szafeczki na kółkach z tymi bambetlami. Zastanawiam się gdzie trzymać pojemnik z lekami, jak rozwiązać uprawę ziół na oknie połaciowym itp. Fajne to :) 
Aaa, no i mamy problem z internetem i kablówką- łącze obecnie jest zajęte przez kumpla który do soboty mieszka w "naszym" mieszkanku- mimo poprzednich rozmów nie wypowiedział swojej umowy i teraz będziemy musieli czekać- w najgorszym przypadku nawet 4-5 tygodni! Postaram się pisać i tak, ale i wciąż mam nadzieję że nie będę musiała tak długo czekać...

    Okazało się, że mimo wszystko najtaniej jest kupić "drobne" podręczniki w księgarni stacjonarnej. Znaczy się w Empiku :)Gdy kupuje się za więcej niż np. 140 czy 160 zł taniej wychodzą internetowe księgarnie wysyłkowe, szczególnie gdy chce się korzystać z InPostu. My pakiet, "box" kupiliśmy grupowo, z innymi rodzicami z klasy Córeczki, już w lipcu, bezpośrednio u przedstawiciela wydawnictwa i jesteśmy ok 50 zł do przodu. W sam raz na książki do anglika :P

    Bardzo zaciskam kciuki żeby udało się nam mieć zwierzaka. Przede wszystkim chodzi o ostateczne przekonanie Męża, bo już wiem jaki zwierzak, jaka rasa, jakie mniej więcej koszty. Córa zadowolona, ja też, Mąż potrzebuje czasu by ostatecznie pomysł zaakceptować :)

   Upiekłam dzisiaj ciasto. Pomiędzy jednym kartonem a drugim :P Kruche ciasto z malinami i lekką budyniową pianką z mojewypieki.com. Maliny kupiłam od pani która zebrała je u siebie na działce. Krem- pianka wyszła cudna. Całe ciasto jest BOSKIE- warto spróbować!

   Jedyne co mi kompletnie, zupełnie nie wychodzi w tym miesiącu, to pisanie publikacji. Mam pisać po angielsku, właściwie wyłącznie na spółkę z Doktorantem, cztery rozdziały moje, cztery jego, ma to iść do dobrych pism a ja zupełnie nie mam ani weny, ani pomysłu, jak konstruować mądre angielskie zdania. Grrr, muszę się się zmobilizować!

 

PS. Dzisiaj mija 70 lat od dnia ślubu moich dziadków, rodziców taty. Dziadka nie ma już 18 lat, babci- 14. Ale my wciąż pamiętamy.

wtorek, 20 sierpnia 2013

    Trzy lub cztery lata temu kupiliśmy sobie zegar(ek) ścienny, bo do normalnego funkcjonowania w domu jest nam bardzo potrzebny :) Kupiliśmy najtańszy z Ikei, taki:

Obecnie kosztuje 7,99, wtedy daliśmy albo tyle, albo nawet mniej. Od jakiegoś czasu mieliśmy problem z tarczą, ponieważ na brzegach zaczęła odstawać, jakby zwijać się i przeszkadzała wskazówkom w normalnym poruszaniu się. Wykruszyłam więc resztę tarczy, co spowodowało kolejny problem- robiło się większe echo przy poruszaniu się wskazówki sekundowej. Ostatnio Mąż, który potrzebuje ciszy do uśnięcia, zanim poszliśmy spać po prostu wyjmował baterie, bo mu hałas przeszkadzał :P

No to Cinnamon wzięła się do roboty, bo uwielbia takie prace. Przydał mi się klej do prac plastycznych, marker olejowy, dwa lakiery do paznokci i kartka ze starego kalendarza z Ilustrisa (przypominam, autorem rysunku jest Andrzej Tylkowski). Otwór na wskazówki wycięłam nożyczkami do paznokci, dość nieporadnie, ale uniknęłam cięcia po promieniu okręgu, które przewidywałam wcześniej :) W ogóle nie zwraca na siebie uwagi, a pewnie w przypływie kolejnej weny go poprawię :)

Podoba się i mi, i mojej rodzinie. A Wam? Tylko szczerze proszę!

 

PS. Kupiłam dzisiaj kilka ślicznych kartek do dalszego Postcrossingu. Córeczce w Centro kupiłam opaski, gumki i spinki do włosów, w sam raz na rozpoczęcie roku szkolnego (3 zł każda sztuka lub zestaw). A do nowego domu- dwie litrowe butelki płynu uniwersalnego Cif za ok. 8 zł (w Tesco). Wróciliśmy po zakupach bardzo zadowoleni :)

23:15, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »

GMO

 

Zależy mi na wyjaśnieniu przede wszystkim, o co chodzi z
roślinami genetycznie modyfikowanymi, więc proszę brać na to poprawkę!

Trochę teorii:

GMO (Genetically Modified Organisms)- organizmy genetycznie modyfikowane.
Organizmy, którym za pomocą metod inżynierii genetycznej zmieniono genom, żeby
uzyskać nowe cechy lub zmienić istniejące.

Genom- materiał genetyczny (DNA) zawarty w podstawowym
zespole chromosomów. Większość organizmów ma podwójny zestaw chromosomów (ale
to tylko tak dla przypomnienia).

DNA-  nośnik
informacji genetycznej organizmu. Długie cząsteczki, złożone z wielu
mniejszych, które kodują sekwencję aminokwasową białek- czyli DNA KODUJE
BIAŁKA. I tylko i wyłącznie białka.

No i tu właśnie mamy duże spięcie z ekoterrorystami. Bo
problem z GMO nie polega na tym, że zmienimy się w straszydła z powodu zjadania
roślin GMO. Nasze brzuchy mają jako podstawową funkcję trawić białka, tłuszcze
i cukry. Trawienie białek polega na ich rozwaleniu na malutkie kawałeczki i
wchłonięciu do krwi. Te małe kawałeczki, takie cegiełki z których zbudowane są
wszystkie białka, to aminokwasy. Mamy 20 aminokwasów w białkach. Modyfikacje
genetyczne zmieniają ich układ, a nie je same. Więc to, co przyswajamy w GMO,
jest IDENTYCZNE z tym, co przyswajamy z normalnych roślin. Uwaga: mówię o samych,
czystych organizmach! Bo (napiszę o tym później) inną strefą konfliktową jest
używanie środków ochrony roślin. Ale proszę przyjąć raz, a porządnie: same w
sobie produkty GMO nam NIE SZKODZĄ!

Obecnie naukowcy z najważniejszych światowych komisji zajmujących się zdrowiem
i żywieniem zajmują właśnie takie stanowisko. Ba! Niektóre badania wykazują, że
dla niemowląt niektóre odmiany GMO mogą być zdrowsze, korzystniejsze niż
żywność naturalna.

Innym plusem stosowania GMO jest zmniejszanie areału upraw (zmiany krajobrazu)
ponieważ jest wydajniejsze od standardowych upraw.

 

Ktoś się zapyta, o co chodzi z tą inżynierią genetyczną- to
bardzo skomplikowana praca laboratoryjna. Bierzemy sobie DNA i tniemy je. I
albo zmieniamy kolejność, albo dokładamy jakieś pojedyncze fragmenty
(nukleotydy) albo doklejamy geny pochodzące z innych organizmów. Są one jednak
doklejane w bardzo konkretnych miejscach w genomie, więc nie ma szans żeby, np.
pomidor miał nóżki, albo zaświecił w nocy. Proszę się o to nie obawiać :)  

Moim ukochanym przykładem rodzimej GMO, które może przynieść
korzyści, jest modyfikowany len, opracowany przez prof. Jana Szopę-
Skórkowskiego. Jego włókna mogą być wykorzystywane do produkcji opatrunków dla
chorych z ranami niegojącymi się (i działają np. bakteriobójczo). Pan profesor
pracuje dalej nad modyfikacjami lnu i mocno trzymam kciuki za jego sukcesy :)

Po co w ogóle GMO? Pomysły były proste: pomidor który dłużej
zostaje jędrny, organizmy produkujące pewne substancje (leki, np. insulinę),
ziarna zbóż które zawierają więcej substancji odżywczych i są bardziej odporne
na ciężkie warunki upraw w krajach najbiedniejszych. Oczywiście, jak każdy
ciekawy pomysł pojawiają się też "ciekawe" pomysły jak na tym ubić
niezłą kasę. No i tu wchodzą te problemy o których muszę wspomnieć, lecz już
takim znawcą nie jestem- używanie środków ochrony roślin, kwestie ekonomiczno-
społeczne. Jeśli chodzi o środki ochrony roślin, to tutaj najboleśniejszym
przykładem jest firma Monsanto, ogromna firma która niestety bardzo zmienia
wizerunek roślin GMO. Monsanto produkuje herbicyd (czyli substancję niszczącą
rośliny) Roundup, który właściwie niszczy wszystkie rośliny. Monsanto produkuje
ziarna GMO, np. kukurydzy i soi które mają w nazwie "Roundup ready",
czyli "gotowe na Roundup". Tu (i tylko tu w kwestii GMO) możemy mówić
o problemach z ochroną środowiska, bo jak już wspomniałam, Roundup jest bardzo
mocnym herbicydem, ale to niekoniecznie koniec, nie tylko pomysłów cwanego koncernu
Monsanto ale i innych producentów... Niestety!

Czuję się w obowiązku napisać jeszcze to, że Monsanto udowodniono kłamstwa na temat
m.in. Roundupu- bo może szkodzić ludziom i nie ulega biodegradacji, kiedy
informacje firmy mówiły coś zupełnie odwrotnego. Obecnie nie powinny być już
umieszczane informacje o biodegradacji.

Ale żeby Was tu nie dobijać i jednak do GMO przekonać, to
mimo wszystko- składnik w/w herbicydu jest mniej toksyczny niż wiele jego
zamienników stosowanych przy uprawie tradycyjnej! GMO zawiera MNIEJ TOKSYN niż
żywność konwencjonalna (nie mówimy tu o uprawie tzw. eko, tylko normalnej,
wielkohektarowej uprawie). Starałam się być uczciwa, pisząc o Monsanto, ale jak
widać- to tylko jedna strona medalu, a ta druga jest jaśniejsza :)


Na tym zakończę wywód o GMO- jeśli macie jeszcze jakieś
pytania, proszę pisać w komentarzach.

Pewnie zapytacie się, czy podawałabym swojej rodzinie żywność GMO? Tak, każdemu
z jej członków, traktowałabym je jak normalną żywność. Czy przykładałabym
opatrunki z genetycznie modyfikowanego lnu? Zdecydowanie!

Mam nadzieję że świadomość ludzi o GMO rozwinie się szybko, i to nie w oparciu
o wyssane z palca "doniesienia" Greenpeace'u czy ucharakteryzowaną na
babę jagę Dodę, tylko o prawdziwe zrozumienie całej sprawy  i porządne rozmowy z fachowcami.  



PS. Podoba się? Taka forma może być? Piszę zrozumiale? Proszę o opinie :)

02:30, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »

   Wróciliśmy wczoraj wieczorem, po zrobieniu wszystkiego na gospodarstwie. To był bardzo intensywny, bogaty i męczący tydzień... Nie pograliśmy w badmintona, bardzo mało poczytaliśmy książek, w ogóle nie oglądaliśmy filmów, do lasu wybrałam się z Córeczką raz, dzisiaj, na niecałą godzinę. Zdecydowanie było tam inaczej niż normalnie, ale też i inaczej niż się spodziewaliśmy!

   Roboty było w bród. Masakra, niby są tam osoby pracujące, ale robiliśmy masę rzeczy!
    Krów było 15: osiem dorosłych, na łańcuchach, które w oborze były przypinane. Była też jedna kulawa, byczek i pięć jałówek, w tym dwie malutkie (1,5 i 3 miesięczne). Owe osiem trzeba było po porannym dojeniu wyprowadzić na pastwisko. Gdy odkryliśmy, jak gęsta jest trawa bardzo daleko od obory, to tam je przybijaliśmy, mimo tej odległości- my byliśmy krótko, pełni zapału, ci którzy to robią na co dzień mogą... być bardziej ociężali w tej kwestii. Przebijało się krowy raz lub dwa w ciągu dnia (czyli przenosiło na inny teren), wieczorem sprowadzało i po pojeniu podpinało się w oborze. No fajnie, ale cholery nie chciały współpracować! Zdarzyło mi się latać po lesie za cielakiem i mocować się z krową, 8 lub 10 razy cięższą ode mnie, bo nie chciała się nastąpić i ustawić równo w boksie. Co do krówek, trzeba było wywozić gnój z boksów, mościć słomą i ładować siano i świeżą trawę do żłobów. Właściwie jedyne, czego z nimi nie robiliśmy, to dojenie. A te krówki to rasa "serowo- maślana", mleko ma z 10% tłuszczu, coś pięknego (i pysznego!).
Najbardziej polubiłam Wybryka- zawsze ostatnia dojona (bardzo długo), ładna, świetnie współpracowała i rano i wieczorem :)
   Królików było ponad 50- rano karmił je i w miarę oporządzał zatrudniony w gospodarstwie pan, wieczorem dawaliśmy im sianko, wodę i granulat dla królików. W międzyczasie jeden trafił na nasz stół i był przepyszny! W śmietanie, pachnący czosnkiem, prawdziwy rarytas! Pierwsze takie karmienie było dla mnie ciężkie, bo się bałam że mi wykicają z klatek, ale króliki może ciekawe, ale już nie takie skore do ucieczki. Potem poszło z płatka i miałam wielką przyjemność z głaskania uszatków, gdy dorwały się do wody. Było jedno krycie, na jesień powinna zwiększyć się ich liczebność. Raz zdarzyło się tak, że pan nie domknął jednej z klatek i po dłuższym czasie trzy wyskoczyły. Przerażone! Jeden uciekł pod klatki, drugi do kuchni której drzwi wychodziły niedaleko, złapaliśmy je z kolegą. Trzeciego pochwycił pies, ale nic mu nie zrobił (poza totalnym przerażeniem), troskliwa bestia z tego owczarka, wyglądało na to że miał ambicję wsadzić kicatka z powrotem do klatki :) Córeczka uwielbiała króliczki i bardzo chętnie mi pomagała przy karmieniu.
    Były trzy świnki, ale wiele przy nich nie robiliśmy, tylko nosiliśmy wiadra z jedzeniem dla nich :)
    Ptactwa była cała moc: kury, kaczki, gęsi, perliczki, indyki, pawie, bażant, gołębie. Nie liczyłam :) Były i dorosłe, i młode- ot, dzisiaj przed wyjazdem przenosiliśmy do "inkubatora" w kuchni, pod żarówką, kwokę która wysiedziała dzisiaj dwie kaczuszki. W międzyczasie, gdy tam przebywaliśmy, wykluły się i kurczęta i dwukrotnie kaczuszki. Fajnie było obserwować gdy ksiądz, gospodarz, ogląda i sprawdza, które jajka są zalężone, a które nie. Nawet nie wiedziałam, że są takie sposoby jak wkładanie do ciepłej wody- jeśli jajo się kiwa, porusza, to znaczy, że w środku jest pisklę :) Wszystkie te ptaszki trzeba było wieczorem nakarmić, dać wody, zagonić do zagród i kurników. Najfajniejsze było zaganianie gęsi- i tych dorosłych, i tych młodziutkich, oraz młodych kaczuszek. Córeczka świetnie się w tych zadaniach odnajdywała, nasza Gęsiareczka :D
    Do tego było zwożenie słomy i siana z pól oraz wielkie zgarnianie gnoju (ze spychaczem). Mąż codziennie baaardzo się urabiał, po prostu ciężko pracował fizycznie. Śmiał się, że fajnie tak czasami się zmęczyć, ale na dłuższą metę to po prostu ciężki znój i wiem że byłoby mu ciężko. Ja pomagałam też w domu, w kuchni (m.in. lepiłyśmy w sobotę pierogi dla 12 osób, coś się kroiło, myło podłogi, naczynia, ścinało trawę przed domem itp).

   Pojechaliśmy z niedzielę z księdzem na Mszę. I śmialiśmy się: ile tu ludzi, ile betonu i szkła :P Na wsi żyje się zupełnie inaczej, ma się inne priorytety, inne zmartwienia i inne radości. Niebo jest zupełnie ciemne i widać masę gwiazd, można doświadczyć prawdziwą ciszę i wdychać czyste powietrze. Córeczka była bardziej samodzielna (wstawała z tekstem: "ubieram się i schodzę na dół", kiedy w domu najchętniej chodziłaby w piżamie do 11), bawiła się sama, pomagała, w ostatnich dniach sporo wyszywała. Zbierała pawie pióra (bo zrzucił już je przed zimą). Świergoliła pracującym tam paniom i księdzu, i właściwie wszystkim, którzy się napatoczyli :) Za to jeść nie za bardzo chciała- a szkoda, bo jedzenia mieliśmy dużo, i to bardzo dobrego! W domu robię jedno danie na dzień, a tam zawsze dwa. Zupy: pomidorowa, barszcz, kremowa z porów (całych, razem z ciemnozielonymi liśćmi- pierwszy raz jadłam), dzisiaj była zupa na bazie sosu z królika z naleśnikami. Na drugie: pierogi, naleśniki, królik, leczo, pampuchy. I własne mleko, ser, jaja, masło, dżemy (i marmolada z pobliskiej wsi). Pycha!!! :D

   Rozmawialiśmy o takim wyjeździe całe wakacje- żeby młoda zobaczyła prawdziwą wieś, prawdziwe zwierzęta. To takie miejskie dziecko, zresztą jak ja i Mąż, i tylko w taki sposób mogłaby mieć styczność z gospodarstwem. No właśnie, na początku Córeczka mówiła o farmie (pewnie wzięła to z jakiejś bajki!) a nie o gospodarstwie :) Córeczka zdążyła się nas już kilkakrotnie zapytać, czy tam wrócimy, i tak- chętnie. Może niekoniecznie znów na cały tydzień, ale na dzień- dwa? Czemu nie? Trochę się nauczyliśmy- i o takiej pracy, i o sobie. Ja się cieszę że alergia mi puściła- pięć lat temu nie dałabym rady normalnie ustać w okolicy siana czy nawet słomy, teraz mogłam przerzucać snopki. Tym bardziej cieszę się z braku alergii u Córeczki...

   To zdecydowanie inny i niezapomniany wakacyjny wyjazd :D A teraz- znowu dziekanat, lekarz medycyny pracy i ostateczna przeprowadzka w sobotę. Czyli tu też nie będziemy się nudzić i długo odpoczywać :D

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

    Z długiego weekendu zrobił się nam tygodniowy wyjazd :D Jedziemy na totalną wieś ok. 40 km od domu, będziemy doglądać krów, rąbać drewno i pilnować gospodarstwa, no i chodzić na spacery, grać w badmintona i czytać książki :) Obawiam się że internetu tam mieć nie będziemy, więc może mnie nie być, uprzedzam!

   Chwilowo jesteśmy już prawie spakowani, mamy załatwione niemal wszystkie rzeczy które mieliśmy zrobić w tym tygodniu.
    Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że rozpoczęcie studiów doktoranckich wiąże się ze znacznie bardziej zaawansowaną papierologią... Dzisiaj składałam dokumenty do dziekanatu- przyniosłam zaświadczenie o uzyskaniu tytułu magistra, podawałam numer konta (na razie bez potrzeby), pisałam swoje stopnie naukowe i naukowo- zawodowe, oświadczałam że nie od października muszą mi zapewnić ubezpieczenie zdrowotne (zresztą nie tylko mi, bo Córeczce przecież też)... Do tego muszę załatwić sobie szczepienie przeciwko żółtaczce (chyba z okazji tego, że jest to uczelnia medyczna i można się zarazić łatwiej... i to bez różnicy że ja nie doktoryzuję się w przedmiocie klinicznym). 23 sierpnia mam wizytę u lekarza medycyny pracy, 23 września- szkolenie BHP. A potem, to dopiero będzie akcja z papierami! :)
    Byłyśmy dzisiaj z Córeczką w jednej z "naszych" bibliotek, gdzie ona sama zaopatrzyła się w pięć kolejnych książeczek z serii "Klub Tiary". Głupiutkie te książeczki, ale o księżniczkach, a młoda marzy o takich przygodach w swoich zabawach, więc niech ma i się cieszy. Na wyjazd zabiera z 6 tomików :)
    Upiekłam dzisiaj babkę piaskową, już nie pamiętam kiedy ostatnio taką robiłam, wyszła mi całkiem nieźle :) Nie zawsze udawało mi się ładnie wkręcić masę kakaową w jasną masę, a tym razem jakoś poszło... Mąż zadowolony, Córeczka zje jutro. Dzisiaj u nas na obiad była pomidorowa, po mojemu- nie zabielana, nie zawiesista, za to z czosnkiem, bazylią, tymiankiem, lubczykiem, majerankiem i rozmarynem :) Chyba nie zrobiłam jeszcze dwóch takich samych pomidorowych, mimo że zawsze robię je na wywarze.
    Wykrystalizowały się nam plany związane z I rocznicą ślubu- zamówiliśmy sobie Mszę w południe, zjadą się rodzice, mam nadzieję że i rodzeństwo, i idziemy do restauracji na obiad. Mam nadzieję że to będzie bardzo udany dzień :) Fajnie się składa, bo ta nasza rocznica przypada w niedzielę. Jeszcze pójdziemy do fotografa, zrobić sobie takie ustawiane zdjęcie na rocznicę, i tyle. Na bardzo prywatne świętowanie, we dwoje, znajdzie się czas :D

   Jutro też lecę do biblioteki. I chcę zrobić większe wkładanie rzeczy do kartonów- gdy wrócimy, najpewniej we wtorek lub w środę w przyszłym tygodniu, zostanie nam 3-5 dni do przeprowadzki, więc można przeznaczyć sobie dosłownie kilka sztuk ciuchów na ten czas, a resztę już spakować... Nie mogę się doczekać!

 

   Nie wiem jak się Wam czyta te moje codziennie głupoty, obiecuję trochę bardziej konkretnych notek po przeprowadzce :)

niedziela, 11 sierpnia 2013

    Czy możliwe jest to że siedząc cały tydzień w domu można czuć się zmęczonym?

    Albo gdy można spać po np. 9 godzin potem źle się czuć, być dalej sennym?

    Idę zbadać sobie tarczycę. A poza tym nastawiam sobie budzik- 7,5 godziny snu maks, a nóż widelec poczuję się bardziej rześko? :D

    Oczywiście nie jest tak, że wyłącznie siedzę w domu rozwalona na łóżku. Chodzimy na długie spacery, gotuję (w piątek narobiłam ruskich, wyszło ich bardzo dużo i były dobre- tylko Córeczka się żaliła, że za cienkie ciasto w porównaniu do dziadkowych pierogów zrobiłam), sprzątam, piorę, biegamy na zakupy, do bibliotek...
Wczoraj wyszliśmy z domu o 13, wróciliśmy dobrze po 19, jedząc na mieście, bo inaczej padlibyśmy jak kawki... Mieliśmy miłe spotkania z owadami z ZOO (trzymałam je w rękach), Córeczka dużo rysowała na stoisku ZOO (a skubana cały tydzień w domu nie narysowała NIC), jeździła na rowerze, my czytaliśmy sobie książki, potem przenieśliśmy się do centrum... Rynek we Wro jest w sobotnie popołudnia pełny! Była przepiękna pogoda, masa różnych artystów ulicznych, Córeczka co chwila zostawiała nam rowerek (na rynku nie wolno jeździć na rowerach po południu, więc prowadziliśmy go) żeby posłuchać jazzu, porobić wielkie bańki mydlane czy spróbować żonglować. Obiad jedliśmy w barze (Misz-Masz) do którego po raz pierwszy zaprowadził mnie Mąż, gdy spotykaliśmy się od jakiś 10 dni :) Tanie, dobre i długo otwarte jedzenie :) (tu, z serii Co Na Obiad powinnam napisać co jedliśmy- w naszym rodzinnym menu znalazło się udko z kurczaka, 2x frytki, filet z kurczaka pod szpinakiem i serem,  3 różne surówki- marchewka, czerwona kapusta, którą uwielbia Córeczka, i kiszona). Potem jeszcze powrót na Rynek, jeszcze jeden spacer i wreszcie powrót do domu. Skończyło się na tym, że oglądaliśmy na żywo mecz Radwańskiej, więc poszliśmy o 2 spać.
     Dzisiaj: śniadanie, Msza, szybkie przebranie się (ja i Córcia buty, Mąż- spodnie i buty) i na Wyspę Słodową. Tam wystawiały się miejskie biblioteki, można było wypożyczyć sobie przeróżne gry rodzinne i planszowe i zagrać, był dmuchany zamek wypełniony kulkami, była gra uliczna dla dzieciaków (Córcia dobiegła druga i była bardzo zadowolona), było strzelanie z łuku (a strzała kończyła się przyssawką), badminton, bule, wreszcie była i zumba- na scenie czwórka instruktorów, na dole kilkadziesiąt ćwiczących i tańczących osób- to jest rewelacja! Jeszcze spotkaliśmy znajomych z rodzinnego miasta Męża i sobie pogadaliśmy i zagraliśmy w badmintonowego debla :)

Graliśmy w Duchy i w Jungle Speed'a:

Za drugim i kolejnymi razami coraz bardziej się nam podobało- bardzo strategiczna, ale też prosta i dość szybka :)

   To znowu jest gra dla Córeczki, bardzo się jej podoba :) W tym tygodniu wciągnęłam ją w granie w Carcassonne, więc rozwija się dziecko!

 Właściwie zawsze jest tak, że mamy fajny obiad w sobotę, gorzej z niedzielą. Dotarliśmy do domu oczywiście późno i pokutowaliśmy za wczorajsze szaleństwo- były proste naleśniki. Jeśli mamy w domu domowy mus z jabłek, to zawsze nim smarujemy naleśniki, i tym razem też tak było :) Ot, tak nam minął weekend :) 

  Aaaa, mamy bardzo ciekawą alternatywę na następny tydzień- mam nadzieję że to wypali :D A przeprowadzać się będziemy 24-26 sierpnia i nie ma zmiłuj ;D

sobota, 10 sierpnia 2013

Zainspirowana Kfiatuszkiem i Pauliną, siadłam sobie i zaczęłam pisać. I dobrnęłam do setki, więc macie, czytajcie, jeśli chcecie :)

 

1. Jestem mieszanką sangwinika i choleryka

2. Przeklinam

3. Z fast foodów najbardziej lubię Burger Kinga

4. Przez 18 lat ciurkiem miałam bardzo długie włosy, często sięgające za pas/do
pośladków

5. Moje rodzeństwo ma urodziny w rocznice zakończenia obu wojen światowych- mi
mało zabrakło (16 godzin) do takiego dnia :)

6. Mój gust muzyczny ukształtowało rodzeństwo

7. Mam "lęk bezpieczeństwa"- boję się wychylania przez barierki,
chodzenia po niepewnym podłożu (np. most z drewnianych starych klepek czy metalowa krata)

8. Bardzo szybko nauczyłam się czytać i pisać, pierwszą dużą książkę, Anię z Zielonego Wzgórza, przeczytałam gdy miałam 8 lat i 3 miesiące

9. Przez rok trenowałam piłkę ręczną, przez ponad rok- tenis. Skończyło się kontuzją kolana.

10. Miałam epizod "łokcia tenisisty" w lewej ręce, miałam 16 lat. Miesiąc w temblaku i zastrzyki sterydowe do stawu- nic fajnego...

11. Ponad pół życia obgryzam i obrywam skórki przy paznokciach i wciąż nie mogę
sobie z tym poradzić

12. Chciałabym kiedyś wrócić do rodzinnego miasta

13. Jestem uzależniona od internetu

14. Mam słabość do różnych wyrobów papierniczych, zeszytów, teczek,
cienkopisów, piór...

15. Daaawno temu wymyśliłam sobie że będę ginekologiem- położnikiem i pojadę w jakieś kraje trzeciego świata leczyć kobiety i przyjmować porody. Wybrałam sobie Benin albo Togo :)

16. Nigdy nie udało mi się zaangażować w stały wolontariat. Kiedyś poszłam do domu małego dziecka w rodzinnym mieście ale mi odmówiono...

17. Interesuję się kulturą żydowską i wspólną historią polsko- żydowską

18. Mało brakowało (jednego punkta) żebym dostała się do etapu krajowego olimpiady o Unii Europejskiej

19. Lubię czytać książki seriami, czy po kolei wszystkie jednego autora

20. Jestem chomikiem i bałaganiarą. Nienawidzę sprzątać.

21. Miałam kota (nazywała się Hingis), dwie świnki morskie i chomiki. I rybki.

22. Interesuję się kryminalistyką i kryminologią

23. Uwielbiam gotować i piec

24. Marzy mi się rodzina wielodzietna, ale wielodzietna po mojemu- czyli czwórka
dzieci

25. Nienawidzę mieć wody zalewającej twarz- pływam z głową nad wodą i nie lubię
nurkować

26. Nie lubię gotowanych warzyw- już chętniej zjem świeżą kapustę czy kalafiora

27. Nigdy jeszcze nie byłam tak naprawdę w operze

28. Mój głos ma "metaliczny pogłos" jak to określiła pani od emisji
głosu. I jestem bardzo głośna

29. Przez 3 lata śpiewałam w scholi młodzieżowej

30. Mam ponad 400 znajomych na fb czy nk, ale co jakiś czas robię
"przegląd" i usuwam osoby z którymi nie mam kontaktu albo nie interesuję
się

31. Uwielbiam układać puzzle. Bardzo!

32. Jestem maniakalną kibicką, jak cała moja rodzina zresztą. Klaszczę, drę się, piszczę nawet przed TV. Mamy dużą flagę z którą wychodzimy kibicować.

33. Nie lubimy piłki nożnej, zupełnie nie interesujemy się ani ekstraklasą (ani żadną inną klasą; ani też zagraniczną), ani występami reprezentacji. Poziom zresztą jest żenujący, a jest tyle innych świetnych sportów na które można zwrócić uwagę...

34. Jestem córeczką tatusia. Zdecydowanie częściej kłócę się z mamą, tata za to
ma do mnie słabość.

35. Wolę słodkie alkohole od tych wytrawnych, więc chętnie pijam drinki. Także
te z mlekiem.

36. Mam fantastyczną babcię. Gdy się urodziłam, żyły obie pary dziadków i jedna
para pradziadków, ale niestety piątki z tego grona już nie ma...

37. Zostałam sama na początku 4. miesiąca ciąży, po ponad 4 latach chodzenia z
bioojcem, mniej więcej 3 dni po tym, jak powiedział o ciąży swojej mamie... Od tamtej pory (oczywiście wcześniej Córeczka była "jego", czy "nasza") zaczął się wypierać ojcostwa, co mu przeszło po testach DNA.

38. Lubię spać pod pościelą flanelową czy z wyczesanej bawełny, bardzo nie
lubię satynowej

39. Raz pojechałam na kolonie w Polskę i bardzo źle wspominam tamten wyjazd :P

40. Jestem najmłodsza z rodzeństwa, i to jeszcze taka "po latach", przedostatnia z kuzynostwa i bywałam zazdrosna o mojego 3 lata młodszego kuzyna. Wyrósł na fantastycznego faceta i teraz świetnie się dogadujemy :)

41. Nie mam koleżanek z podwórka- jakoś nigdy nie narodziła się tam trwała znajomość. Bliskich sobie ludzi poznałam przy okazji inicjatyw kościelnych, w szkole, teraz też w internecie.

42. Jestem sową, jak jestem zmęczona to usnę gdzie siedzę/leżę i nie ma zmiłuj
i śpię najczęściej jak kamień

43. Jestem niskociśnieniowcem i meteopatą

44. 12 lat marzyłam o medycynie, potem poszłam na biotech ale wciąż odczytuję
wyniki całej rodzinie i doradzam "medycznie"

45. Pierwszego dnia w przedszkolu chodziłam od jednego płaczącego dziecka do drugiego i pocieszałam, że "mamusia wróci z pracy i przyjdzie po ciebie"

46. Nie daję pieniędzy żebrakom. Za to artystom, którzy umilają mi przejście przez miasto- owszem.

47. Mam tylko 157 cm wzrostu.

48. Bywam próżna

49. Jesteśmy strasznymi herbaciarzami, ostatnio herbaty zaczęły "atakować" drugą półkę. Pijemy niemal wyłącznie herbaty czarne albo owocowe. Marzy mi się dom, w którym goście wiedzą, że dostaną jakąś ciekawą, dobrą herbatę.

50. W komórce mam kilka płyt z soundtrackiem z "Glee" i dwie- trzy książki do czytania.

51. Mam w głowie śmietnik- umiem pamiętać jakieś powiązania pomiędzy jedną a
drugą gwiazdą czy umieć podać jakieś szczegóły kryminalnej afery zza oceanu, do
tego pamiętam pesele, numery telefonów czy imiona dzieci kuzynostwa Męża

52. Nie chciałabym żyć na bezludnej wyspie czy nawet w szczerym polu, nie mając
blisko sąsiadów, normalnej drogi czy sklepu i przystanku.

53.  Między mną a Mężem jest co do dnia
3,5 roku różnicy

54. Bardzo się maluję. Na co dzień nie jest mi to do życia potrzebne :)  Ale wciąż sobie powtarzam, że trzebaby już
zacząć zwracać na to uwagę.

55. Zostawiam sobie zaproszenia na śluby i winietki na pamiątkę.

56. Miałam kilka dobrych pomysłów na biznes... Może kiedyś jakiś uda się
zrealizować.

57. Moje ukochane perfumy były edycją limitowaną- Givenchy Hot Couture
Collection no 1. Lubię zapach wanilii, karmelu, cytrusów i bzu

58. Dwa razy nie zdałam egzaminu na prawo jazdy i już bardzo chciałabym je
mieć...

59. Nie jestem punktualna. Staram się, ale bywa wciąż, że wychodzę z domu za
późno.

60. Zbierałam różne rzeczy, ale największy zbiór... cukru w torebkach. Miałam
nawet dwie kostki w papierkach, z Paryża.

61. Uwielbiam seriale kryminalne i medyczne, za to sitcomy jakoś mnie nie
zainteresowały.

62. Z gier rodzinnych najczęściej graliśmy w państwa- miasta

63. Jestem aktywnym członkiem jednej z partii

64. Zachwycam się niemowlakami i noworodkami. Zawsze. Mocno :)

65. Mam naprawdę lichą kondycję

66. Kiedyś, jako dziecko- nastolatka, nie umiałam obyć się bez zegarka, nie
ściągałam go nawet na sen. Potem kilka lat nie nosiłam go w ogóle. Obecnie mam
i noszę często, ale też nie zawsze.

67. Jestem praworęczna

68. Mimo że moi rodzice- oboje- mają niebieskie oczy, ja mam w dowodzie wpisany
kolor oczu zielony. Teoretycznie to powinien być tylko taki zielonkawo- szary
odcień.

69. Mam dość duże zdolności adaptacyjne do różnych sytuacji, ale w pierwszej chwili najczęściej wywalam wszystkie emocje na raz i panikuję. Potem już zbieram się do kupy i porządkuję umysł

70. Mam zdolności kinestetyczne (uczę się przez działanie)

71. Czytam każdą tabliczkę informacyjną o ulicach, zabytkach czy pomnikach

72. Piję bardzo dużo pepsi, od biedy- coli

73. Byłam gotowa wyjść za Męża już kilka tygodni po poznaniu go

74. Nie jestem w stanie wstawać rano sama- potrzebuję budzika i to z drzemką.
Najlepiej z dwiema drzemkami.

75. Za nastolatki właściwie nie miałam czarnych ciuchów

76. Miałam przyjaciela, który zmarł w wieku 25 lat na powikłania pogrypowe. Nigdy nie lekceważę tej choroby. Kiedy tylko mogę, przychodzę na jego grób i zdaję mu relację z mojego życia... To już 9 lat jak go nie ma...

77. Jakbym miała jechać na wakacje na 2 tygodnie tylko po to żeby leżeć
plackiem na plaży to... wolałabym nie wyjeżdżać.

78. Nie mam ulubionego koloru, ale lubię zielony, niebieski i fioletowy.

79. Moimi ulubionym deseniami są wąskie paski i drobne kropki

80. Czasami jestem złotą rączką- kleję pobite talerze, naprawiam segregatory
czy drukarki

81. Moim ulubionym stylem w architekturze jest gotyk

82. Zupełnie nie kręci mnie psychologia czy "potęgi podświadomości" ale uznaję że psyche i soma mogą na siebie mocno wpływać

83. Zachwycam się malarstwem impresjonistów i prerafaelitów- przed dziełami Van Gogha w Musee Orsay stałam z rozdziawioną buzią :)

84. W szkole mówiłam, że chciałabym być skunksem, żeby mieć pełną władzę nad tym, kto się do mnie zbliża

85. Zmagam się z alergią, tzw. marsz alergiczny zaczął się u mnie od skazy białkowej,
była alergia wziewna na pyłki roślin i grzyby, doszła astma w postaci zapaleń oskrzeli, Obecnie powoli się to cofa, nie płaczę na widok kosiarki czy przechodząc pod lipą, nie mam wykwitów na skórze po przejściu przez łąkę. Za to mam AZS, szczególnie w zgięciach łokciowych i muszę uważać na to co jem i na poziom nawilżenia skóry. No i dochodzą do tego plamy bielacze...

86. Cała moja rodzina pochodzi z kresów wschodnich, przede wszystkim z tej części, która obecnie należy do Ukrainy. Dziadek pochodził z miasteczka które obecnie znajduje się niemal na granicy z Rumunią.

87. Prowadzę wykład genealogiczny mojej rodziny, obecnie poszerzam to o rodzinę Męża.

88. Nie przepadam za rozmowami przez telefon (chyba że z bliską rodziną i przyjaciółką), wolę smsy.

89. Z gier komputerowych zaprzyjaźniłam się najbardziej z grami Zyngi na fb, Farmville prowadziłam 2 czy nawet 3 lata. Nigdy nie grałam w strzelanki.

90. Mimo tego że wychowywałam się wśród starszych ode mnie osób, moje dwie długoletnie przyjaciółki są ode mnie młodsze.

91. Mam jedną chrześnicę- moją bratanicę.

92. Popieram, razem z Mężem, polskie marki oraz produkty Fair Trade. Bardzo się cieszyłam że nasze ślubne stroje pochodziły z polskich firm.

93. Jestem szczera i bezpośrednia, czasami aż do bólu. A jak ktoś choć trochę mnie pozna to umie czytać moje emocje bez problemu.

94. Nie mam jakiś specjalnych kompleksów na jakimś jednym punkcie. Boli mnie moje niezorganizowanie, otłuszczenie ud i "schabików", niesymetryczne oczy czy luźna skóra na brzuchu, ale nie mam z tego powodu depresji.

95. Nie umiem usnąć przy Mężu bez dotykania go. Nawet w upał gdzieś musieliśmy się stykać, choćby z kostkach :)

96. Na ten moment nie podpisałabym "testamentu życia" albo DNR. Myślę że mój mądry Mąż sam podjąłby najlepszą decyzję w ciężkiej sytuacji, mając na uwadze moją wiarę w medycynę.

97. Chodzę do lekarzy wyłącznie na NFZ i jak na razie nieźle na tym wychodzę (i bardzo się cieszę że nie muszę chodzić do endokrynologa, okulisty albo kardiologa).

98. Czasami, gdy mam naprawdę czas, wsiadam do autobusu i jeżdżę od pętli do pętli, zwiedzam miasto. Niestety dawno tego nie robiłam...

99. Moją ulubioną liczbą jest 15, ulubioną cyfrą 7, ogólnie wolę nieparzyste od parzystych

100. Bardzo nie chciałabym mieć bliźniaków czy innych wieloraczków, albo choćby dzieci rodzących się rok po roku!

 

    Spodziewam się że jedna osoba na pewno podłapie tą zabawę, bo "podłapuje" wszystko co robię i piszę ;P, ale jeśli ktoś jeszcze chce napisać 50 czy 100 faktów o sobie, zachęcam- całkiem fajne wyzwanie :)

14:23, cinnamon.tea
Link Komentarze (9) »
piątek, 09 sierpnia 2013

    Przejechaliśmy wczoraj specjalnie pół miasta do biblioteki, gdzie mieliśmy nadzieję wypożyczyć jedną książkę :) Skończyło się na tym, że książki nie zastaliśmy (a szkoda) ale wyszliśmy z kolejnymi trzema tomami. I mamy teraz półkę pożyczonych książek- to co na zdjęciu to nie wszystko!

     Liczyliśmy na pierwszą część powieści Lackberg- "Księżniczka z lodu" żeby Mąż mógł przeczytać. No cóż, zamówimy i poczekamy, na razie on dorwał "Widma w mieście Breslau" dla przypomnienia, ja wciąż czytam "Niespokojnego człowieka". W domu mamy też ogromne tomisko "Leksykon architektury Wrocławia", "Jeźdźca miedzianego", "Odnalezionych" i całą masę książek dla Córeczki (ona ma swoją kartę). Ciekawe ile uda się nam z tego przeczytać- nie zawsze się ze wszystkim wyrabiamy. Korzysta sąsiadka, która pożycza książkę i oddaje po dwóch dniach, już przeczytaną. My tyle czasu nie mamy :) 

    Jak widać, nasza półka jest przede wszystkim kryminalna. Mamy różne podejścia do innych książek ale mnie nie kręci zupełnie fantastyka, jeśli już to reportaż, obyczajówka, dramat. A mąż obyczajówki nie lubi, nie przepada też za thrillerami :) Wspieramy się za to właśnie kryminałami- jak czujemy że książka jest świetna to bardzo staramy się o niej nie opowiadać, tylko polecać. Jak czytam np. książki Picoult to mu opowiadam ile mogę, bo sam raczej nie przeczyta a problemy tam poruszone są dobrym zarzewiem do rozmów :) Za to on np. opowiadał mi "Dallas 63" Kinga która mu się bardzo podobała :)

    Dzisiaj upał jakby zelżał- niby można żyć, tylko ja jestem meteopatka i odczuwam zmianę pogody... Wczoraj pożyczyłam wanienkę, wyniosłam na balkon, nalałam wody i Córeczka co jakiś czas przebierała się w strój i wskakiwała się wymoczyć. Na głowę czy ramiona kładłyśmy sobie wilgotną chustę.

     Na obiad zrobiłam knedle ze śliwkami, miałam duże śliwki, więc wkładałam połówki do środka a i tak wyszły spore kule :) Ale byłam zachwycona (zresztą nie tylko ja)- ciasto wyszło super, zrobienie jest bardzo łatwe i przyjemne.... mniam :) Dzisiaj już gotuję ziemniaki i... będą pierogi ruskie :D Już nie mogę się doczekać :D

środa, 07 sierpnia 2013

   Trafiłam na coś świetnego :)

   Postcrossing to strona internetowa i cała społeczność, która dzieli się z nieznajomymi ludźmi kartkami pocztowymi na całym świecie. Pomaga znajomość języka angielskiego, ale można sobie zaznaczyć, że chętnie będziemy otrzymywać kartki w jakimś innym języku :)

   W skrócie: rejestrujemy się na stronie, tworzymy swój profil w którym najlepiej napisać odrobinkę o sobie i jakie kartki się nam marzą i... generujemy adresy osób do których mamy wysłać kartki. Jest limit dla kartek które jednocześnie od nas podróżują- na początku można ich mieć maksymalnie 5. Jednocześnie, przy każdej chęci wysłania (czyli po wyświetleniu sobie adresu do wysyłki) nasz nick staje w kolejce do otrzymania kartki, żeby nasza aktywność była nagrodzona :)

   Przy każdym adresie do wysyłki wyświetla się opis odbiorcy (ten z jego profilu) oraz kod kartki- obowiązkowo należy umieścić ten kod na kartce! Inaczej nasza kartka nie zostanie zarejestrowana przez odbiorcę!

   No dobra, moich kartek obecnie jest 17: 2 czekają na wysłanie (jedna już długo, bo odbiorca ma bardzo zawężone życzenia wobec kartki, druga czeka tylko na naklejenie znaczka), 11 już dotarło.

   Sama dostałam łącznie 12, w tym aż pięć znalazłam w skrzynce dzisiaj :) Od razu buzia się cieszy w ten upalny dzień :)

z Białorusi:

z Niemiec

z Mauritiusa

z Holandii

i z Litwy

 

A ja sama wysłałam dzisiaj kartkę do Irkucka- z przepisem na pierogi ruskie :)

 

Serdecznie polecam takie hobby :D

17:17, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga