RSS
wtorek, 28 października 2014

  U mojej Córeczki w szkole nie ma Halloween. I bardzo dobrze! Pochwalam, cieszę się :) Dzieci, co by nie były stratne w zabawie, mają jutro bal. Bal Wszystkich Świętych, dokładniej rzecz ujmując. Jak ktoś ma potrzebę, to pewnie i postaci starotestamentowe się załapią bez problemu. Całość składa się na to, że mniej rodziców protestuje przeciwko balowi niż przeciw Halloween.

Córeczka w zeszłym tygodniu więc informuje mnie o balu i rzuca tekstem- mamo, na środę zrób mi przebranie świętej Faustyny.

O_o

 

Ostatni zachwyt Córeczki nad tą świętą nie mija od wakacji, ale wykonać przebranie godne wymagań Córeczki to nie jest taka prosta sprawa... :) W piątek rzuciłam, że młoda będzie Faustyną w nowicjacie- dostanie obrazek "Jezu ufam Tobie", możemy jakąś książkę przebrać za "Dzienniczek", dostanie skromną białą koszulę, szarą, przydługą spódniczkę i biały welon. Na co Mąż i Córeczka pokręcili nosem, a młoda od razu wymyśliła nową patronkę. Załapała po prostu za poczet królów Polski i pokazała mi otwartą na jedynej kobiecie- królu.
Wczoraj mówi babci przez telefon- przebieram się za świętą królową Jadwigę, patronkę Polski!

No to ma. Strój księżniczki, jeszcze z zeszłego roku, z wizerunkiem Jadwigi przylepionym do piersi, dzisiaj jeszcze dorobimy coś, co ma udawać skromne, drewniane jabłko i berło. Młoda zadowolona, ja też.

Godną świętą na bal sobie wybrała :)

 

PS. Już nie mogę się doczekać wyjazdu do Rodzinnych Miast... już tylko 10 dni!!! :)

poniedziałek, 20 października 2014

Nasz kocio kochany- eksploruje mniejszy balkon, czasami tak, że lubi sobie usiąść na parapecie u Córeczki, ale od zewnątrz :) Na szybko robiłam mu przedwczoraj zdjęcia :)

Jeśli to w ogóle możliwe, to Kot jest jeszcze większym przytulakiem niż wcześniej. Teraz będzie się platał pod nogami i miauczał do skutku, a jak to szybko nie pomaga, to zwala się na bok, pokazuje brzuszek... i jak tu go nie pogłaskać :)

Kot łagodzi nam obyczaje, rozbawia, grzeje... właściwie same przyjemności :) No, może poza tym, że sierść jak latała, tak lata, więc razem z Kotem, jego karmą i żwirkiem obowiązkowo mamy też zapas rolek do ubrań :P Trochę teraz walczę z kołtunkami, które znajduję w jego portkach i na podbrzuszu- trochę mu kręcą się tam włosy, trochę AZSu popchłowego zostało (nawet nie pamiętam jak to schorzenie się do końca nazywa, tak czy inaczej, jak go pchełki dorwały w czerwcu to odwiedzaliśmy weta i aplikowaliśmy różne środki bo strasznie się drapał i wyrywał włosy), jak się drapie, to o kołtuny łatwo. Więc siedzę i go czeszę, on to uwielbia... gdy jest czesany w odpowiednich miejscach. Portki do tych  miejsc nie należą, więc uprawiam akrobatykę domową stosowaną, żeby móc go porządnie wyczesać...

Szukam zresztą Norwega dla moich rodziców, bo są Kotem zachwyceni- nie dość, że to ładne, to bezproblemowe i kochane, a mamie okłady z ciepłego mruczka na stawy z reumatyzmem mogą pomóc ;) Gdy mama przyjechała do nas na ferie zimowe, to Kot kładł się jej na chorym biodrze i siedział po 2-3 godziny ciurkiem.

Po tych kilku miesiącach właściwie tylko kwestia żwirku jest nieuregulowana- mokra karma: saszetki z Felixa oraz cały asortyment z Rossmana (dużo smaków :)), świeży kurczak, tuńczyk (z puszek z sosem własnym- umie Mężowi kraść ze stołu niemal :D); sucha karma- chyba najbardziej to on PurinęOne lubi więc staram się mu ją kupować. Woda- o ile nie ma superupałów to tylko gdy mu puszczamy ciurkiem z kranu w wannie. Nawet nie ma sensu miseczki napełniać ;P Ma witaminki na tą swoją sierść i dzięki temu cudownie odrasta mu ogon (może kiedyś uda mi się znaleźć zdjęcia dla porównania) i już teraz ma świetną kitę, a nie pędzel (najpewniej to były kwestie stresowe, że sobie wyrywał włosy z ogona). Z Rossmana Kot dostaje też swój przysmak (nazywa się "magiczne chrupki") i kabanosy dla kota. Ostatnio rozważam zmianę używanego od kilku miesięcy żwirku silikonowego na żwirek naturalny Cats Best, bo ponoć bardziej wydajny jest, i zbryla się, a nie rozpada na wiórki, jak używany przez nas kiedyś żwirek naturalny. Z silikonowym wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że Kot ma niesamowicie wydaje nerki i schodzą nam najczęściej 3 opakowania na miesiąc... :)

Kot co rano już czeka, aż wstaniemy- ostatnio śmiałam się, że mu się czas niegłaskania skraca, bo ok 20 minut przed moim budzikiem staje przy łóżku i miauczy- wcześniej czekał na budzik. Potem idzie ze mną budzić Córeczkę, której włazi do łóżka i niemal "całuje" :) Fantastyczne to jest :) Potem niestety opuszcza Córeczkę, bo wie, że pańcia- znaczy się, ja- da pić, jeść i w razie czego to jeszcze posprząta... raz "grubszą" zawartość kuwety, innym razem, gdy się zdarzy, to co wyjdzie "górą" ;P Dzisiaj jednak miałam odmianę- zbierałam szczepki żyworódki, bo Kot przewrócił doniczkę i się maleństwa posypały z rośliny- matki. Ot, atrakcje :)

12:08, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 października 2014

Minął miesiąc od ostatniego wpisu, czas się jakoś zaktualizować :)

Teoretycznie u nas nic nowego i wszystko leci swoim tempem- Córeczka rozpoczęła II klasę, a tym samym także przygotowanie do I Komunii Św. Zaczęły się porządne wyzwania, w tym tygodniu rozpoczęli omawiać swoją pierwszą lekturę- „Karolcię” Marii Kruger. Sama bardzo lubię tą książeczkę, ma w sobie coś z sensacji. Ma też całkiem sporo stron, więc po upewnieniu się, że tak można, dziennie Córeczka czytała 3 strony, a my jej dorzucaliśmy od siebie jeszcze 2. I przetrwaliśmy :)

Wrzesień był dla młodej świetny, dzień w dzień znosiła sobie rower i jechała kilka bloków dalej, do koleżanek i kolegów- bardzo dużo czasu spędzała na dworze. Maniakalnie wręcz robiła bransoletki z gumek, teraz lekko przyhamowała, ale i tak robi coraz fajniejsze rzeczy. W ogóle, widać po niej zacięcie artystyczne- przez dwa przymusowe dni w domu (o tym niżej) bawiła się
w balet, w „robienie kolorków” za pomocą słoików, wody i barwników spożywczych, rysowała… Ja w jej wieku byłam coraz większym molem książkowym, Córeczka jest zupełnie inna, ciekawa świata, ale jej zainteresowania idą w zupełnie inną stronę, jest niesamowicie logiczna w swoim rozumowaniu i to mnie fascynuje.

W tym tygodniu zaliczyłam pierwsze zwolnienie lekarskie na nią od początku mojej pracy (czyli już od ponad roku)- i to dosłownie na dwa dni. Młoda była przeziębiona ale bardzo poważnie kaszlała, nie chciałam żeby pozarażała dzieciaki. Patrzyłam na nią dość sceptycznie wczoraj, gdy wracaliśmy ze szkoły i pracy, ale dzisiaj poszła do szkoły ponownie, mam nadzieję, że rzeczywiście idzie ku lepszemu. 1,5 roku temu dostała kwalifikację na operację wycięcia przerośniętych migdałów, termin operacji się zbliża, ale oddamy go komuś bardziej  potrzebującemu- rok mieszkania nad morzem, zmiany klimatu bardzo pozytywnie na nią wpłynął i mam nadzieję, że tak będzie w dalszym ciągu.

Ja sama jestem zarobiona, coraz bardziej i bardziej :) Powoli to wszystko co tu robimy zaczyna przybierać kształty ostateczne, uczymy się jeszcze wciąż, zmieniamy podejście, fajnie jest być tego częścią… choć oczywiście przychodzą momenty zwątpienia, stres przerasta, zmęczenie, albo dwa- trzy dni ciężkiej roboty bez spodziewanych wyników i morale spadają. Staram się nie odpuszczać, tłumaczę sobie czasami, że to przesilenie jesienne też ma wpływ i trzeba liczyć na to, że szybko przejdzie. Odczarowuję swoje otoczenie kolorowymi ciuchami, mimo że pod fartuchem laboratoryjnym niewiele z tego widać ;) Cieszę się, że mam dobre ludki naokoło siebie, moja przełożona jest do rany przyłóż, chyba wszyscy mamy takie odczucia- bardzo nas wspiera. W połowie września zrobiliśmy u nas w domu kolejne spotkanie „ludzi z pracy”, było super- wesoło, tak głośno, że patrzyliśmy z Mężem po sobie, czy przypadkiem któryś sąsiadów coś nie trafi i nie zadzwonią po policję ;) Ale widać aż tak źle nie było :) Nasze życie towarzyskie w Gdańsku leży i kwiczy, więc cieszę się, że przynajmniej raz na jakiś czas możemy liczyć na towarzystwo mojej pracowej ekipy.

… i w tym momencie znowu muszę to stwierdzić- straszliwie tęsknimy za naszymi przyjaciółmi. We Wro pisaliśmy do świadka, czy do jego żony- zaraz miną 2 tygodnie, tęsknimy… Teraz? 2 miesiące bez spotkań wydają się „normalne”. Mąż wisi na telefonie, ja czasami też, choć wolę pisać, więc smaruję maila albo wiadomości na facebooku.

W moim rodzinnym mieście zresztą wiele się dzieje, bo wybory, pół rodziny zaangażowane, mój brat zdecydował się na kandydowanie na prezydenta miasta- wczoraj dostałam już bardzo miły odzew na tą wiadomość od starej znajomej. Tata był u nas na weekend i nie dał się namówić nawet na pół dnia więcej, bo „kampania”, chce być obecny, pomóc, i ja go rozumiem. 8 lat temu z kumplem jeździliśmy po całym okręgu i wieszaliśmy plakaty, teraz mnie w okolicy nie ma, więc mogę tylko trzymać kciuki. I przyjechać na wybory :)

   Dostaliśmy prezent na rocznicę ślubu od moich rodziców- wyjazd na Spotkania Małżeńskie (w Gdyni, niedaleko :)) w pakiecie z opieką nad Córeczką na cały weekend. Spędziliśmy niesamowity czas, tylko dla siebie i ze sobą, z widokiem na morze, nie musząc się o nic martwić.
Wspaniałe rzeczy dzieją się na takich wyjazdach i mamy poczucie, że warto o tym mówić, polecać dalej (dla sprawdzenia: www.spotkaniamalzenskie.pl).
Chcemy się w to zaangażować i mamy nadzieję że nasze możliwości na to pozwolą. Mieliśmy już jako takie rozeznanie, bo uczestniczyliśmy w takich „dialogach” jako narzeczeni, i bardzo się cieszymy, że trafiliśmy na to tak wcześnie- tyle rzeczy nam to ułatwia… Wracaliśmy z poczuciem, że tworzymy dobre małżeństwo, nasze podstawy są prawidłowe, więc teraz musimy dbać o to, pielęgnować nasze małżeństwo, żeby tak zostało.

Ostatnie tygodnie, miesiące spędzaliśmy na bardzo poważnych rozmowach (oczywiście, nie codziennie, bez przesady) i podjęliśmy dwie bardzo ważne decyzje. Mam nadzieję, że od decyzji do czynów i konkretnych sytuacji droga nie będzie bardzo długa… na pewno ten dialogowy weekend nas w tym wesprze dodatkowo.

Minął rok naszego mieszkania w Gdańsku, co uczciliśmy, odwiedzając całą rodziną Europejskie Centrum Solidarności. Odkąd Córeczka wróciła po wakacjach udawało się nam całkiem dużo zrobić- byliśmy w parku linowym (Adventure Park Kolibki, na granicy Sopotu i Gdyni) w pakiecie z kolacją w pierogarni Mandu na Oliwie, którą bardzo już chciałam odwiedzić i się
nie zawiodłam. Byliśmy na fajnym spacerze w lesie naokoło Jaśkowej Doliny zakończonym jedzeniem wegańskich burgerów, które- ku mojemu i Męża zaskoczeniu- bardzo Mężowi przypadły do gustu :) ECS wywołało u nas sporo wzruszeń, mimo, że jeszcze nie wszystko działa, to polecamy. Na początku września odwiedziła nas moja Sis, weekend był bardzo ciepły więc kąpaliśmy się w morzu i plażowaliśmy, zaliczyliśmy też przejażdżkę kołem widokowym, które wiele osób, w tym ja, nazywało „Gdańsk eye”, postawionym na Jarmark Dominikański. Jarmark się skończył (uff), koło jeszcze chwilę zostało i fajnie, bo pięknie uzupełniało krajobraz Głównego Miasta. Ja byłam już na jednym spotkaniu robótkowym po wakacjach, szykuję się na kolejne, młoda spędziła dwa dni w jednej z galerii handlowych, bo zarzucili dzieciaki milionami klocków lego i… było w czym budować to delikatne stwierdzenie. Udało się nam kupić rowery, stoją dumnie w nieużywanym kącie salonu ;) Zaliczyłam dwa
tygodnie jeżdżenia do pracy rowerem i dało mi to dużą satysfakcję, nawet mimo
zmęczenia. Bardzo się cieszę, że je mamy, że jeździmy, po Kocie to zdecydowanie najlepsze nabytki z naszego funkcjonowania tutaj :)
Teraz czas… no właśnie, trzeba pomyśleć co dalej, bo piętnastoletnie auto dogorywa nawet bardziej niż dwudziestodwuletni telewizor, umowa pozwalająca na wzięcie kredytu za chwilkę do mnie dotrze, ale… niekoniecznie nam się jakoś strasznie z tym śpieszy. Powolutku, ale konsekwentnie i do wszystkiego dojdziemy!

To tak w wielkim skrócie co u nas, mam nadzieję, ze uda się mi odzywać częściej.

O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga