RSS
wtorek, 10 maja 2016

uwielbiam jego prześliczne paluszki u rączek, z długimi paznokietkami i stópeczki, mięciutkie, ze wspaniałymi koraliczkami paluszków

uwielbiam jak kręci nadgarstkiem, gdy trze oczka zmęczony

uwielbiam jak uśmiecha się tak szeroko jak zobaczy mnie po obudzeniu

uwielbiam patrzeć jak coś go interesuje, jego uwagę, skupienie

uwielbiam jak cichutko sobie gada po swojemu

uwielbiam jak śmieje się w głos

uwielbiam jak sięga go naszych twarzy i nas dotyka

że ma łaskotki

jak sięga po plastikowe pojemniczki, bardzo niepraktyczne dla jego chwytu, ale strasznie go interesujące

jak wydaje śmieszne dźwięki, czy też robi "prrr" z wystawionym języczkiem, rozbryzgując ślinę... nawet o 3 nad ranem :) 

gdy muszę go "gonić" przy przewijaniu, bo spokojne leżenie na pleckach choć przez 5 sekund jest taaakie nudne

jak przebiera nóżkami i rączkami podczas jedzenia, jakby chciał ssać i biegać naraz :) 

uwielbiam... przebywać z nim, non stop, naprawdę nie nudzi mi się ani na chwilkę, mimo że staje się coraz bardziej wymagający

A pół roku temu jeszcze go z nami nie było. To znaczy, był... ale w zupełnie innej formie. Siedziałam na tej samej kanapie co teraz i podrygiwałam z bólu, raz z powodu skurczy, raz z powodu jego kopania. Chyba nie przypuszczaliśmy, że będzie aż tak wspaniały, tak cudowny, kochany, pogodny... Nasze, całej trójki, słodkie spełnienie marzeń. 

I właściwie nieprawda, że miłość się mnoży, ona się potęguje, niemal rozsadza, zachwyca i napędza!!!

 

 

 

Muszę jednak to przyznać...
Ciąża z Synkiem była koszmarna. Bardzo trudna fizycznie i psychicznie. Niemal od początku coś mnie bolało- pierwsze trzy miesiące bolał mnie brzuch, był to ból praktycznie ciągły, tylko natężenie się zmieniało. Brałam tabletki na podtrzymanie, ale teraz, z perspektywy, wiem, że on trzymał się mnie mocno, to moje ciało (i psyche) zawodziły na całej linii. Męczyłam się ja, męczyła się Córeczka, bo gdy przychodziłam z pracy do domu to kładłam się od razu, byle mieć siły i nie zaszkodzić sobie bardziej do następnego dnia. Męczył się Mąż, bo był daleko i dotykała go niemoc, potem znowu musiał wykazywać się ogromną cierpliwością, delikatnością i inwencją, żeby trzymać mnie "nad powierzchnią". Kolejne przemyślenia z perspektywy czasu: powinnam iść i prosić o zwolnienie lekarskie wcześniej. A ja chciałam pracować, no przecież nie umieram, dziecko się rozwija, czego ja właściwie chcę? Tylko ciąża to trochę mniej zerojedynkowa sytuacja i mimo to, powinnam trochę bardziej zadbać o siebie wtedy...

Potem był straszliwy ból i całkowita utrata kontroli. Bezsenna noc, z boleściami, z myślą, że to znowu żołądek, ale tym razem jakoś inaczej, mocniej i... nie chce się skończyć. Pierwszy raz w życiu wzywałam dla siebie karetkę. Kilka ciężkich godzin na izbie przyjęć, na badaniach i świadomość, że nie wychodzę tego dnia. Telefon popsuty, ja na wpół nieprzytomna z bólu, a tam dziewięciolatka wraca ze szkoły i jesteśmy same, samiuśkie... To, co wyczynił Mąż przez telefon, co ustalił i jak zorganizował, nie mając ode mnie właściwie żadnych informacji, zasługuje na medal. A ja wciąż wywołuję sensację, gdy mówię, że przeszłam ostre zapalenie trzustki w ciąży! To, że wykaraskałam się z tego w cztery dni (mówiąc o szpitalu, kolejne dwa lub trzy praktycznie przeleżałam) to jakiś cud, albo przynajmniej szczęśliwy zbieg okoliczności (ja swoje wiem... gdy się wierzy, to fakt, że ból minął mniej więcej w tym samym czasie, kiedy cała rodzina się za mnie modliła- Córeczka wszystkich pilnowała przez telefon, to nie jest przypadek).
Po przeprowadzce byłam przede wszystkim wycieńczona, upalne lato nie pomagało. Rozpakowanie kartonów zajęło mi ok. 1,5 miesiąca, bywało, że w połowie codziennego mycia naczyń musiałam usiąść, albo najlepiej się położyć, nie mówiąc już o spacerach, spotkaniach itp. Takowych było dosłownie kilka przez ten czas. Myślałam, że trochę bardziej się wtopię we wrocławski tłum, a tu guzik (tym bardziej miałam ogromną radość ze spacerów po porodzie- chodziłam dużo i szybko, bo MOGŁAM!). Każde wyjście z domu było przygotowane, obmyślone i... najczęściej zanim się stało, było odkładane kilka dni. Do tego coraz gorsze i gorsze samopoczucie psychiczne, które osiągnęło apogeum podczas miesięcznego okresu skurczy przepowiadających, serii fałszywych alarmów, na dokładkę z tygodniowym przeterminowaniem- tu też udało się wyjść z tej wyrwy automatycznie gdy malutki się urodził.

Nie żałuję ani pół minuty spędzonej w tym stanie, bo malutki to nasza ogromna miłość i szczęście... Ale nie mam co ukrywać- było okropnie. Myśl o kolejnym dziecku jest silna, ale mam obawy związane z samym "odmiennym stanem". Z Córeczką też miałam szereg dolegliwości, ale ogólne odczucie było okej, miałam nadzieję że z Synkiem będzie podobnie.  A tu guzik... Dobrze, że jesteśmy już po, i że Synek jest z nami, cały, zdrowy, coraz cięższy i coraz ciekawszy :) 

PS. Taki wpis słodko-gorzki, ale z dodatkowym przemyśleniem: po takiej ciężkiej ciąży miałam wspaniały poród. Nie był bezbolesny, oj nie, ale był wspaniały i jestem z nas dumna!

PPS. Pół roku temu były moje urodziny, więc dzisiaj są urodziny mojego wspaniałego, kochanego Męża. Wszystko mu powiedziałam na żywo, więc nie będę się tu powtarzać :) Kocham :*

poniedziałek, 09 maja 2016

Nie zapomniałam! Tylko miałam straszliwie pracowity kwiecień i nie miałam chwili i weny na porządne pisanie. 

Teraz na rozbieg podrzucam kilka zdjęć z najfajniejszej naszej majówki. Gdzie Cinnamonki mogły pojechać... do Gdańska oczywiście :) 
To był mój, Męża i Synka drugi wyjazd od przeprowadzki- w pierwszej połowie kwietnia pojechaliśmy go Gdańska dosłownie na dobę, ponieważ miałam tam długo oczekiwaną rozprawę w sprawie podwyższenia alimentów na Córeczkę (po wielu, wielu latach zabrałam się za ponowną próbę podwyższenia ich). Sama młoda nie została wtajemniczona w tę sprawę, została w szkole, nęcona obietnicą trójmiejskiej majówki. No to pojechaliśmy :)

 

To był nasz pierwszy wyjazd tego typu- do hotelu i w ogóle... Córeczka zachwycona hotelowymi śniadaniami, aż się nam śmiać chciało, nie chciała czekać aż my zejdziemy na dół, tylko sama leciała szybciutko :) Połaziliśmy po znajomych kątach- Gdańsk, Gdynia, Sobieszewo, spotkaliśmy się z moimi znajomymi z pracy i zwiedziliśmy Toruń (Córeczka jeszcze nie była- odwiedziliśmy Muzeum Piernika, zagraliśmy w mini golfa i jedliśmy lody na Rynku). To takie wyjątkowe "wakacje", kiedy przyjeżdża się do... swojego miasta :) Nigdzie się nam nie śpieszy, dokładnie wiemy gdzie i jak iść, czego się spodziewać... Myślałam też (szczególnie za pierwszym kwietniowym razem), że po tylu miesiącach to się zaleję łzami na sam fakt, że tu jestem, ale nie: po prostu jestem, jakbym nigdy nie wyjeżdżała. Fajnie tak :) 


Synek chyba też gdzieś w genach ma ten Gdańsk, bardzo mu się morze podobało, w ogóle świetnie się z nim jechało (jeden postój przez ponad 400 km...), no dziecko-cud, wspaniały, pogodny, przekochany cud :)  

piątek, 08 kwietnia 2016

  Spełniłam swoje małe marzenie i kupiłam chustę, która siedzi mi w głowie od dłuższego czasu! We wtorek mam nadzieję zostać szczęśliwą posiadaczką kolorowych kropli firmy Lenny Lamb. 

   Na razie jednak nosimy się w chustach po siostrze oraz "łamiemy" (używamy żeby zmiękły) cudze. Mam nadzieję niedługo zamotać wreszcie Męża :) 

   Uwielbiam to. Serio, chustowanie jest cudowne do ogarniania domu (także do mycia okien przed Świętami bez zanudzenia dziecka), do przemykania przez miasto (kiedy trzeba gdzieś dotrzeć tramwajem, a nie mamy czasu na czekanie np. 40 minut na przyjazd pojazdu niskopodłogowego), na plażę (już niedługo :)) i inny ciężki, grząski teren. Oraz na zakupy, gdzie przemykamy autem z miejsca na miejsce i nie mamy ochoty wozić, składać i rozkładać wózka. :)

   Synio nie ma raczej nic przeciwko, na spacerach wtula się i usypia. Czasami w domu się denerwuje, bo raczej domaga się kontaktu w cztery oczy a nie noszenia na plecach, taki malutki wymagacz ;)

23:59, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Kiedyś uwielbiałam sobie od czasu do czasu wypić kubek ciepłej i słodkiej kawy, z dużą ilością mleka i cynamonem. 

Teraz... 
piję karmelową inkę, z mlekiem roślinnym, słodzoną stewią. Normalnie histerstwo rządzi! ;P

A chodzi o to, że kofeinę ograniczam, żeby malutkiemu nie dokładać (bo i po co... o ile, jako niskociśnieniowiec, nie padam na pyszczek, to nie piję teraz prawdziwej). Stewię wprowadziłam, bo chcę wspomóc utratę wagi po ciąży (idzie opornie, a na dietę nie przejdę na razie). Mleko roślinne za to jest wyjściem na przeciw brzuszkowi Synka, który niestety nie do końca toleruje laktozę. No i macie to swoje hipsterstwo :P 

Oczywiście, śmieję się z tego, ale ewolucja, którą przeszedł mój standardowy kubek kawy... :) 

 

BTW, normalnie piję kawę rozpuszczalną, liofilizowaną- jak dla mnie jest zdecydowanie mniej cierpka niż standardowa rozpuszczalna, w granulkach. Polecam :)

A mleka roślinne kiedyś robiłam sobie sama, obecnie kupuję, najczęściej w Rossmannie. Na pewno mleko migdałowe robione przeze mnie, w domu, było zdecydowanie lepsze, niż to kupne. Najsmaczniejsze- dla mnie- jest mleko sojowe "lekko słodkie" z Alpro, ale z sojowym staram się uważać, bo jednak zawiera trochę hormonów. Obecnie mam ryżowe rossmanowskie i spokojnie daje radę :) Co ciekawe- żadne roślinne nie rozbiela kawy tak, jak to krowie :)

20:45, cinnamon.tea
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 marca 2016

Nasz mały człowiek skończył w piątek 4 miesiące :) 

Jest wspaniałym dzieckiem, pogodnym, uśmiechniętym, kontaktowym, przekochanym :D 

Przede wszystkim Synek nie jest już dzieckiem bezpiecznie leżącym na kanapie- obecnie stosujemy ścisły nadzór lub młody jest eksmitowany na matę na podłodze. Dwa tygodnie temu w niedzielę młody przekręcił się z brzuszka na plecki, a kilka ostatnich dni czwartego miesiąca to intensywne przekręcanie się na boczki i dalsze kombinowanie "jak by to zrobić, żeby przekręcić się dalej"... (ostatecznie udało mu się to wczoraj na płaskim i dzisiaj co chwila na brzuszek trafiał).
Do tego malutki ciągnie głowę do góry, trochę mu to zajęło, ale jak już podłapał o co chodzi, to teraz ani myśli leżeć. W foteliku dziecko przypięte, ale główkę podnosi. Na naszych kolanach czy brzuchach to samo. Na macie niby leży płasko, więc mu trudniej, ale łapie za zabawki i próbuje się na nich podciągać ;) Nie sadzamy go, ale ostatnio ciężko go ułożyć w pozycji półleżącej, bo się koleżce śpieszy do siedzenia. Ciekawe, kiedy siądzie samodzielnie?  
Rączki wędrują ciągle do buzi, a nóżki gdzieś pędzą... Synek opanował też sztuczkę: w foteliku zapiera się piętkami, podnosi tyłeczek, co kończy się dość szybkim zsunięciem się młodego tak, że główka niemal ląduje tam gdzie powinna być pupa, a stópki dyndają poza fotelikiem :) 

 

Przeżyliśmy szczepienie, całkiem poważne. Synek zniósł to bardzo dzielnie, zapłakał tylko na chwilę a potem już strzelał uśmiechami do pielęgniarki która robiła mu te zastrzyki. Po wyjściu z przychodni maluch usnął od razu, po południu miał stan podgorączkowy, ale "okłady z kota" :P bardzo mu pomogły i w nocy już nic złego się nie działo. 
3,5 tygodnia temu Synio ważył 5960 g. Obecnie zaczyna mi wychodzić z ciuszków rozm 68 powoli... :) Oczy robią się zielone.  

 

Synek bardzo lubi... lwy :) Na macie edukacyjnej najłatwiej się ciągnie za łapki lwa i żyrafki, więc ustawiam mu je blisko buzi. Niedawno Synek dostał inną zabawkę- lewka i już podbił jego serce. Poza tym malutki usypiając wyraźnie szuka czegoś do przytulenia, więc śpi z kocykiem-przytulanką króliczkiem. Dostaliśmy go w prezencie, jest cudownie miękki, super gadżet :) 

nowy lewek czasami jeździ z nami na spacery, wspiera chrząszcza :P 
 

Ogromną nowością jest swego rodzaju rutyna Twarożka w nocy. Cały zeszły tydzień usypiał niemal równo o 23. Jeszcze z płaczem, niestety ciężko było trafić moment, kiedy chce mu się spać, ale nie jest "przeciągnięty". Staramy się go wyczuć i już trzymać tej rutyny, pomóc mu w tym. Malutki budził się o 7.30 i ok 9.30 padał na pierwszą dzienną drzemkę. Wcześniej raz pomarudził godzinkę i padł, innym razem budził się o 8.30, kiedy indziej... dawał mi spać i budziliśmy się ok 10. Teraz więc i wieczory mam regularne (bywało, że Synek porządnie usypiał dopiero ok 1), i poranki :)

z kocykiem-przytulanką królisiem, ostatnio nieodłącznym pomagaczem snu :) 

Mam za to, ponoć wyimaginowane zmartwienie- młody je może nawet dość często, ale ekstremalnie krótko- czasami ssie intensywnie tylko 2 minuty! W nocy chyba sobie odbija, albo filtruje powietrze i odżywia się głównie zanieczyszczeniami :P Ja tu się martwię, ale Synek jest spokojny, uśmiechnięty (wkurza się praktycznie tylko wtedy, kiedy chcę go przystawić do piersi, a on nie chce... i kiedy jest przemęczony), nie ma zapadniętego ciemiączka itd, więc o ile waga będzie w normie, to chyba muszę uznać, że taka nasza uroda...  

W tym miesiącu nasz kot wykazuje zdecydowanie większe zainteresowanie niemowlęciem... choć może powinnam napisać: zmniejsza dystans. Kot kładzie się blisko, albo nie ucieka jak kładziemy Synka obok niego. Malutki ma mocny chwyt, zawsze trochę kłaków mu w piąstce zostaje, ale kot ledwo na niego spojrzy, jest bardzo cierpliwy. Ciekawe na co pozwoli najmłodszemu w rodzinie, kiedy ten ostatni zacznie raczkować albo chodzić :) Na razie muszę kota pochwalić. 

 

Mam nadzieję, że podsumowanie się Wam podobało :) Pozdrawiam w imieniu swoim i naszego malucha :) 

wtorek, 08 marca 2016

Według licznika na stronie liczba wejść na stronie przekroczyła 100 000! Bardzo Wam dziękuję :) 

U nas leci, i to tak straszliwie szybko, że nie wyrabiam. Dzieje się dużo dobrych rzeczy, i to tych najważniejszych, codziennych- zdrowe, uśmiechnięte, cudowne dzieciaki i my. Ostatni tydzień był koszmarkowy jeśli chodzi o inne atrakcje, ale mam nadzieję, że mamy to za sobą. Zaraz malutki skończy 4 miesiące, i na pewno postaram się o jego rozwoju napisać. Jego uśmiech, szeroki, zawsze taki cudnie szczery, rozświetla nasze życie i daje masę radości. Kochany!

 

Czeka nas za miesiąc wyprawa... do kochanego Gdańska. Gdańska, którego wzgórza mi się śnią :) Po 10 miesiącach... Nie przepadam za opowiadaniem o tej sprawie, ale po ponad 7,5 roku odbędzie się rozprawa o podwyższenie alimentów dla Córeczki. Dostaję na nią delikatnie mówiąc śmieszną kwotę (poniżej tego, które oferuje fundusz alimentacyjny dla potrzebujących) więc przyszedł czas, żeby to zmienić. A z racji tego, że pozew składałam w maju nad morzem, teraz muszę się tam wybrać. Właściwie to się cieszę :)  

poniedziałek, 22 lutego 2016

... Córeczka powtarza sportowy wybór mamusi i chodzi na zajęcia z piłki ręcznej! :D

 

Ja sama trenowałam w moim rodzinnym mieście, w VI klasie podstawówki i krótko w I klasie gimnazjum. Zafascynowana byłam seniorkami w naszym klubie więc prędzej czy później chyba musiałam trafić na treningi własne, ale nie byłam (delikatnie mówiąc) jakimś talentem. Większy dryg chyba miałam do tenisa, tylko warunki nie te (mój wzrost nigdy tak bardzo mi nie dokuczał jak wtedy). Ręczna dała mi jednak sporo doświadczeń i radości- nauczyłam się pracy zespołowej, zaparcia i większej odporności na ból. To ostatnie to w ogóle bardzo się przydało :) 

Córeczce też się przyda. Jej przyjaciółka, 4 lata starsza, także trenuje ręczną, więc było nam łatwiej zaproponować jej to granie. Pomogły jeszcze rozgrywki reprezentacji w grudniu i styczniu i klamka zapadła. 

Trzeba przejechać spory kawałek, z przesiadką, ale połączenie mamy super. Odebrać nas z hali może już Mąż. Siedzieliśmy na hali i zastanawialiśmy się: spodoba się jej, czy nie? Tu dostała "w paluszek", tu w nos, gdzieś błędy porobiła, ale po 1,5 godziny biegnie do Męża i pyta się, czy jej piłkę do domu kupimy :) Oczywiście: kupiliśmy jeszcze tego samego dnia :) 

Bardzo się cieszę. Córeczce sport, szczególnie zespołowy, twardy, intensywny, bardzo się przyda. Oby jej nie przeszło!

23:36, cinnamon.tea
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 lutego 2016

10 listopada miałam dość intensywny dzień: byłam na występach klasy Córeczki w jej szkole, jechałam po skierowanie do szpitala, nie wysiadłam tam gdzie trzeba, jak już wysiadłam, to miałam „dość blisko” do pracy Cinnamonowego… No i tak kombinowałam, kombinowałam aż zrobiłam sobie łącznie kilkukilometrowy spacer do szpitala (gdzie przyjmuje mój doktorek). Wróciłam do domu, piekłam ciasto (to były moje urodziny), coś tam sprzątaliśmy, pakowałam się na planowane przyjęcie następnego dnia na patologię ciąży… Dzień był przemiły (poza momentem wielkiego ryku jak wróciłam do domu, ale dół miewałam codziennie ostatnio), ale znowu mnie męczyły skurcze. Nie liczyłam częstotliwości, ale jak były, to bolały bardzo… tutaj już o tym wspominałam, to był niemal miesiąc takich męczarni. 
Z racji wolnego na następny dzień mieliśmy dość luźny wieczór, siedzieliśmy do późna. Jeszcze o pierwszej mówię Mężowi, żebyśmy coś objerzeli, on już nie chciał, ale i tak poszliśmy spać ok drugiej…

Tuż przed piątą budzi mnie skurcz. Oooo cholera, ale boli. Po drugim takim… zaczęłam sobie różaniec odmawiać. I nie skończyłam, kolejny był taki, że jęknęłam. Cinnamonowy wyciąga rękę, masuje mi krzyż i się pyta: czemu mnie nie budzisz? (no przecież właśnie cię obudziłam, nie?) Mówię mu: wiesz co, idę pochodzić. 
Wstałam i nie wyszłam z pokoju- czuję, że coś pęka i leci. Mężusiu, wody mi odchodzą! On wystrzelił jak oparzony z łóżka, zaczął się ubierać, a ja klęczę w rozkroku i ryczę- bo się wzruszyłam :) Trochę męża wyluzowałam- on się pyta, co zrobić, a ja do niego: śniadanie sobie zrób…
Weszłam pod prysznic, ale potem zaczęły się schody- nie mogłam się ubrać, skurcz za skurczem, a wraz z nimi wody chlustają jak w filmach- tu kałuża, tam kałuża, zalane ubrania, następna zmiana… Ostatecznie wypiłam trochę herbaty, odrobinę musli z mlekiem, obudziliśmy Córeczkę po 6, i zebraliśmy się do szpitala. Mąż musiał mi założyć skarpetki i spodnie, ja co chwila na kolanach rzucałam się opierać o pufę z tekstem w stylu „o Jeeezu” bo skurcz. Po skurczu odpoczywałam, a jak tylko nabrałam sił, żeby się zbierać, to przychodził kolejny skurcz O_o

Jeszcze w międzyczasie usiadłam sobie i stwierdziłam: imię jak dziadek polityk... data urodzin jak wujek polityk... przerąbane :)
W aucie w pozycji siedzącej udało mi się tak niby przysypiać… Podjechaliśmy tuż pod wejście do szpitala zaraz po 7, ja wysiadłam, Cinnamonowy upewnił się, że te kilka minut dam radę i pojechał odstawić auto. 
Na izbie nie ma nikogo, hurra! Wchodzę od razu do IP, i od razu na kolana znowu, bo skurcz. Zanim doszłam na kozetkę skurcz. Ściągnęłam ciuchy, nie mogę wejść na kozetkę- bo skurcz. Położna dzwoni na górę- jest tam (tu imię lekarza)? Dajcie go, szybko, bo mam tu skurcz za skurczem. Żeby tylko skurczem! Wody i krew się leją… 
Lekarz wpadł, zbadał na szybko… usłyszałam, że rozwarcie jeden centymetr to się zdziwiłam, ale co poradzić, skurcze i tak dają czadu więc jakoś się rozrusza- tak myślałam jak mnie jeden pan na wózku wiózł piętro wyżej na porodówkę. Wyszło na to, że wtedy nie usłyszałam, i że to było siedem, a nie jeden :) Na izbie dostałam flanelową koszulę szpitalną, pewnie swoich ciuchów i tak bym nie włożyła (miałam getry i ręcznik w gaciach-dosłownie).
No i tu nie wiem, ile Wam opowiadać, ale dowieziono mnie na porodówkę, na salę „Zima”, zaraz dotarł Cinnamonowy z rzeczami… i za chwilę musiałam być cała umyta i pozbyłam się tej koszuli. Mąż ubierał mnie w moją koszulę dresową, wystarczyło że mi naciągnął na ręce, i tak nie marzłam za bardzo. 
Najpierw na chwilę ogarniała mnie położna, która wtedy była jakąś szefową zmiany, podpięła mnie pod KTG (i ona nie puściła mnie do toalety, tłumacząc, że to fizjologia, nic nowego, a już nie mogą mi pozwolić wyjść z sali- zrobiła to tak) zaczęła szybko omawiać z nami plan porodu, dotarła nasza położna, młoda i fajna pani S. Zbadała, motywowała, wspierała. Ja na lewym boku, co skurcz to łapałam za rączkę łóżka porodowego (takie nowoczesne było) i przy okazji że było mi tak łatwiej, to zaglądałam na puls małego i siłę skurczy. Siłę zaraz olałam, ale po dźwięku tętna wiedziałam, że młodemu serducho na początku każdego skurczu zwalnia…Myślę sobie: no nie no, powtórka z rozrywki… Bardzo mocno skupiałam się na oddychaniu, choć mam wrażenie, że to w takim momencie chyba najtrudniejsza rzecz na świecie… Ale ponoć skoki tego typu były w normie i przy moim zmotywowaniu nic się nie pogarszało.

Kojarzę że miałam stopę opartą na podpórce i mi skakała strasznie, przy skurczu to już w ogóle, drgawki. Mąż chciał to powstrzymać, ale jak mi przytrzymał tą nogę to myślałam, że oszaleję, no musiała mi się gibać i tyle! A druga rzecz- pytają się Cinnamonowego, czy mamy picie, a my dosłownie w małej szklanej butelce od kubusia wodę mieliśmy. Mąż chciał coś kupować (wychlaliśmy oba soki jakie mieliśmy wieczorem- no bo przecież ja nie rodzę, nie?), no ale go uświadomiłam- nad ranem, w święto narodowe? No to dostał ampułki z wodą destylowaną i mi do buzi wlewał i usta zwilżał :)

Najpierw na porodówce skurcze miałam bardzo silne, krótkie i na dokładkę przerwy były bardzo krótkie- to był chyba osławiony kryzys siódmego centymetra… Ale potem jakoś to szło, pracowałam tym oddechem ile się dało. No i trochę mnie „podpierało” i w pewnym momencie ta pani S. mówi, żebym sobie „na próbę” trochę poparła, bo mały jest jeszcze wysoko, z centymetr, albo dwa. No dobra, to tak sobie po troszku popieram… 
Pani S. mnie ustawiła inaczej- na plecach, ręce miały swoje „łapki”, stopy na podpórki (nie strzemiona) i… dajemy! Ja się parcia bardzo bałam, byłam przekonana że moja forma jest tragiczna, i nie wiedziałam, czy po prostu będę miała siły… A co się okazało- organizm dobrze wie co robi, a siły w nim zawarte są niesamowite! Mnie skurcze parte nie bolały, to był tylko i wyłącznie wysiłek. Skurczy wystarczało na dwa, maksymalnie trzy parcia, położna trochę kierowała, ale chwaliła i odpuszczała i właściwie potem zagrzewała bardziej niż mówiła, żeby jeszcze pocisnąć. Momentami trochę pomaga mi, rozciąga, kieruje palcami, to boli, fakt, a na koniec przykłada jakąś wilgotną ściereczkę, chyba krocze chroniła. Gdzieś tam na początku mówi- no to na dziewiątą umawiamy się na poród. Ja oko otworzyłam i na zegar- jest 8:30- Cooo? Za pół godziny??? 
Położna zmieniła mi ustawienie, żebym sama się pod kolanami złapała, bo maluch tak jeszcze szybciej zejdzie. Trochę mniej czułam, gdzie kieruję parcie, ale za to… zaczęłam bardzo wyraźnie czuć główkę małego (nawet pokrzykiwałam do siebie, Męża, położnej- czuję go! przesuwa się!). Ojej, ale to było napięcie, co skurcz to zmiana- położna widzi, że Synek ma czarne włoski, potem czuję go w miednicy, potem mogę dotknąć jego główkę… coś niesamowitego. Mam wrażenie że oboje już się wzruszamy, płaczemy pomiędzy skurczami…
Wyszła główka, potem jeszcze jedno albo dwa parcia i malutki się wysunął ze mnie… jeszcze pomiędzy moimi nogami był, położna odwijała mu pępowinę z brzuszka (bo był owinięty, albo wokół klatki, albo wokół brzuszka) a my w płacz, oboje… I zaraz Synek trafia na mój brzuch, taki malutki, wilgotny, ciepły, cudowny… Zapłakał raz, na klatce u mnie był taki cudownie spokojny… :)

Spędziliśmy kilkanaście minut z nim, wzruszeni, zachwyceni- mamy naszego Synusia! A ja powtarzałam: jaki jesteś cudowny... :)

 

A dalszy ciąg jest troszkę bardziej „zmedykalizowany”- bo łożysko nie za bardzo chciało odchodzić. Lekarz taki wielgachny do nas zaglądał i ogląda mnie… i spróbował ruszyć toto… Ała!! No dobra, czekamy jeszcze z kwadrans. W tym raz próba parcia, potem na chwilkę założono mi cewnik, na wszelki wypadek, gdyby to pęcherz blokował to łożysko. Po tych 10 czy 15 minutach udało się urodzić łożysko (wciąż z malutkim na brzuchu, nawet possał trochę, praktycznie sam złapał pierś) ale… nie w całości. No to z lekarzem decyzja- łyżeczkowanie, i szycie przy okazji, bo lekko pękłam. Poradzono nam, żeby małego wziąć, że pójdzie na noworodki na chwilkę. Ja się zorientowałam i mówię- a mąż może iść? No jasne, że może, więc Mąż spędził swoje pierwsze chwile sam na sam z synem. Przy okazji położna szybciutko go zmierzyła i zważyła- 3520 g i 56 cm. Otrzymał 10 pkt Apgar.

Te zabiegi były oczywiście najgorszą częścią porodu- inaczej bolą skurcze, inaczej boli szycie- to jest cholernie ostry ból, jeszcze na takiej masakrze na błonach śluzowych, jaką jest poród. A przy łyżeczkowaniu- no jak taki stary mikser, co był do ubijania, jakby to w brzuchu latało- takie miałam skojarzenia, że to tak nieprzyjemne, że aż boli. Uch!

Malutki wrócił do mnie, i zostaliśmy przeniesieni do sali obok- sala porodów w wodzie została zmieniona na salę położniczą. I tam zaczęłam czuć kość ogonową, ten ból długo przeszkadzał funkcjonować... 
Po jakiś 2,5 godziny Mąż pojechał wykończony do domu (mój brat zabrał Córeczkę do siebie, był z samego rana po nią i jeszcze jej pomagał zbierać ręczniki papierowe z tymi moimi wodami- cały salon był nimi usłany… ;)), i po jakiś 30-45 minutach Synek poszedł na noworodki na przyjęcie… A ja miałam powoli wstawać. Najpierw położna mi mówi, że po łyżeczkowaniu najczęściej kobiety potrzebują więcej czasu… Ale potem było jednak coraz gorzej. Trzy próby wstania, w tym wyjście pod prysznic, kończy się uderzeniem gorąca i szumieniem w uszach (prysznic wzięłam, jak się ubierałam to się stało- położna mnie odprowadza na salę i czuję jak trzyma mnie coraz mocniej i ciaśniej- chyba odjeżdżałam). Dopiero zaczęłam nabierać sił ok 17-18, uniknęłam kroplówek z elektrolitami, ale Synka dostałam dopiero jak przyjechali Mąż z Córeczką- mi samej by go nie oddali. Po wizytach męża i córy, potem moich rodziców, już na tyle się ogarniałam (raczej na leżąco), że malutki został ze mną. ’

Pierwsze dwa dni spędziliśmy na sali obserwacyjnej na porodówce, też przerobionym na trzyosobową salę- takie było przepełnienie. Spałam na łóżku porodowym,które nie jest płaskie, więc było… słabo, straszliwie mnie bolały biodra, bo na nich opierał się cały ciężar ciała. No ale tu mogę narzekać, za to na synia wcale- pięknie ssie od początku, wcześniej mógł wisieć non stop na piersi (stąd po 2 dniach zawezwałam o smoczek, ale używamy go mimo wszystko oszczędnie), gdyby nie ta żółtaczka i naświetlania (jeden dzień) to w ogóle nie można się przyczepić :)

Opieka i podejście personelu w szpitalu na Kamieńskiego cudowna, serio. I na porodówce, i na położnictwie. Miałam inkubator z lampami w pokoju, wyjmowałam Synka na karmienie, panie pomocne… Gdyby nie fakt przepełnienia (brakuje im ok 10-12 łóżek właściwie obecnie) to naprawdę byłoby bosko :)

 

Udał mi się VBAC, i mam wrażenie, że zostałam nim pobłogosławiona. Nie każdemu się udaje i nie ich wina. Ja mogę powiedzieć- nie żałuję że zdecydowałam się na poród siłami natury!

piątek, 19 lutego 2016

Nasze małe błogosławieństwo dzisiaj ma 100 dni :) 

Pierwsze dziesięć dni to był pobyt w szpitalu, uczenie się nawzajem i ciągłe zachwyty :) 

Gdy Synek miał 10 dni poszliśmy na pierwszy spacer, więc druga dwudziestka to były pierwsze spacery, jazdy, wspólne odkrywanie świata

Trzecia dziesiątka to pierwsza jazda do dziadków, wizyty położnej...

 

Rozpoczęcie 2 miesiąca życia Synka rozpoczęliśmy współprowadząc weekend dla narzeczonych- oczywiście razem z naszym maluszkiem :)

 

Piątka dziesiątka to Święta i chrzciny :)

Nowy Rok  i Trzech Króli zmieściły się w sześćdziesięciu dniach życia

Siedemdziesiątka to odpoczywanie od podróży i spokojne spędzanie czasu we Wro... co chwila widzimy zmiany u Synka. Musieliśmy zrobić badanie krwi, Synek był niesamowicie dzielny

Ósma dziesiątka to ochrona malutkiego przed gorączkującą siostrą... Udało się ochronić malca i wyleczyć Córeczkę przed jej urodzinami

Dziewięćdziesiąt dni Synka przeszło podczas urodzin i ferii Córeczki :)

No i teraz... Ostatnio Synio skończył 3 miesiące i wreszcie udało się go zaszczepić. A ja coraz bardziej się upewniam, że nasz Twarożek ma jakąś lekką skazę białkową... 

 

Synek bardzo nam urósł (z 56 do 64 cm- i to mierzyłam go 1,5 tygodnia temu), "utył" (od 3520, przez 3240 do obecnie 5940 g- ważony był wczoraj), uśmiecha się, płacze łezkami (choć rzadko), umie spać nawet pod 7 godzin z rzędu, pięknie z nami głuży, długo leży na brzuszku, obserwuje swoje otoczenie, sięga po zabawki i często już je chwyta, ogólnie to sama nasza RADOŚĆ :) 

19:27, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 lutego 2016

...czyli odrobina minimalizmu w naszym domu.

Jeszcze przed porodem szykowałam się do tej notki, i porobiłam te zdjęcia:
Synkowe "kosmetyki", to co mieliśmy w domu i co wtedy kupiłam 

 

i okołokosmetyczne zbiory dla mamy

 

Zacznę od końca, czyli od "kosmetyków" dla mamy, bo chcę tylko o tym wspomnieć: 
Całą ciążę smarowałam brzuch kremem na rozstępy (właściwie to nie ja- wieczorne smarowanie brzucha celebrował Mąż :)) i bardzo sobie chwalę tą Ziaję- dość tania (ok 26 zł), wydajna, polecam :)
Koniecznie kupiłam sobie lano- maść, też z Ziaji- super sprawa na podrażnione brodawki sutkowe, polecała go nawet świetna doradczyni laktacyjna w szpitalu. Na dokładkę lanolina przydaje się do impregnowania wełnianych pieluch wielorazowych (takowych na razie nie posiadam, ale na wszelki wypadek... :)). Bardzo tania jak na lanolinę- ok. 12 zł.

Maltan to maść z mocno stężonej glukozy, która bardzo szybko ratuje umęczone sutki. Moje tym razem nie cierpiały wiele, więc wystarczyło nakładanie lano- maści i nawet tego Maltanu nie użyłam. Dostałam od położnej, puszczę dalej w obieg.
Płyn do higieny intymnej być musi, i już. Tutaj saszetka dodana jako gratis do lano- maści. Mam w domu płyn, który kupiłam w Biedronce i go lubię. Dla mnie takowy powinien spełniać trzy życzenia: zawierać kwas mlekowy; zawierać wyciąg z kory dębu; opakowanie powinno zawierać pompkę.
Ricinus communis to środek homeopatyczny który wspiera przy karmieniu piersią. Dostałam dwa takie opakowania od dobrej duszy z pracy. Mleko było, Synek cudnie ssał- nie użyłam. Puszczę z Maltanem dalej :)

Olejki eteryczne to część naszego wielopieluchowania. Olejek z drzewa herbacianego trafia do kosza do przechowywania zużytych pieluch (kilka kropli na dno i ścianki). Lawenda i cytryna mają za zadanie dodać trochę zapachu i wspierać odkażanie w pralce. Wielopieluchujemy ponad 2,5 miesiąca i właśnie buteleczka olejku lawendowego się skończyła, zaczynamy cytrynkę.
Przy okazji: schodzi nam mniej więcej opakowanie proszku do prania dla dzieci na miesiąc (1,8 kg). Kupuję Lovelę, udaje się trafiać na promocje, więc liczę takie opakowanie za 18 zł. Piorę ciuszki razem z pieluchami, więc liczę, że mniej więcej 2/3 opakowania schodzi stricte na pieluszki. Wychodzi miesięcznie koszt proszku: 12 zł, olejki ok 3 zł. 

 

Przechodzimy do kosmetyków Synka :)

Wielopieluchowanie zmienia trochę podejście do używania kosmetyków dla dziecka. Kremy i oleje umieją zatkać pory w pieluszkach, co może albo doprowadzić do przeciekania, albo do zatrzymania nieprzyjemnych zapachów. Poleca się więc nieużywanie kremów do pupy bez potrzeby. I rzeczywiście- praktycznie nie ma potrzeby korzystania z kremów! 

Minimalizm kosmetyczny w naszym wydaniu opiera się na oleju kokosowym, wazelinie i płynie do kąpieli z pompką z Rossmana. Wazelina do smarowania buzi na mróz (a więc tej zimy użyłam go tylko kilka razy), do kąpieli łyżeczka oleju kokosowego+ do mycia główki płyn.
Po takiej kąpieli maluszek pachnie jak kokosowa pralinka, a skórka jest cudowna! 

Od narodzin maluszka dostaliśmy dwa duże płyny do kąpieli z emolientami, w tym Emolium w zestawie, z kremem na odparzenia i oliwką "do ciała z lipidami". Obecnie oliwkę używam do masażu po kąpieli, a gdy cokolwiek się zaczerwieni na pupce (Synkowi mała kupka nie przeszkadza i umie usnąć z taką, bez jakiegokolwiek znaku, że coś jest nie tak- zdarzyło się to kilka razy i wtedy wystarczyło jedno takie smarowanie). Od początku stycznia używamy też płynu do kąpieli, bo mamy tego już całkiem sporo, więc używamy "bo mamy". Skończą się płyny- wracamy do oleju kokosowego :) 

Na zdjęciu są też: octenisept do pielęgnacji pępka (niestety u nas się trochę babrało i skończyło się na spirytusie i dermatolu- żółtym pudrze z apteki), mąka ziemniaczana do ewentualnego zasypywania- i pupy, i pępuszka. Mydło w kostce, takie proste- do mycia w umywalce po jakiejś większej "akcji" ;) Krem Ziajka służy nam czasami do posmarowania buzi czy ciałka po kąpieli, zabieram go awaryjnie na wyjazdy (podczas których często używamy pampersów). Nivea na odparzenia była w jakiejś paczce u położnej, i tyle mogę powiedzieć na temat tego kremu...

Witamina D i K powinna być podawana codziennie od 8. dnia życia do skończenia 3 miesięcy maluszka. Warto się w to zaopatrzyć, żeby potem nie biegać do apteki zaraz po wyjściu ze szpitala. Synek kończy 3 miesiące w tym tygodniu, i wtedy zmieniamy K+D na samą witaminę D. Warto to pilnować, bo tej witaminy naprawdę nam bardzo brakuje.  Sama się obecnie suplementuję...

Koszty (mniej więcej): olej kokosowy ok 12 zł (kupiłam na początku ciąży, korzystałam i korzystam nie tylko do kąpieli Twarożka), płyn do kąpieli z Rossmana ok 7 zł, krem Ziajkowy 4 zł, wazelina 2,5 zł. Mydło 1,5 zł, dermatol 2,5 zł, spirytus :P 12 zł, witaminę K+D dostałam, krem z Nivei dostałam, mąki ziemniaczanej w ogóle nie liczę, bo po prostu mam ją w kuchni :)

Jeśli chodzi o nasze pampersy na wyjazdy, to kupiłam jedną paczkę do tej pory, Fun&Fit z Rossmanna. Do szpitala mieliśmy paczuszkę "jedynek" (też dostaliśmy) z Pampers, cieniutkie są, ale mam już zboczenie przez wielopieluchy i te pampersy strasznie mi śmierdziały (jeszcze przed użyciem). Rossmanki są tanie, trochę grubsze, ale jakby mniej chemiczne. Gorzej, że drugi raz ostatnio po dłuższym posiedzeniu w jednej pieluszce znalazłam kawałeczek żelu na skórze Synka... Będę to obserwować.  

Na razie Synio nosi się tak: 
 

Jak widać, dużo pisania, mało użytkowania. Wydaje mi się, że malutki jest wypielęgnowany optymalnie i zamierzam w dalszym ciągu używać mało kosmetyków. No i rada dla młodych rodziców- dużo rzeczy się dostaje, nie warto obkupić się po uszy!

 

A Wy co polecacie, a czego nie? 

środa, 03 lutego 2016

Córeczka urodziła się 10 lat temu, 1 lutego 2006. Wtedy rozpozęło się nie tylko jej życie-  to także początek mojego prawdziwego, wartościowego życia. Bez Niej nie byłabym nikim ważnym, a moje życie na pewno wyglądałoby inaczej... jestem pewna, że gorzej. 

Taka była... 

2006

2007

2008

2009

2010

2011

2012

2013

2014

2015

a taka jest obecnie :)

Patrzę na te zdjęcia i zastanawiam się: dlaczego ten czas tak szybko leci?  

sobota, 16 stycznia 2016

   Zanim zacznę rozważać, co planuję w tym roku, muszę skonfrontować realizację planów na 2015... 
   Tak jak i w tym roku, w poprzednim styczniu miałam plany które chciałam tu opublikować, i takie, które zostawiłam dla siebie albo dla wąskiego grona moich bliskich. Więc rok temu miałam takie "urodzić dziecko lub przynajmniej zajść w ciążę". Na przełomie 2014 i 2015 roku skończył się czwarty miesiąc starań i trochę się martwiłam... I ten jeden punkt, z dość skromnej jak na mnie listy, został wypełniony w 100%. Synek jest naszym światełkiem, choć jak już wspominałam, ciąża była raczej koszmarna... Ale warto było :)

   Poza tym miałam tylko 5 postanowień, z czego kompletnie nie udało się wykonać trzech. Nie zdałam prawka, nie poszalałam, nie wysyłałam kartek z Postcrossingu. Co do kwestii czytelniczych, tu udało się połowicznie- zakładałam 18 książek, udało się przeczytać 9. Jeśli chodzi o 36 rzeczy zrobionych własnoręcznie to pewnie byłam blisko, być może się udało... Na szybko doliczyłam się 25 rzeczy, ale część to komplety (czapka i komin, albo dwie zasłonki), poza tym pewnie nie pamiętam wszystkiego...  

   Mogłabym dorzucić jeszcze postanowienie z 2014, czyli bywanie na imprezach sportowych. Udało mi się być na meczach siatkarzy- i ligowych (kochany Lotos Trefl) i reprezentacji (Liga Światowa w maju, piękne zwycięstwo 3:0 nad Rosjanami). Zaliczyliśmy też... mecz ligowy hokeistek (w Gdańsku) i koszykarek (we Wro). Nie pamiętam obecnie, czy na meczu Ekstraklasy piłkarzy ręcznych byliśmy jeszcze w 2014 czy już w 2015... 

 

No dobra, to teraz do rzeczy! 

Najważniejszym planem na ten rok jest zrobienie prawa jazdy. Bezsprzecznie i już bez wymówek! Nastawiam się na wiosnę.

Kulturalnie...
Książek przydałoby się poczytać, z 15 przynajmniej... Fajnie byłoby wziąć udział w jakimś wyzwaniu czytelniczym, ale że nie lubię czytać na siłę (to mi nigdy nie wychodzi, moja Sis od 10 lat zapewne ciśnie mnie o przeczytanie "Rozmowy w katedrze" Vargasa Llosy) 

Aby uzupełnić kwestię "odchamiania się", postanowiłam przynajmniej 6 razy odwiedzić kino. Żeby nie było tak ciężko, chciałabym chodzić na filmy dla mam (światło jest tylko przygaszone, dźwięk cichszy, a na sali są przewijaki).

Trzeba zabrać się za siebie!
Chcę schudnąć do poziomu z marca, czyli ważyć 57 kilogramów. Na razie naprawdę wiele mi do tego brakuje, więc to z pewnością jest punkt bardzo trudny.

Kolejny punkt- pilnować się i pójść min. 25 razy na zumbę/ fitness/ siłownię. Ewentualnie na basen... Mam blisko dwa kluby, więc ze wsparciem męża może się udać. 

Do tego chciałabym:
- brać udział w konkursach, i powiedzmy- wygrać nagród o wartości tysiąca złotych. A co! (w marcu 2015 wygrałam aparat, za rozwiązanie krzyżówki. Do tego kilka drobiazgów... Jak dopisze mi szczęście, może być fajnie)

- regularnie pisać notki na bloga

- zrobić min 24 rzeczy własnoręcznie... tu mam nawet podpunkty :)
   - wykonać koc z afrykańskich kwiatów (taki motyw szydełkowy). Żeby udało się taki koc wykonać, musiałabym zrobić min. 20 kwiatków miesięcznie.
   - wykonać szydełkową szopkę- przede wszystkim chodzi mi o postaci do owej szopki

Oto i moja publiczna lista postanowień na 2016 rok. Co mi się marzy? Wakacje :) Z racji tego, że będziemy we Wro cały ten rok, chciałabym pojechać do Gdańska przynajmniej na kilka dni. Brakuje mi tego miasta... Do tego ciągnie mnie na wschód, i wspominam Mężowi o Bieszczadach lub Lubelszczyźnie, może się uda...

Poza tym chcę po prostu wykorzystać macierzyński w 100%- poświęcać czas dzieciom, być lepszą gospodynią domową, spędzić więcej czasu z rodzicami i znajomymi, bo jest taka możliwość.

Co mi się marzy? Zdrowie, siły dla całej mojej rodziny. Żeby nikogo z nas nie zabrakło. I żeby mieć na koniec roku poczucie dobrze przeżytego roku, satysfakcji z wykorzystanego czasu. 

Ot, takie proste, przyziemne mam te marzenia :) 

 

 

Acha... Po pewnej lekturze, i po tej ciąży, wiem jakie studia mogłabym jeszcze zrobić. Położnictwo! Gdyby była taka możliwość, chętnie nauczyłabym się tego zawodu. Ale czy to tegoroczne marzenie? Chyba nie...

Podrzucam coś dla Was, dzisiaj ta wersja bardzo poprawiła mi humor :) 
 

wtorek, 12 stycznia 2016

   Córeczka bardzo chciała mieć rodzeństwo. Od dawna o nie prosiła. Wspominam taką scenkę sprzed 1,5 roku, kiedy ona nagle zalewa się łzami i wyskakuje z tekstem "wy już jesteście tyyyle po ślubie a nie maaa dzidziuuuusiaaaa". Chciała, to ma :) Ale jak to dziecko, które lubi dramatyzować, od czasu do czasu gdy byłam w ciąży, miała takie "dni z dołem" albo "dni pełne obaw" kiedy bała się obecności braciszka w naszym, jej życiu. 
   Obecnie jest super- Córeczka uwielbia Brata, chętnie do niego przychodzi, zagaduje, zachwyca się nim. Usłyszałam piękne "dziękuję mamo, że spełniłaś moje największe marzenie i urodziłaś mi braciszka". Gorzej z ewentualnym zachowaniem wobec nas, ale niekoniecznie jest to związane z obecnością rodzeństwa- po prostu młoda zaraz skończy 10 lat i po wakacjach wzięliśmy się za dodawanie jej obowiązków, bo wcześniej właściwie nie miała ich wcale.  

   Do rzeczy jednak: o co chodzi z tym prostym sposobem na starszaka? Córeczka długo była jedynaczką, i żeby rozwiać jej wątpliwości, czy nie zapomnimy o niej, wymyśliliśmy listę. To ona sama ją tworzyła :) Lista zawiera miejsca czy aktywności, na które jedno z nas ją zabierze. Bez rodzeństwa. Obecnie tylko Cinnamonowy wychodzi z Córeczką, ale w dalszej perspektywie i ja będę z nią odhaczać kolejne punkty. 
   Na liście było/jest m.in: kolacja w Pizza Hut, kino, aquapark, ZOO... To co ona lubi, i co my jesteśmy w stanie ogarnąć.
Ona jest zadowolona, my spokojniejsi, to super sprawa :) Oczywiście, taki sposób na ewentualnie zazdrosnego starszaka jest skierowany dla dziecka, które chodzi do szkoły, bo młodsze może wymagać innego podejścia. Wydaje się nam, że ta lista oraz fakt, że nie wyręczamy się nią w obowiązkach tyczących się Synka (Córeczka coś przyniesie czy odniesie, ale sama nie musi go przewijać czy uspokajać jeśli nie chce) wystarczają, żeby w nowej rzeczywistości czuła się dobrze. I oby tak dalej! :) 

 

PS. Córeczka nie budzi się w nocy z powodu Synka. Dzisiaj my też właściwie nie  ;) Poszliśmy spać przed północą, gdy malutki się obudził, wzięłam go do nas, karmiłam i... zadzwonił mężowski budzik. Czyli Synek spał ponad 6 godzin!!! :) 

11:02, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 stycznia 2016

Syneczek za chwilkę skończy dwa miesiące! W ciąży wszystko dłużyło mi się bardziej niż kiedykolwiek, no ale ciąża była naprawdę koszmarna; teraz za to czas mija bardzo szybko.

O porodzie chciałabym jeszcze osobno napisać… Ale chciałabym zatrzymać jak najwięcej chwil malutkiego. Synek urodził się z kompletem punktów Apgar, miał 3520 g, 56 cm. Po urodzeniu się po chwili zapłakał, ale krótko- gdy trafił na mój brzuch to ja płakałam, on leżał sobie spokojnie na boczku i się wtulał we mnie. A po 10, 15 minutach spróbowałam go przystawić do piersi i udało się :) Właściwie cały czas przez pierwsze trzy dni malutki ssał, ssał i ssał. Pierwszego dnia kilka godzin był beze mnie- ja po dużej utracie krwi słabłam, a on w tym czasie został zaszczepiony, umyty i spał.


pierwsze chwile po narodzinach


Potem już byliśmy cały czas razem. Do tego stopnia, że drugiego dnia po porodzie pisałam do Męża prośbę o odpakowanie, wyparzenie smoczka i przywiezienie go do szpitala… Nie byłam w stanie pójść do toalety, nie mówiąc o prysznicu, takie Synek miał zapotrzebowanie na ssanie. Pytałam się położnych, czy to nie wpłynie na laktację, czy nie będzie tak, że tym „ułatwieniem” sobie życia, nie zaszkodzę nam, ale twierdziły że nie. I miały rację! Poza tym mogłam się maleńkiemu przyglądać i przyglądać- taki spokojniutki, oczka prawie cały czas zamknięte, śliczny- nie miał tej charakterystycznej dla noworodka opuchlizny na buźce…

Pierwszego dnia poznał siostrzyczkę (przyjechała z tatą po południu, nie mogła się doczekać Synka, już przesłanym zdjęciem się jarała od rana) i dziadków- moi rodzice wpadli, pozachwycali się i pojechali :). Rodzice męża przyjechali w piątek, kuzynka z mężem zdążyła nas odwiedzić w niedzielę. W kolejne dni po porodzie Cinnamonowy wyskakiwał z pracy na godzinkę i przed południem odwiedzał nas sam, potem przyjeżdżał też po południu.  To na jego rękach malutki otwierał oczy (oba! To było coś wyjątkowego w pierwszych dniach) ciemne i błyszczące i słuchał się taty :) Dwa razy w szpitalu zdarzyło się coś w rodzaju kolki, tylko płacz trwał 10, może 15 minut. Poza tym Synek to wciąż bardzo spokojne dziecko.


dwudniowy Synek z tatusiem


W szpitalu mieliśmy jeden problem- żółtaczkę. W przepełnionym szpitalu i przy normalnej sytuacji, można liczyć na wypis po dwóch dobach od porodu. Trzymałam za to kciuki w piątek (Synek jest ze środowego poranka), niestety pediatra określiła jego skórę jako „na granicy” i zaleciła kolejną dobę do obserwacji. Musiałam powalczyć ze łzami… Nic to, zostajemy, karmimy jak najwięcej (z tym dużego problemu nie było) i liczymy, że się poprawi…
Synek jednak zażółcał się coraz bardziej i w sobotę rano decyzja: naświetlania. Około południa do sali wjechał inkubator i lampa, poinstruowano mnie, nałożono Synkowi „okularki” z gazy i trzeba było zaczynać naświetlania. Zaczęliśmy bardzo źle- Synek chciał być przy piersi, a nie zamknięty w inkubatorze, te opasko- okularki to mu przeszkadzały, to mu zjeżdżały (więc je poprawiałam, co go denerwowało jeszcze bardziej). Mąż w międzyczasie przyszedł i wspierał, ale
przez pierwsze trzy godziny co położna przychodziła sprawdzić, jak idzie naświetlanie, to mieliśmy maluszka na rękach, a nie pod lampami… Potem chyba jednak kryzys został zażegnany, a ja się zaparłam, że nie będę spać całą noc, żeby lampy działały jak najdłużej i bilirubina- powód żółtaczki- spadła jak najszybciej. Nie mogłam sobie pozwolić na sen, bo gdyby w tym czasie Synek zsunąłby z siebie okularki, mógłby nabawić się problemów z oczami… Tak więc do szóstej nad ranem spałam niecałe 1,5 godziny, i to tylko dlatego, że usnęłam z malutkim po karmieniu… On sam resztę przespał pod lampami, taki malutki kosmita w niebieskiej poświacie…


mały kosmita

 

Drugiej takiej nocy już bym nie ogarnęła, ale opłaciło się- sama widziałam poprawę kolorytu skóry małego. Około szóstej zabrano Synka na badanie krwi (wydaje mi się, że fakt zabierania dzieci na jakieś bolesne zabiegi zaraz po urodzeniu jest bardzo dobry- położne robią to wszystko sprawnie, a matki, w hormonalnym szale zalałyby się tam łzami i raczej nie ułatwiałyby sprawy), potem wynik i zwycięstwo! Wracamy do domu!!! :)
Jeszcze ze szpitala wspominam ważenie i podawanie witaminy D młodemu. Wagą się przejmowałam, bo miałam słabe wspomnienia z ważeniem Córeczki i obawiałam się dużego spadku wagi pod kątem żółtaczki. To normalne, że dziecko zjeżdża z wagi urodzeniowej, i chyba do 10% jest dobrze. Córeczka miała 3350 g, spadła do 3010… tylko dzięki położnej, która dorzuciła pod nią pieluchę tetrową pod nią i zyskała te 10 gramów ponad 3 kilo, uniknęłyśmy dodatkowego dożywiania i kroplówek… Z Synkiem było troszkę lepiej, i bez takich dramatów, ale on je zdecydowanie lepiej i chętniej, i z początkowych 3520 zjechał do 3240. W sobotę wieczorem ważył 3280 g… Od 14 listopada do 8 stycznia przybrał do 5200 g, więc waży już niemal 2 kilogramy więcej!
Z witaminą D jest o tyle zabawnie, że niektóre dzieci nie przejmują się nią, innym nawet smakuje, a Synek jest z dzieci, które na tą kroplę tłuszczu reagują z całkowitym wstrętem ;) Wykrzywiał się tak, że śmiałam się nie tylko ja ;)  Wróciliśmy do domu 15 listopada po południu. Synek był głodny i przeryczał (on raczej nie płacze- albo jest to „nawoływanie”, albo płacz z wrzaskiem) pół drogi w aucie, potem się uspokoił- Córeczka śpiewała mu patriotyczne piosenki. Czekał na nas transparent, na szybko przygotowany przez Cinnamonowego i Córeczkę. Pokazaliśmy Synkowi całe mieszkanie, potem położyliśmy go do jego kosza. Mąż został z malutkim (chyba dwie godziny sobie przy nim leżał go podziwiał), ja spędziłam czas z Córeczką. Pierwsze przewijanie w domu było zamianą pampersów na wielorazy, i tak już zostało.


pierwsze godziny w domu



Noc minęła bardzo spokojnie, i tak jest do dzisiaj, przy czym wtedy Synek budził się co dwie godziny mniej więcej, teraz jedną nocną drzemkę ma dłuższą, około 4- godzinną (zdarza się trochę krócej, ale też i dłużej, ok 5 godzin). W nocy je, zmienia mu się pieluchę i póki on nie uśnie, to my też raczej nie- Synek jest spokojny, ale wydaje mniej więcej 500 różnych dźwięków, skrzypi, stęka, mruczy, furkocze, pomiałkuje, jęczy, wzdycha… :) Córeczka od tego skrzypienia nazwała go Skrzypek, ale od ulewania pojawił się Twarożek, i jeśli już go nazywamy to właśnie tak (Córeczka zresztą też miała spożywczą ksywkę- pierwszego dnia z nią w domu oglądałam program Pascala Brodnickiego i on o truskawkach mówił, że „usuwamy ścipułki” i jakoś tak wyszło, że ona została Ścipułką).


Kolejne dni to zachwyty: otworzył oboje oczu :)! Uwielbia się kąpać, zanurzony po uszy niemal przysypia, tak mu błogo… W wózku czy w foteliku samochodowym usypia i bardzo ładnie śpi. To dziecko właściwie nie płacze! Pierwszy spacer- miał 10 dni, pierwsza wizyta towarzyska (na spotkanie grupki z duszpasterstwa rodzin, wymagająca ok półgodzinnej jazdy autem)- miał 2,5 tygodnia, jazda do dziadków- 3,5 tygodnia… 27 grudnia ochrzciliśmy maluszka, tutaj, we Wro, w kościele do którego zawsze chętnie jeździmy, a chrzcił go taki słynny tutaj ksiądz, z którym współpracujemy od czasu do czasu. Od narodzin zrobiliśmy z nim minimum 1,5 tys kilometrów w aucie, w tym tysiąc od 24 grudnia do 5 stycznia…
Obiecaliśmy sobie- dobra, święta minęły, zwalniamy tempo bo się o niego martwimy, ale wygląda to tak, że my chyba bardziej się zmęczyliśmy i zestresowaliśmy niż on. Synek śpi dobrze wszędzie, nie „odreagowuje” rozdrażnieniem na różne sytuacje. Dzieciątko po prostu cudowne :)


Żeby nie było idealnie i tak super kolorowo- malutki miewa problemy z gazami, więc espumisan jest w użyciu, a ja muszę uważać na jedzenie większych ilości mleka. Pediatra powiedziała, żeby uważać z mlekiem mniej więcej do 3. miesiąca życia Synka, bo wtedy może dopiero ruszyć produkcja enzymów do jego trawienia, a laktozę mogę mu w mleku przekazać. Tak więc u mnie w lodówce zagościło mleko roślinne w kartonie, obecnie owsiane :) ale do kawy od czasu do czasu trafia się zwykłe mleko i tragedii wtedy nie ma. Innym zmartwieniem jest tzw. marmurkowa skóra Synka, która nie spodobała się pani pediatrze w piątek. Z tego powodu zamiast czterech szczepionek (bo poza 3 normalnie podawanymi chciałam zaszczepić go teraz na
rotawirusy) dostał jedynie powtórzenie szczepionki na WZW, a zamiast  pozostałych mamy skierowanie na badania krwi… Taka skóra wskazuje na niezłe spektrum: od „taka jego uroda, po prostu reaguje na chłód w ten sposób” przez anemię, do wady serca… Synek rozwija się ślicznie więc raczej nie trzęsiemy się ze strachu, ale dobrze by było już mieć te badania za sobą.

Tak więc korzystamy obecnie z pozytywnie zimowych dni, nie przejmujemy się, zachwycamy się spokojem i uśmiechamy naszego najmniejszego członka rodziny :)

01:15, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »
piątek, 01 stycznia 2016

Naprawdę, obiecuję sobie z Nowym Rokiem, pisać częściej i więcej. Tyle cudów oglądamy codziennie, w tym dwa nasze domowe, że warto się tym z Wami dzielić :) 

 

Życzymy, z Synkiem- Twarożkiem i Córeczką- Gwiazdeczką, szczęśliwego, udanego i pięknego Nowego Roku :) 

 

Tagi: okazje
22:29, cinnamon.tea
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga