RSS
sobota, 31 października 2015

... wskazują że Synek będzie dzieckiem listopadowym. Jak mamusia i wujek... 

   A ja przestałam liczyć na możliwość porodu naturalnego, czekam na przeterminowanie, szpital i ostatecznie cesarkę. Jestem zawiedziona nieudolnością własnego organizmu... Ale dobrze było wyciągnąć takie a nie inne wnioski i nie mieć codziennie nerwów jak postronki. Smutno mi, ale jestem o niebo spokojniejsza niż tydzień-półtorej- dwa temu. 
   Jak czytam, że z regularnymi skurczami co 5 (albo i 10) minut powinno się jechać do szpitala, bo poród się zaczyna, to ogarnia mnie pusty śmiech. Ja mam co dwa- trzy dni takie kilkugodzinne akcje, że skurcze mam co 2-2,5 minuty, albo pomiędzy 2,5-4,5 minut. I nic! Taki przykład Wam podaję, skąd takie podejście, mimo tylu marzeń o normalnym porodzie siłami natury.

A teraz trochę innych tematów, więcej radości (przecież z malutkim wszystko w porządku) i kultury.

 Przynajmniej poprzedni weekend spędziliśmy w moim rodzinnym mieście, a dzisiaj wybraliśmy się z mężem... na mecz koszykówki kobiet :) To w ogóle mój pierwszy koszykarski mecz na żywo, bardzo udany, bo koszykarki Ślęży wygrały z drużyną z Bydgoszczy. Bardzo się nam podobało, nie musimy przejeżdżać całego miasta na halę, wstęp dzisiaj był bezpłatny, same plusy :) Zapewne więc nie jest to nasz ostatni taki mecz (w Gdańsku jest Ergo Arena, dzielona na spółę z Sopotem, mieliśmy do niej dokładnie całe miasto po przekątnej, ale w Ergo grają i siatkarze, i koszykarze z najwyższej ligi a koszykarki i piłkarki ręczne są w Gdyni; we Wro obecnie są super siatkarki, koszykarze i koszykarki oraz piłkarze ręczni, ale niektórzy grają w Orbicie, do której też nam dalej...). 

  Córeczka jest cudowna! Miała w szkole bal Wszystkich Świętych. Sama sobie wymyśliła strój- zakłada albę komunijną i mam jej znaleźć patronkę od dzieci komunijnych. Taka się znalazła- błogosławiona Imelda Lambertini, i młoda bawiła się, jako Imelda właśnie. Jej inwencja czasami mnie wprost zaskakuje :) Od pewnego czasu ona powtarza, że chce mieć firmę fotograficzną, i pracować pół roku we Wro, pół roku w Gdańsku. Miłość do obu miast się udziela! Powiem tak- nawet jak mniej ma zarabiać, ale całe życie będzie robić to, co sprawia je radość, to może być każdego rodzaju artystką czy uprawiać jakikolwiek wolny zawód. Nasze kciuki i wsparcie ma, zresztą jak zawsze :) (aparat, który jej daliśmy na Komunię, okazuje się bardzo dobrym wyborem!)

   W tym tygodniu gdzieś wyczytaliśmy, że statystyczny Polak wydaje ok 24 zł na książki rocznie. W czwartek nasza kochana mała wydała dwa razy tyle, na raz, na książki dla siebie. Dostała na to pieniążki od jednej z babć. W niedzielę dostała 4 inne od bioojca... My dorzuciliśmy jeszcze książkę dla siebie, biografię Podróżnika Roku National Geographic, Aleksandra Doby:
  Jak widać, dom książkami stoi. Ja sama czytam (przed snem, więc czasami kończy się to tak, że mimo ciekawego wątku przeczytam ino 2-3 strony, ale nic to) "Bezcennego" Zygmunta Miłoszewskiego. Książka jest bomba, jak ją skończę to ruszę temat z zupełnie innej strony- mamy w domu "Madonnę z dzieciątkiem" bardziej naukowe opracowanie dotyczące dzieł które nie wróciły do Polski po wojnie. W tym czasie Mąż będzie czytał o Dobie. Wyszło śmiesznie- wracając z mojego Rodzinnego Miasta czytałam mu fragmenty tej książki, dotyczące żony podróżnika. Widziałam, że mu się podoba i miałam myśl- tytuł idzie na listę prezentową dla niego. Mąż niemal w tym samym czasie wypalił: no, nie obraziłbym się, gdybym tą książkę kiedyś dostał ;) Ostatnio wchodzimy znowu w takie zgranie i znowu myślimy to samo w tym samym czasie, czasami skutkuje to mówieniem tego samego zdania chórem i naśmiewaniem się potem do rozpuku :)

  Ja więcej robię, "kraftuję". Pomaga mi w tym na pewno podejście: nie rodzę, dziś, jutro ani za tydzień ;) Dzisiaj dopieściłam Minionka robionego na szydełku, jest boski- nie bez jakiś nierówności, ale naprawdę bardzo mi się podoba, jestem z siebie (i z niego) zadowolona. W czwartek rozrysowałam i wykroiłam materiały na organizer na bok szafki, na której stoi kosz mojżeszowy dla Synka. I biorę się za dwa kolejne zamówienia szydełkowe. Ile mi się z tego uda ostatecznie zrobić zanim młody pojawi się na świecie, pewnie maksymalnie za 2,5 tygodnia? Się zobaczy :) 

  Zaczęłam wpis smętnie, ale kończę pozytywnie, bo przecież nie ma co się dobijać, tylko przynajmniej troszkę osłodzić sobie ten czas... 

Mam nadzieję, że wrzucę jeszcze wpis o kąciku małego, torbie do szpitala i takich tam... 

 

środa, 21 października 2015

Gadamy do brzucha: Synku, wychodź, po tej stronie brzucha jest naprawdę fajniej! :) 

 

 

Bardzo liczę na to, że teraz uda się naturalnie... Z Córeczką było tak, że odeszły wody o 00.10, od razu zaczęły się silne bóle (krzyżowe). W szpitalu okazało się, że mam 4 cm rozwarcia. Rodziłam z mamą i swoją położną (taki "prezent" zrobiło mi moje rodzeństwo, późniejsi chrzestni). Akcja postępowała bardzo szybko, ale po podpięciu pod KTG już z nim zostałam... Co skurcz, to tętno małej brzmiało tak, jakby ktoś głośnik odsuwał na 5 metrów... Przed 3 nad ranem miałam ponad 9 cm i zaczęły się skurcze parte... Jednak pani doktor która została wezwana na konsultacje stwierdziła, że nie ma co ryzykować, tętno małej spada- tniemy! I tak na szybko, pod pełną narkozą, o 3.10 urodziła się Córeczka. Punktów Apgar 8 (następne testy już dawały jej 10tki), 3350 g (a był to 38 tydzień, dokładnie 37t3d) i 53 cm.  

Teraz nie mam właściwie przeciwwskazań do porodu naturalnego, blizna trzyma się bardzo dobrze. Trzymamy więc kciuki, żeby Synek dał radę (i ja też) i szczęśliwie, naturalnie przyszedł na świat. 

W firmie Męża kolega miał mieć dzieciątko na sam początek grudnia. Panienka jednak doszła do wniosku, że przyspieszy swoje przyjście na świat i urodziła się w poniedziałek. Mąż wczoraj na spacerze do Synka, "weź już przykład z młodszej koleżanki". A ja się śmieję, że już nie młodsza, bo to że urodzona w 34 tygodniu już się nie liczy, bo ona już urodzona, a nasz maluszek jeszcze nie :P Mała jest w dobrym stanie, więc teraz trzymać kciuki, żeby nadrobiła masą i szybko poszła z mamą do domu. 

czwartek, 15 października 2015

   W poniedziałek zawitaliśmy na izbie przyjęć, z bardzo regularnymi i częstymi skurczami. Były one takie, że mogłam chodzić, ale ta częstość mnie nakręciła, zaniepokoiła i pojechaliśmy. Fałszywy alarm. Spędziłam na IP 5 godzin (!), postawiłam na nogi i zestresowałam siebie, Męża, Córeczkę i dalszą rodzinę i troszkę się zraziłam... do siebie. KTG, czyli zapis tętna oraz siły skurczy pokazało skurcze o częstości porodowej, a jakże (2-2,5 minuty), ale ich siła była taka, że ostatecznie pan doktor mi wpisał "brak czynności skurczowej". Jeśli ich siła nie przekraczała niecałych 30%, to stwierdziłam, że następnym razem pojedziemy albo jak odejdą wody (ach, jakie to wspaniale ewidentne!) albo jak będę po ścianach z bólu chodzić. Tak czy inaczej, czuję się jak chodząca bomba zegarowa... Skurcze właściwie nie minęły, staram się je olewać ile się da.

   Dzisiaj mogę jednak oficjalnie ogłosić: Synek jest donoszony! Teraz to już w ogóle może się rodzić na legalu. Na razie chyba stwierdził, że jeszcze nie wyeksplorował nóżkami wszystkich zakamarków w moim brzuchu... i siedzi tak nisko, że aż mnie kłuje w dole.
Rodzinka zaczyna przeżywać (Mąż) i się ekscytować (Córeczka). Nasze mamy upewniają się, czy wszystko jest OK... 

   Zaczynam ten dzień zmęczona (ostatnio to standard), ale przynajmniej mam jakieś pomysły... Zdrowe jedzenie rządzi dzisiaj: zrobiłam mleko jaglane z prażonym słonecznikiem (usyfiłam pół kuchni i samą siebie, ale smak wyszedł niezły). Otworzyłam boski dżem malinowy od rodziców (moja nutella śliwkowa się już skończyła :( ) i zrobiłam sobie kanapeczki, do tego herbatka i jabłka. Na obiad gołąbki, które ostatnio ukręciłam. Kapustę niby kupiłam najmniejszą, a trzeba było największy garnek przykryć miską, żeby z każdej strony się toto gotowało (część na parze). Teraz marzą mi się kluski śląskie, chyba rzeczywiście ugotuję ziemniaki i będą czekać na jutro...

    Bawimy się w ryzykantów i planujemy na dzień- dwa pojechać do teściów. W ich mieście jest najlepsza porodówka w województwie, więc jak się "trafi" to panikować nie będę. Fotelik i torbę zapakujemy do bagażnika :) A teraz przyjechała do teściów chrzestna Męża ze swoim mężem, nie widzieliśmy się od naszego wesela, a to bardzo fajni ludzie. Może coś się ruszy? A może po prostu będziemy korzystać z każdej minuty jaka nam została? Mi się bardzo dobrze jeździ samochodem- mam adapter do pasów, pochylę siedzenie, Mąż włączy mi ogrzewanie pod plecy które jest cudownym wytchnieniem dla moich umęczonych pleców i mogę jeździć :)

   Fajne mamy te foty ciążowe, więc wrzucam następne :) Jeszcze chwila i nie będzie czego (oby!)
 

poniedziałek, 12 października 2015

   Nie mam siły pisać wszystkiego o końcówce ciąży, bo to już przestaje być przyjemne ;) Ruchy małego są fajne (ale też zdarza się, że krzyczę z bólu jak Synek "odpowiednio" kopnie) i tyle! Mam skurcze, bolą plecy, czasami i skurcze łydek, źle śpię, mam huśtawki nastrojów. 

   Od nocy z soboty na niedzielę mam skurcze, które budzą mnie w nocy, bolą. I pojawiają się co jakiś czas... Gdy ścisnęło mnie dwa razy wczoraj w kościele (oba skurcze po kazaniu, więc w przeciągu mniej niż 30 minut) to zaczęłam się martwić... Synek będzie oficjalnie już donoszony w czwartek, więc te kilka dni powinien jeszcze posiedzieć... Skurcze są jednak nieregularne i nie kwalifikują mnie do szpitala, więc staram się działać normalnie. Ale czuję się... jak tykająca bomba!

   Córeczka wypuściła nas wczoraj na randkę- być może ostatnią przed porodem... Byliśmy w kinie (na "Marsjaninie", w 3D- polecam!!!) i na krótkim, ale przyjemnym spacerku. Dobrze, że nawet od czasu do czasu mamy taką okazję, bo bardzo się nam takie rzeczy przydają. Córeczka bardzo zadowolona, że mogła posiąść cały dom, my bardzo zadowoleni, że mogliśmy wyjść razem :) 

   Ja dokańczam kosz, w którym ma spać Synek, torba do szpitala spakowana, aplikacja do liczenia tych skurczy odpalona (przez ostatnie 2 godziny zliczyła 8 takowych... Mąż miał dzisiaj uprzedzić szefów, że być może któregoś dnia wyjdzie, jeśli zacznę rodzić). Nie możemy się doczekać tak po prawdzie :)  

Tagi: ciąża my
09:04, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 października 2015

Kupujemy auto. 
Wzięliśmy furę na "test", wsiedliśmy całą trójką. Młoda trochę marudzi, bo "nie jest czerwone" (dzisiaj pokazała mi przód audi i stwierdziła, że takie auto ładniejsze... no sorry córka ;P). Po jakimś czasie jednak docenia całą resztę i stwierdza, że właściwie, to może być.

Pół minuty bez gadania a potem:
-podoba mi się tutaj, tylko nie podoba mi się nazwa osiedla na którym mieszkamy (mieszkamy obecnie w dzielnicy Psie Pole)... Nie mogłoby być zamiast "Psie Pole" na przykład "Kocia Łąka"?

Umarliśmy :P

 

Jutro już na 100% auto będzie nasze, a nam spadnie kamień (czyt. głaz) z serca. Nie będę się bała, że nie zdążymy dojechać do szpitala :)

Dzisiaj równe 36 tygodni...   

A Córeczka niedawno umęczyła (bo ją termin gonił) "Dzieci z Bullerbyn". Jej pierwszą tutaj lekturę. Nie chciała żeby jej pomagać, bo chciała przeczytać samodzielnie (więc z ok 250 stron podgoniłam jej może z 10). Wyszło pięknie- ze "sprawdzianu" z lektury ma najlepszą punktację z całej klasy! Dumnam! :)

O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga