RSS
niedziela, 07 sierpnia 2016

Tak się złożyło, że Cinnamonowy nie może tak całkiem na luzie wybrać sobie dni wolnych. Wziął więc kilka przyjemnych dni w czasie, kiedy nałożyły się inne wydatki i... odpuściliśmy sobie wyjazdy, hotele itp. Dzięki Bogu, nasi rodzice mieszkają w miejscach, z których można wystartować w bardzo ciekawe zakątki Dolnego Śląska. 

Syneczek włącza tryb "poza domem" i jest jeszcze fajniejszy i bezproblemowy. Problem niestety pojawił się z innej strony- od dwóch dni ma katar, dzisiaj nad ranem pojawiła się podwyższona temperatura. Ciężki był dzisiejszy poranek... ale widać, że jest już lepiej, że już mu mija. 

No więc :) W poprzednią sobotę byliśmy na ślubie i weselu córki mojej kuzynki. Oj, brakowało mi poskakania, a zabawa była przednia- grał zespół z naszego wesela :) Była cała moja rodzina, wszyscy zachwyceni malutkim, dzieci się wytańczyły do późna. Super było, po prostu!

Następny dzień to, wiadomo, poprawiny. Na spokojnie, ale siostrzyczka tańcowała z bratem

Poniedziałek spędziliśmy w rodzinnym mieście Męża, trochę czasu spędziliśmy z Teściami, odwiedziliśmy znajomych którym niedawno urodził się synek, byliśmy też niedaleko w świetnie urządzonym wielkim placu zabaw i siłowni pod chmurką. Synek eksplorował :) 

Kolejny dzień to wyprawa do Kłodzka: najpierw Minieuroland, park miniatur, potem zwiedzanie miasta. Było gorąco, kolorowo i bardzo się nam podobało. 

oczywiście, w takich miejscach (porządnie przygotowanych) można naprawdę zachwycić się precyzją wykonania miniatur. Tutaj detale z Zwingera w Dreźnie: 

We wtorek zjedliśmy jeszcze pycha pizzę z Teściami i pojechaliśmy na chwilę do siebie, do domu. Środa rozpoczęła się leniwym śniadaniem i decyzją, że jedziemy do mojego rodzinnego miasta i wybierzemy się w góry. Najpierw jednak odwiedziliśmy miejsce, które jest bardzo polecane i które obiecaliśmy sobie i Córeczce: Hydropolis. O tak, super miejsce, mnóstwo informacji, można spędzić tam cały dzień. My spędziliśmy mniej, ale na końcu dużo było radochy z kurtyną wodną przy wejściu :) 

Czwartek: wielki dzień. Nie pamiętam, żebyśmy wybierali się na takie porządnie chodzenie po górach. 4 lata temu weszliśmy na Ślężę, poza tym ja zmierzyłam się ze znajomymi z wejściem na Śnieżkę, ale ostatecznie wylądowaliśmy w Domu Śląskim (było za późno niestety na atak szczytowy). Teraz trochę analizy i decyzja: na początek Samotnia. Załadowaliśmy bąka do nosidła (nosił Mąż, w obie strony, śmiałam się potem, że tak mi pustawo było bez naszych ośmiu kilo na plecach :P), zobaczyliśmy Kościółek Wang i ruszyliśmy w górę. Synek usnął zaraz po wejściu na teren Parku Narodowego i spał do samej Samotni :) Za to Córeczka pół na pół: pół jęków, pół bez :P Tempo jednak mieliśmy niezłe, cel osiągnęliśmy, ciepłą zupkę w schronisku zjedliśmy i ruszyliśmy w dół. Co ciekawe, może i męczące jest wejście, ale jednak fajniej się wchodzi, niż schodzi ;P Cieszę się, że wybraliśmy się w czwartek, bo piątkowa pogoda była naprawdę fatalna... Już się napaliliśmy na kolejną wyprawę ;)

Piątek poukładał się idealnie pod pogodę- padało niemal cały dzień, a my odwiedzaliśmy znajomych: rodzinkę, której urodził się niedawno synek (dzień młodszy od tego, którego odwiedzaliśmy w poniedziałek), moje dwie przyjaciółki. W międzyczasie ja kleiłam knedle ze śliwkami, a Mąż i Córeczka kontynuowali rodzinną tradycję i wybrali się tylko we dwoje do kina. Cały dzień wypełniony!

Wczoraj spełniliśmy życzenie Córeczki i pojechaliśmy do Western City pod Karpaczem. Tu co prawda dużo radości przyniosły świetne rzuty młodej (i strzały z łuku!), ale tak po prawdzie... nic się tam nie zmieniło przynajmniej z 10 lat. A kasa leci, tłumy ludzi... miło by było zadbać o pewne uatrakcyjnienie lub przynajmniej ułatwienie dla turystów (były duże kolejki do atrakcji za które zapłaciliśmy i Córeczka np. nie przejechała się na koniu, na co bardzo liczyła). 

Jak widać, było intensywnie, mimo tego, że nie pojechaliśmy nigdzie specjalnie daleko. Synek jest takim człowieczkiem, że nie sprawia wiele kłopotów (bywa, że mu coś nie pasuje, albo jest bardzo marudny, ale to naprawdę nie jest wielkim problemem), więc korzystamy ile możemy, zwiedzamy ile się da. Wróciliśmy do domu, Mąż jutro wraca do swoich zawodowych zadań, ja się kuruję z malutkim (niestety, też jestem przeziębiona), Córeczka kończy wypakowywanie po przeprowadzce. Aż ciężko uwierzyć, że wracamy do normalności...

PS. A wyjazd planujemy jesienią ;P

środa, 27 lipca 2016

I zdrowa!

Zapisuję, póki pamiętam, żeby się z Wami podzielić. 
Nie mam większego problemu z gotowaniem. Umiem zrobić większość standardów, u mnie w domu jest spora zmienność na talerzu. Ja lubię eksperymentować, mój Mąż troszkę mniej, ale stara się, smakuje wszystko co robię. A ja staram się dostosować moje entuzjastyczne podejście i jego tradycyjne przyzwyczajenia i łagodniejsze kubki smakowe.
Zawsze mam problem z obiadem w gorące dni. Chłodniki nie powodują u nas dużego entuzjazmu (od czasu do czasu botwinkowy zjemy... choć Córeczka już nie :P), ile można jeść makaron z truskawkami... No i jeszcze jedno: obiad raczej powinien być na słono ;P

W tym roku zakrólowały u nas sałatki z kaszą. A ta jest królową nad królowymi! Mąż zabiera sobie jutro resztę do pracy i już się śmieje, że znowu inni będą się zachwycać i wzdychać, co znowu fajnego mu żona upichciła!

Ale do rzeczy. Długi wstęp bo sama lista składników krótka

200 g kaszy bulgur
1 płat/pierś z kurczaka (ok 25 dag)
pół awokado
pół czerwonej papryki
pół pomarańczy
pestki słonecznika
sezam
olej (u mnie polskie złoto, czyli rzepakowy)
przyprawy: bazylia suszona, curry, ziarna kolendry, papryka słodka, sól i pieprz 

Kaszę ugotować (mój grzeszek: zamiast dosypać soli do wody w garnku dodałam pół kostki rosołowej). Awokado, paprykę i pomarańczę pokroić w kosteczkę. Pestki uprażyć. Kurczaka pokroić w kostkę, posypać przyprawami (ja uzupełniam przyprawy na patelni) i usmażyć. Wszystko razem wymieszać (kurczaka dodać razem z tym tłuszczem z przyprawami) i dodać oleju, jeśli trzeba. Jak komu mało kwaśno, skropić sokiem z cytryny. Jeść, smacznego :) 

Pyyycha! Sałatka jest dobra i na ciepło, i na zimno. Nadaje się z powodzeniem do pudełka na wynos. Wczoraj robiłam jedną porcję, dzisiaj kolejną, wykorzystałam połówki pozostałe po poprzednim dniu (nooo... tylko Synek mi zjadł trochę pomarańczy). Przepis wzięłam z thefoodtime.com

czwartek, 21 lipca 2016

Proszę wybaczyć brak weny i nie skreślać od razu bloga :) 

U nas jest... po prostu dobrze :) Jako że lubimy zmiany (tylko mówimy, że nie lubimy, ale jakoś wciąż do nich dążymy) to zmieniliśmy nieznacznie adres w międzyczasie. Córeczka ma za sobą pół podstawówki (choć znowu jakieś debilne zmiany się szykują i za rok mogę pisać to samo). Syneczek ma dwa ząbki, raczkuje, wstaje na nóżki, potrzebuje asekuracji dlatego jest obecnie bardziej absorbujący niż kiedykolwiek... Ale wciąż cudny i uśmiechnięty :) 

Nosimy się dużo, bardzo to lubimy, Synek usypia chętnie na plecach. Cotygodniowe spotkania chustowe bardzo poprawiają mi humor, rozmawiam z babkami o podobnym podejściu i świrze, jest dobrze :) 

Wbrew pozorom jestem dość... zajęta. To szydełkowanie, to pisanie, coś trzeba załatwić, wpadamy do mojej babci, odwiedzamy rodziców... bywa że kładę się spać o nieprzyzwoitej wręcz porze. I fajnie. Wyciskam z tego macierzyńskiego 100% możliwości. 

Obecnie jestem z dzieciakami w Warszawie, mamy tydzień wakacji. Za tydzień mamy wesele, potem chcemy jechać we czwórkę w okolice Jeziora Lednckiego, Biskupina i Gniezna, żeby połączyć wypoczynek ze zwiedzaniem i poznawaniem najstarszej historii Polski. Córeczka jest dokładnie w takim wieku, w którym ją to kręci, a my też to lubimy :)

Czego by sobie jeszcze życzyć? Hmm, na teraz kilku kilo mniej i kilku tysi na koncie więcej. A na inne rzeczy przyjdzie czas. Pięknie jest!

 

PS. Szybki przepis na szczęśliwe małżeństwo z 45-letnim stażem (jak moi rodzice)? Okazywać sobie czułość i miłość (duuużo!). Poświęcać się dla siebie nawzajem (zawsze i wszędzie, im mniej egoizmu, tym lepiej). Mieć maaasę cierpliwości. Jak są problemy, to stawiać im czoła, a jak trzeba, szukać pomocy. No i- to wynika z tego ostatniego- być blisko Boga. Rodzice zaangażowali się religijnie po prawie 20 latach małżeństwa, ale gdyby nie to, nie wiem, czy jeździlibyśmy na kolejne rocznice. Dlatego też rodzice obecnie są prowadzącymi w takich rekolekcjach dla małżeństw. My już idziemy tą drogą: byliśmy na takich narzeczeńskich, potem małżeńskich, i prowadziliśmy rekolekcje dla narzeczonych. Rodzice są dumni :)

 

PPS. A my przedwczoraj obchodziliśmy piątą rocznicę zaręczyn <3

piątek, 03 czerwca 2016

Córeczka w swoim barłożku (czyt. pokoju) śpiewa przy odrabianiu lekcji (i dostała wymarzoną rolę w teatrzyku klasowym!)

Mąż w salonie guga do synka; starszy z panów wiesza pranie, młodszy z poziomu podłogi wywala mu ciuchy z miski

ja w kuchni kończę gotowanie (z pozdrowieniami dla pani Gessler, pierogi z białą kiełbasą), oglądam serial i uśmiecham się szeroko. 

W ten weekend moi rodzice świętują 45. rocznicę ślubu!

Tak. O to chodziło. 
Najszczęśliwszy okres w życiu mam właśnie, dokładnie teraz. 

18:03, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 maja 2016

...była niedziela. Upalna. 

A wieczorem pojawił się On. 

Dzisiaj jest ukochanym Mężem i tatą. Opoką, motywacją i źródłem siły. 

Jak zawsze... proszę o więcej :) 

Kocham!

rys. Tylkowski

18:28, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 maja 2016

Syneczek miesięczny i sześciomiesięczny :) Body rozm 62 i 74 :D Jedne z jego pierwszych śpioszków przyłożone do ramionek obecnie sięgają kolan. 

Linia włosów malutkiemu bardzo się zmieniła, wcześniej miał identyko jak 10 lat temu Córeczka (wciąż się powtarza opinia, że on jest bardzo do niej podobny). Tylko jak Córeczka wyłysiała z pierwszych ciemnych włosków to wyrosły jej słomkowe, a Synkowi odrasta czuprynka ciemna. 

I włoski na uszkach mu prawie wszystkie wyszły! Synek urodził się z kilkoma ciemnymi dłuższymi włoskami na uszkach, takie elfie włoski :) 

 

Synek rośnie i jest naszą wielką radością, jednak wyzwań dnia codziennego dokłada nam w równym stopniu Córeczka. W poniedziałek jedzie na swoją pierwszą wycieczkę z nocowaniem. Przejęła się na tyle, że stworzyła listę tego, co ma ze sobą zabrać, a z racji tego że jedziemy do teściów na weekend to już teraz piorą się jej ciuchy. Oby tylko zasypianie jakoś wyszło i przez te dwa dni nie zapominała o myciu zębów i czesaniu (i rozczesywaniu! W jej przypadku czasami jedno i drugie razem nie jest takie oczywiste)...

Jakimś cudem mi się udało niedawno przeczytać książkę i dokończyć kolejną, której czytanie rozpoczęłam jeszcze w zeszłym roku. A Mąż ogarnął sobie rower i jeździ sobie nim do pracy. Coś się rusza nie tylko wokół dzieci :) 

 

Muszę się z Wami podzielić zdjęciem, na którym nawet podobam się sama sobie :)

piątek, 13 maja 2016

Wielu rodziców wychodzi teraz z siebie, żeby umieścić swoje pociechy nie w "fabrykach", ale w szkołach, gdzie dzieci nie chodzą na zmiany itp. Jakby to miało jakoś definiować ich rozwój (ja na pytania, czy mi przeszkadza, że Córeczka chodzi np. dwa dni na rano, trzy dni na popołudnie mówiłam, że i tak od rana do popołudnia jestem w pracy a Córa i tak połowę z tego czasu spędza w świetlicy...) czy określać poziom nauczania w takiej szkole. 

Tak więc Córeczka nasza w trzech szkołach do których uczęszcza(ła) miała zmiany. W dwóch długoterminowych- obecnej i tej w Gdańsku- były to zmiany w ciągu tygodnia (dwa dni tak, trzy dni inaczej). Ja osobiście też chodziłam do szkoły zmianowej, ale miałam np. cały semestr na rano, potem cały semestr na popołudnie. Od dłuższego czasu młodej zdecydowanie to pasuje... właściwie to pasuje jej to chodzenie na popołudnie, bo ranek jest wygodny, nieśpieszny i leniwy, a do szkoły idzie "rozkręcona" i pełna energii (pomijając fakt, że gdy ma na rano wychodzi np. o 7.15, w szkole jest przed 7.20 i cieszy się z tego i sama to pilnuje "bo jest pierwsza" ;)). 

Niedawno rozmawiamy o kuzynce Córeczki, M. Chodzi do szkoły w moim Rodzinnym Mieście, do równoległej klasy:

ja: a Ty wiesz, że M. też chodzi do szkoły nr X? (ten sam numer co szkoła Córeczki)

Córeczka: wiem! Tylko ona ma jedną zmianę, cały czas na rano, TO STRASZNE!!!

;)

 

Mało o młodej piszę, ale nasze życie kręci się wokół niej tak samo jak wokół Synka. Konkursy, wyjazdy, wycieczki, prezenty, wyjścia, relacje z koleżankami... codziennie jakaś atrakcja! Za 1,5 tygodnia panna nasza wyjeżdża na dwudniową wycieczkę szkolną, to pierwszy tego typu wyjazd. Mam nadzieję, że wszystko będzie fajnie :) 

23:38, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
wtorek, 10 maja 2016

uwielbiam jego prześliczne paluszki u rączek, z długimi paznokietkami i stópeczki, mięciutkie, ze wspaniałymi koraliczkami paluszków

uwielbiam jak kręci nadgarstkiem, gdy trze oczka zmęczony

uwielbiam jak uśmiecha się tak szeroko jak zobaczy mnie po obudzeniu

uwielbiam patrzeć jak coś go interesuje, jego uwagę, skupienie

uwielbiam jak cichutko sobie gada po swojemu

uwielbiam jak śmieje się w głos

uwielbiam jak sięga go naszych twarzy i nas dotyka

że ma łaskotki

jak sięga po plastikowe pojemniczki, bardzo niepraktyczne dla jego chwytu, ale strasznie go interesujące

jak wydaje śmieszne dźwięki, czy też robi "prrr" z wystawionym języczkiem, rozbryzgując ślinę... nawet o 3 nad ranem :) 

gdy muszę go "gonić" przy przewijaniu, bo spokojne leżenie na pleckach choć przez 5 sekund jest taaakie nudne

jak przebiera nóżkami i rączkami podczas jedzenia, jakby chciał ssać i biegać naraz :) 

uwielbiam... przebywać z nim, non stop, naprawdę nie nudzi mi się ani na chwilkę, mimo że staje się coraz bardziej wymagający

A pół roku temu jeszcze go z nami nie było. To znaczy, był... ale w zupełnie innej formie. Siedziałam na tej samej kanapie co teraz i podrygiwałam z bólu, raz z powodu skurczy, raz z powodu jego kopania. Chyba nie przypuszczaliśmy, że będzie aż tak wspaniały, tak cudowny, kochany, pogodny... Nasze, całej trójki, słodkie spełnienie marzeń. 

I właściwie nieprawda, że miłość się mnoży, ona się potęguje, niemal rozsadza, zachwyca i napędza!!!

 

 

 

Muszę jednak to przyznać...
Ciąża z Synkiem była koszmarna. Bardzo trudna fizycznie i psychicznie. Niemal od początku coś mnie bolało- pierwsze trzy miesiące bolał mnie brzuch, był to ból praktycznie ciągły, tylko natężenie się zmieniało. Brałam tabletki na podtrzymanie, ale teraz, z perspektywy, wiem, że on trzymał się mnie mocno, to moje ciało (i psyche) zawodziły na całej linii. Męczyłam się ja, męczyła się Córeczka, bo gdy przychodziłam z pracy do domu to kładłam się od razu, byle mieć siły i nie zaszkodzić sobie bardziej do następnego dnia. Męczył się Mąż, bo był daleko i dotykała go niemoc, potem znowu musiał wykazywać się ogromną cierpliwością, delikatnością i inwencją, żeby trzymać mnie "nad powierzchnią". Kolejne przemyślenia z perspektywy czasu: powinnam iść i prosić o zwolnienie lekarskie wcześniej. A ja chciałam pracować, no przecież nie umieram, dziecko się rozwija, czego ja właściwie chcę? Tylko ciąża to trochę mniej zerojedynkowa sytuacja i mimo to, powinnam trochę bardziej zadbać o siebie wtedy...

Potem był straszliwy ból i całkowita utrata kontroli. Bezsenna noc, z boleściami, z myślą, że to znowu żołądek, ale tym razem jakoś inaczej, mocniej i... nie chce się skończyć. Pierwszy raz w życiu wzywałam dla siebie karetkę. Kilka ciężkich godzin na izbie przyjęć, na badaniach i świadomość, że nie wychodzę tego dnia. Telefon popsuty, ja na wpół nieprzytomna z bólu, a tam dziewięciolatka wraca ze szkoły i jesteśmy same, samiuśkie... To, co wyczynił Mąż przez telefon, co ustalił i jak zorganizował, nie mając ode mnie właściwie żadnych informacji, zasługuje na medal. A ja wciąż wywołuję sensację, gdy mówię, że przeszłam ostre zapalenie trzustki w ciąży! To, że wykaraskałam się z tego w cztery dni (mówiąc o szpitalu, kolejne dwa lub trzy praktycznie przeleżałam) to jakiś cud, albo przynajmniej szczęśliwy zbieg okoliczności (ja swoje wiem... gdy się wierzy, to fakt, że ból minął mniej więcej w tym samym czasie, kiedy cała rodzina się za mnie modliła- Córeczka wszystkich pilnowała przez telefon, to nie jest przypadek).
Po przeprowadzce byłam przede wszystkim wycieńczona, upalne lato nie pomagało. Rozpakowanie kartonów zajęło mi ok. 1,5 miesiąca, bywało, że w połowie codziennego mycia naczyń musiałam usiąść, albo najlepiej się położyć, nie mówiąc już o spacerach, spotkaniach itp. Takowych było dosłownie kilka przez ten czas. Myślałam, że trochę bardziej się wtopię we wrocławski tłum, a tu guzik (tym bardziej miałam ogromną radość ze spacerów po porodzie- chodziłam dużo i szybko, bo MOGŁAM!). Każde wyjście z domu było przygotowane, obmyślone i... najczęściej zanim się stało, było odkładane kilka dni. Do tego coraz gorsze i gorsze samopoczucie psychiczne, które osiągnęło apogeum podczas miesięcznego okresu skurczy przepowiadających, serii fałszywych alarmów, na dokładkę z tygodniowym przeterminowaniem- tu też udało się wyjść z tej wyrwy automatycznie gdy malutki się urodził.

Nie żałuję ani pół minuty spędzonej w tym stanie, bo malutki to nasza ogromna miłość i szczęście... Ale nie mam co ukrywać- było okropnie. Myśl o kolejnym dziecku jest silna, ale mam obawy związane z samym "odmiennym stanem". Z Córeczką też miałam szereg dolegliwości, ale ogólne odczucie było okej, miałam nadzieję że z Synkiem będzie podobnie.  A tu guzik... Dobrze, że jesteśmy już po, i że Synek jest z nami, cały, zdrowy, coraz cięższy i coraz ciekawszy :) 

PS. Taki wpis słodko-gorzki, ale z dodatkowym przemyśleniem: po takiej ciężkiej ciąży miałam wspaniały poród. Nie był bezbolesny, oj nie, ale był wspaniały i jestem z nas dumna!

PPS. Pół roku temu były moje urodziny, więc dzisiaj są urodziny mojego wspaniałego, kochanego Męża. Wszystko mu powiedziałam na żywo, więc nie będę się tu powtarzać :) Kocham :*

poniedziałek, 09 maja 2016

Nie zapomniałam! Tylko miałam straszliwie pracowity kwiecień i nie miałam chwili i weny na porządne pisanie. 

Teraz na rozbieg podrzucam kilka zdjęć z najfajniejszej naszej majówki. Gdzie Cinnamonki mogły pojechać... do Gdańska oczywiście :) 
To był mój, Męża i Synka drugi wyjazd od przeprowadzki- w pierwszej połowie kwietnia pojechaliśmy go Gdańska dosłownie na dobę, ponieważ miałam tam długo oczekiwaną rozprawę w sprawie podwyższenia alimentów na Córeczkę (po wielu, wielu latach zabrałam się za ponowną próbę podwyższenia ich). Sama młoda nie została wtajemniczona w tę sprawę, została w szkole, nęcona obietnicą trójmiejskiej majówki. No to pojechaliśmy :)

 

To był nasz pierwszy wyjazd tego typu- do hotelu i w ogóle... Córeczka zachwycona hotelowymi śniadaniami, aż się nam śmiać chciało, nie chciała czekać aż my zejdziemy na dół, tylko sama leciała szybciutko :) Połaziliśmy po znajomych kątach- Gdańsk, Gdynia, Sobieszewo, spotkaliśmy się z moimi znajomymi z pracy i zwiedziliśmy Toruń (Córeczka jeszcze nie była- odwiedziliśmy Muzeum Piernika, zagraliśmy w mini golfa i jedliśmy lody na Rynku). To takie wyjątkowe "wakacje", kiedy przyjeżdża się do... swojego miasta :) Nigdzie się nam nie śpieszy, dokładnie wiemy gdzie i jak iść, czego się spodziewać... Myślałam też (szczególnie za pierwszym kwietniowym razem), że po tylu miesiącach to się zaleję łzami na sam fakt, że tu jestem, ale nie: po prostu jestem, jakbym nigdy nie wyjeżdżała. Fajnie tak :) 


Synek chyba też gdzieś w genach ma ten Gdańsk, bardzo mu się morze podobało, w ogóle świetnie się z nim jechało (jeden postój przez ponad 400 km...), no dziecko-cud, wspaniały, pogodny, przekochany cud :)  

piątek, 08 kwietnia 2016

  Spełniłam swoje małe marzenie i kupiłam chustę, która siedzi mi w głowie od dłuższego czasu! We wtorek mam nadzieję zostać szczęśliwą posiadaczką kolorowych kropli firmy Lenny Lamb. 

   Na razie jednak nosimy się w chustach po siostrze oraz "łamiemy" (używamy żeby zmiękły) cudze. Mam nadzieję niedługo zamotać wreszcie Męża :) 

   Uwielbiam to. Serio, chustowanie jest cudowne do ogarniania domu (także do mycia okien przed Świętami bez zanudzenia dziecka), do przemykania przez miasto (kiedy trzeba gdzieś dotrzeć tramwajem, a nie mamy czasu na czekanie np. 40 minut na przyjazd pojazdu niskopodłogowego), na plażę (już niedługo :)) i inny ciężki, grząski teren. Oraz na zakupy, gdzie przemykamy autem z miejsca na miejsce i nie mamy ochoty wozić, składać i rozkładać wózka. :)

   Synio nie ma raczej nic przeciwko, na spacerach wtula się i usypia. Czasami w domu się denerwuje, bo raczej domaga się kontaktu w cztery oczy a nie noszenia na plecach, taki malutki wymagacz ;)

23:59, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Kiedyś uwielbiałam sobie od czasu do czasu wypić kubek ciepłej i słodkiej kawy, z dużą ilością mleka i cynamonem. 

Teraz... 
piję karmelową inkę, z mlekiem roślinnym, słodzoną stewią. Normalnie histerstwo rządzi! ;P

A chodzi o to, że kofeinę ograniczam, żeby malutkiemu nie dokładać (bo i po co... o ile, jako niskociśnieniowiec, nie padam na pyszczek, to nie piję teraz prawdziwej). Stewię wprowadziłam, bo chcę wspomóc utratę wagi po ciąży (idzie opornie, a na dietę nie przejdę na razie). Mleko roślinne za to jest wyjściem na przeciw brzuszkowi Synka, który niestety nie do końca toleruje laktozę. No i macie to swoje hipsterstwo :P 

Oczywiście, śmieję się z tego, ale ewolucja, którą przeszedł mój standardowy kubek kawy... :) 

 

BTW, normalnie piję kawę rozpuszczalną, liofilizowaną- jak dla mnie jest zdecydowanie mniej cierpka niż standardowa rozpuszczalna, w granulkach. Polecam :)

A mleka roślinne kiedyś robiłam sobie sama, obecnie kupuję, najczęściej w Rossmannie. Na pewno mleko migdałowe robione przeze mnie, w domu, było zdecydowanie lepsze, niż to kupne. Najsmaczniejsze- dla mnie- jest mleko sojowe "lekko słodkie" z Alpro, ale z sojowym staram się uważać, bo jednak zawiera trochę hormonów. Obecnie mam ryżowe rossmanowskie i spokojnie daje radę :) Co ciekawe- żadne roślinne nie rozbiela kawy tak, jak to krowie :)

20:45, cinnamon.tea
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 marca 2016

Nasz mały człowiek skończył w piątek 4 miesiące :) 

Jest wspaniałym dzieckiem, pogodnym, uśmiechniętym, kontaktowym, przekochanym :D 

Przede wszystkim Synek nie jest już dzieckiem bezpiecznie leżącym na kanapie- obecnie stosujemy ścisły nadzór lub młody jest eksmitowany na matę na podłodze. Dwa tygodnie temu w niedzielę młody przekręcił się z brzuszka na plecki, a kilka ostatnich dni czwartego miesiąca to intensywne przekręcanie się na boczki i dalsze kombinowanie "jak by to zrobić, żeby przekręcić się dalej"... (ostatecznie udało mu się to wczoraj na płaskim i dzisiaj co chwila na brzuszek trafiał).
Do tego malutki ciągnie głowę do góry, trochę mu to zajęło, ale jak już podłapał o co chodzi, to teraz ani myśli leżeć. W foteliku dziecko przypięte, ale główkę podnosi. Na naszych kolanach czy brzuchach to samo. Na macie niby leży płasko, więc mu trudniej, ale łapie za zabawki i próbuje się na nich podciągać ;) Nie sadzamy go, ale ostatnio ciężko go ułożyć w pozycji półleżącej, bo się koleżce śpieszy do siedzenia. Ciekawe, kiedy siądzie samodzielnie?  
Rączki wędrują ciągle do buzi, a nóżki gdzieś pędzą... Synek opanował też sztuczkę: w foteliku zapiera się piętkami, podnosi tyłeczek, co kończy się dość szybkim zsunięciem się młodego tak, że główka niemal ląduje tam gdzie powinna być pupa, a stópki dyndają poza fotelikiem :) 

 

Przeżyliśmy szczepienie, całkiem poważne. Synek zniósł to bardzo dzielnie, zapłakał tylko na chwilę a potem już strzelał uśmiechami do pielęgniarki która robiła mu te zastrzyki. Po wyjściu z przychodni maluch usnął od razu, po południu miał stan podgorączkowy, ale "okłady z kota" :P bardzo mu pomogły i w nocy już nic złego się nie działo. 
3,5 tygodnia temu Synio ważył 5960 g. Obecnie zaczyna mi wychodzić z ciuszków rozm 68 powoli... :) Oczy robią się zielone.  

 

Synek bardzo lubi... lwy :) Na macie edukacyjnej najłatwiej się ciągnie za łapki lwa i żyrafki, więc ustawiam mu je blisko buzi. Niedawno Synek dostał inną zabawkę- lewka i już podbił jego serce. Poza tym malutki usypiając wyraźnie szuka czegoś do przytulenia, więc śpi z kocykiem-przytulanką króliczkiem. Dostaliśmy go w prezencie, jest cudownie miękki, super gadżet :) 

nowy lewek czasami jeździ z nami na spacery, wspiera chrząszcza :P 
 

Ogromną nowością jest swego rodzaju rutyna Twarożka w nocy. Cały zeszły tydzień usypiał niemal równo o 23. Jeszcze z płaczem, niestety ciężko było trafić moment, kiedy chce mu się spać, ale nie jest "przeciągnięty". Staramy się go wyczuć i już trzymać tej rutyny, pomóc mu w tym. Malutki budził się o 7.30 i ok 9.30 padał na pierwszą dzienną drzemkę. Wcześniej raz pomarudził godzinkę i padł, innym razem budził się o 8.30, kiedy indziej... dawał mi spać i budziliśmy się ok 10. Teraz więc i wieczory mam regularne (bywało, że Synek porządnie usypiał dopiero ok 1), i poranki :)

z kocykiem-przytulanką królisiem, ostatnio nieodłącznym pomagaczem snu :) 

Mam za to, ponoć wyimaginowane zmartwienie- młody je może nawet dość często, ale ekstremalnie krótko- czasami ssie intensywnie tylko 2 minuty! W nocy chyba sobie odbija, albo filtruje powietrze i odżywia się głównie zanieczyszczeniami :P Ja tu się martwię, ale Synek jest spokojny, uśmiechnięty (wkurza się praktycznie tylko wtedy, kiedy chcę go przystawić do piersi, a on nie chce... i kiedy jest przemęczony), nie ma zapadniętego ciemiączka itd, więc o ile waga będzie w normie, to chyba muszę uznać, że taka nasza uroda...  

W tym miesiącu nasz kot wykazuje zdecydowanie większe zainteresowanie niemowlęciem... choć może powinnam napisać: zmniejsza dystans. Kot kładzie się blisko, albo nie ucieka jak kładziemy Synka obok niego. Malutki ma mocny chwyt, zawsze trochę kłaków mu w piąstce zostaje, ale kot ledwo na niego spojrzy, jest bardzo cierpliwy. Ciekawe na co pozwoli najmłodszemu w rodzinie, kiedy ten ostatni zacznie raczkować albo chodzić :) Na razie muszę kota pochwalić. 

 

Mam nadzieję, że podsumowanie się Wam podobało :) Pozdrawiam w imieniu swoim i naszego malucha :) 

wtorek, 08 marca 2016

Według licznika na stronie liczba wejść na stronie przekroczyła 100 000! Bardzo Wam dziękuję :) 

U nas leci, i to tak straszliwie szybko, że nie wyrabiam. Dzieje się dużo dobrych rzeczy, i to tych najważniejszych, codziennych- zdrowe, uśmiechnięte, cudowne dzieciaki i my. Ostatni tydzień był koszmarkowy jeśli chodzi o inne atrakcje, ale mam nadzieję, że mamy to za sobą. Zaraz malutki skończy 4 miesiące, i na pewno postaram się o jego rozwoju napisać. Jego uśmiech, szeroki, zawsze taki cudnie szczery, rozświetla nasze życie i daje masę radości. Kochany!

 

Czeka nas za miesiąc wyprawa... do kochanego Gdańska. Gdańska, którego wzgórza mi się śnią :) Po 10 miesiącach... Nie przepadam za opowiadaniem o tej sprawie, ale po ponad 7,5 roku odbędzie się rozprawa o podwyższenie alimentów dla Córeczki. Dostaję na nią delikatnie mówiąc śmieszną kwotę (poniżej tego, które oferuje fundusz alimentacyjny dla potrzebujących) więc przyszedł czas, żeby to zmienić. A z racji tego, że pozew składałam w maju nad morzem, teraz muszę się tam wybrać. Właściwie to się cieszę :)  

poniedziałek, 22 lutego 2016

... Córeczka powtarza sportowy wybór mamusi i chodzi na zajęcia z piłki ręcznej! :D

 

Ja sama trenowałam w moim rodzinnym mieście, w VI klasie podstawówki i krótko w I klasie gimnazjum. Zafascynowana byłam seniorkami w naszym klubie więc prędzej czy później chyba musiałam trafić na treningi własne, ale nie byłam (delikatnie mówiąc) jakimś talentem. Większy dryg chyba miałam do tenisa, tylko warunki nie te (mój wzrost nigdy tak bardzo mi nie dokuczał jak wtedy). Ręczna dała mi jednak sporo doświadczeń i radości- nauczyłam się pracy zespołowej, zaparcia i większej odporności na ból. To ostatnie to w ogóle bardzo się przydało :) 

Córeczce też się przyda. Jej przyjaciółka, 4 lata starsza, także trenuje ręczną, więc było nam łatwiej zaproponować jej to granie. Pomogły jeszcze rozgrywki reprezentacji w grudniu i styczniu i klamka zapadła. 

Trzeba przejechać spory kawałek, z przesiadką, ale połączenie mamy super. Odebrać nas z hali może już Mąż. Siedzieliśmy na hali i zastanawialiśmy się: spodoba się jej, czy nie? Tu dostała "w paluszek", tu w nos, gdzieś błędy porobiła, ale po 1,5 godziny biegnie do Męża i pyta się, czy jej piłkę do domu kupimy :) Oczywiście: kupiliśmy jeszcze tego samego dnia :) 

Bardzo się cieszę. Córeczce sport, szczególnie zespołowy, twardy, intensywny, bardzo się przyda. Oby jej nie przeszło!

23:36, cinnamon.tea
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 lutego 2016

10 listopada miałam dość intensywny dzień: byłam na występach klasy Córeczki w jej szkole, jechałam po skierowanie do szpitala, nie wysiadłam tam gdzie trzeba, jak już wysiadłam, to miałam „dość blisko” do pracy Cinnamonowego… No i tak kombinowałam, kombinowałam aż zrobiłam sobie łącznie kilkukilometrowy spacer do szpitala (gdzie przyjmuje mój doktorek). Wróciłam do domu, piekłam ciasto (to były moje urodziny), coś tam sprzątaliśmy, pakowałam się na planowane przyjęcie następnego dnia na patologię ciąży… Dzień był przemiły (poza momentem wielkiego ryku jak wróciłam do domu, ale dół miewałam codziennie ostatnio), ale znowu mnie męczyły skurcze. Nie liczyłam częstotliwości, ale jak były, to bolały bardzo… tutaj już o tym wspominałam, to był niemal miesiąc takich męczarni. 
Z racji wolnego na następny dzień mieliśmy dość luźny wieczór, siedzieliśmy do późna. Jeszcze o pierwszej mówię Mężowi, żebyśmy coś objerzeli, on już nie chciał, ale i tak poszliśmy spać ok drugiej…

Tuż przed piątą budzi mnie skurcz. Oooo cholera, ale boli. Po drugim takim… zaczęłam sobie różaniec odmawiać. I nie skończyłam, kolejny był taki, że jęknęłam. Cinnamonowy wyciąga rękę, masuje mi krzyż i się pyta: czemu mnie nie budzisz? (no przecież właśnie cię obudziłam, nie?) Mówię mu: wiesz co, idę pochodzić. 
Wstałam i nie wyszłam z pokoju- czuję, że coś pęka i leci. Mężusiu, wody mi odchodzą! On wystrzelił jak oparzony z łóżka, zaczął się ubierać, a ja klęczę w rozkroku i ryczę- bo się wzruszyłam :) Trochę męża wyluzowałam- on się pyta, co zrobić, a ja do niego: śniadanie sobie zrób…
Weszłam pod prysznic, ale potem zaczęły się schody- nie mogłam się ubrać, skurcz za skurczem, a wraz z nimi wody chlustają jak w filmach- tu kałuża, tam kałuża, zalane ubrania, następna zmiana… Ostatecznie wypiłam trochę herbaty, odrobinę musli z mlekiem, obudziliśmy Córeczkę po 6, i zebraliśmy się do szpitala. Mąż musiał mi założyć skarpetki i spodnie, ja co chwila na kolanach rzucałam się opierać o pufę z tekstem w stylu „o Jeeezu” bo skurcz. Po skurczu odpoczywałam, a jak tylko nabrałam sił, żeby się zbierać, to przychodził kolejny skurcz O_o

Jeszcze w międzyczasie usiadłam sobie i stwierdziłam: imię jak dziadek polityk... data urodzin jak wujek polityk... przerąbane :)
W aucie w pozycji siedzącej udało mi się tak niby przysypiać… Podjechaliśmy tuż pod wejście do szpitala zaraz po 7, ja wysiadłam, Cinnamonowy upewnił się, że te kilka minut dam radę i pojechał odstawić auto. 
Na izbie nie ma nikogo, hurra! Wchodzę od razu do IP, i od razu na kolana znowu, bo skurcz. Zanim doszłam na kozetkę skurcz. Ściągnęłam ciuchy, nie mogę wejść na kozetkę- bo skurcz. Położna dzwoni na górę- jest tam (tu imię lekarza)? Dajcie go, szybko, bo mam tu skurcz za skurczem. Żeby tylko skurczem! Wody i krew się leją… 
Lekarz wpadł, zbadał na szybko… usłyszałam, że rozwarcie jeden centymetr to się zdziwiłam, ale co poradzić, skurcze i tak dają czadu więc jakoś się rozrusza- tak myślałam jak mnie jeden pan na wózku wiózł piętro wyżej na porodówkę. Wyszło na to, że wtedy nie usłyszałam, i że to było siedem, a nie jeden :) Na izbie dostałam flanelową koszulę szpitalną, pewnie swoich ciuchów i tak bym nie włożyła (miałam getry i ręcznik w gaciach-dosłownie).
No i tu nie wiem, ile Wam opowiadać, ale dowieziono mnie na porodówkę, na salę „Zima”, zaraz dotarł Cinnamonowy z rzeczami… i za chwilę musiałam być cała umyta i pozbyłam się tej koszuli. Mąż ubierał mnie w moją koszulę dresową, wystarczyło że mi naciągnął na ręce, i tak nie marzłam za bardzo. 
Najpierw na chwilę ogarniała mnie położna, która wtedy była jakąś szefową zmiany, podpięła mnie pod KTG (i ona nie puściła mnie do toalety, tłumacząc, że to fizjologia, nic nowego, a już nie mogą mi pozwolić wyjść z sali- zrobiła to tak) zaczęła szybko omawiać z nami plan porodu, dotarła nasza położna, młoda i fajna pani S. Zbadała, motywowała, wspierała. Ja na lewym boku, co skurcz to łapałam za rączkę łóżka porodowego (takie nowoczesne było) i przy okazji że było mi tak łatwiej, to zaglądałam na puls małego i siłę skurczy. Siłę zaraz olałam, ale po dźwięku tętna wiedziałam, że młodemu serducho na początku każdego skurczu zwalnia…Myślę sobie: no nie no, powtórka z rozrywki… Bardzo mocno skupiałam się na oddychaniu, choć mam wrażenie, że to w takim momencie chyba najtrudniejsza rzecz na świecie… Ale ponoć skoki tego typu były w normie i przy moim zmotywowaniu nic się nie pogarszało.

Kojarzę że miałam stopę opartą na podpórce i mi skakała strasznie, przy skurczu to już w ogóle, drgawki. Mąż chciał to powstrzymać, ale jak mi przytrzymał tą nogę to myślałam, że oszaleję, no musiała mi się gibać i tyle! A druga rzecz- pytają się Cinnamonowego, czy mamy picie, a my dosłownie w małej szklanej butelce od kubusia wodę mieliśmy. Mąż chciał coś kupować (wychlaliśmy oba soki jakie mieliśmy wieczorem- no bo przecież ja nie rodzę, nie?), no ale go uświadomiłam- nad ranem, w święto narodowe? No to dostał ampułki z wodą destylowaną i mi do buzi wlewał i usta zwilżał :)

Najpierw na porodówce skurcze miałam bardzo silne, krótkie i na dokładkę przerwy były bardzo krótkie- to był chyba osławiony kryzys siódmego centymetra… Ale potem jakoś to szło, pracowałam tym oddechem ile się dało. No i trochę mnie „podpierało” i w pewnym momencie ta pani S. mówi, żebym sobie „na próbę” trochę poparła, bo mały jest jeszcze wysoko, z centymetr, albo dwa. No dobra, to tak sobie po troszku popieram… 
Pani S. mnie ustawiła inaczej- na plecach, ręce miały swoje „łapki”, stopy na podpórki (nie strzemiona) i… dajemy! Ja się parcia bardzo bałam, byłam przekonana że moja forma jest tragiczna, i nie wiedziałam, czy po prostu będę miała siły… A co się okazało- organizm dobrze wie co robi, a siły w nim zawarte są niesamowite! Mnie skurcze parte nie bolały, to był tylko i wyłącznie wysiłek. Skurczy wystarczało na dwa, maksymalnie trzy parcia, położna trochę kierowała, ale chwaliła i odpuszczała i właściwie potem zagrzewała bardziej niż mówiła, żeby jeszcze pocisnąć. Momentami trochę pomaga mi, rozciąga, kieruje palcami, to boli, fakt, a na koniec przykłada jakąś wilgotną ściereczkę, chyba krocze chroniła. Gdzieś tam na początku mówi- no to na dziewiątą umawiamy się na poród. Ja oko otworzyłam i na zegar- jest 8:30- Cooo? Za pół godziny??? 
Położna zmieniła mi ustawienie, żebym sama się pod kolanami złapała, bo maluch tak jeszcze szybciej zejdzie. Trochę mniej czułam, gdzie kieruję parcie, ale za to… zaczęłam bardzo wyraźnie czuć główkę małego (nawet pokrzykiwałam do siebie, Męża, położnej- czuję go! przesuwa się!). Ojej, ale to było napięcie, co skurcz to zmiana- położna widzi, że Synek ma czarne włoski, potem czuję go w miednicy, potem mogę dotknąć jego główkę… coś niesamowitego. Mam wrażenie że oboje już się wzruszamy, płaczemy pomiędzy skurczami…
Wyszła główka, potem jeszcze jedno albo dwa parcia i malutki się wysunął ze mnie… jeszcze pomiędzy moimi nogami był, położna odwijała mu pępowinę z brzuszka (bo był owinięty, albo wokół klatki, albo wokół brzuszka) a my w płacz, oboje… I zaraz Synek trafia na mój brzuch, taki malutki, wilgotny, ciepły, cudowny… Zapłakał raz, na klatce u mnie był taki cudownie spokojny… :)

Spędziliśmy kilkanaście minut z nim, wzruszeni, zachwyceni- mamy naszego Synusia! A ja powtarzałam: jaki jesteś cudowny... :)

 

A dalszy ciąg jest troszkę bardziej „zmedykalizowany”- bo łożysko nie za bardzo chciało odchodzić. Lekarz taki wielgachny do nas zaglądał i ogląda mnie… i spróbował ruszyć toto… Ała!! No dobra, czekamy jeszcze z kwadrans. W tym raz próba parcia, potem na chwilkę założono mi cewnik, na wszelki wypadek, gdyby to pęcherz blokował to łożysko. Po tych 10 czy 15 minutach udało się urodzić łożysko (wciąż z malutkim na brzuchu, nawet possał trochę, praktycznie sam złapał pierś) ale… nie w całości. No to z lekarzem decyzja- łyżeczkowanie, i szycie przy okazji, bo lekko pękłam. Poradzono nam, żeby małego wziąć, że pójdzie na noworodki na chwilkę. Ja się zorientowałam i mówię- a mąż może iść? No jasne, że może, więc Mąż spędził swoje pierwsze chwile sam na sam z synem. Przy okazji położna szybciutko go zmierzyła i zważyła- 3520 g i 56 cm. Otrzymał 10 pkt Apgar.

Te zabiegi były oczywiście najgorszą częścią porodu- inaczej bolą skurcze, inaczej boli szycie- to jest cholernie ostry ból, jeszcze na takiej masakrze na błonach śluzowych, jaką jest poród. A przy łyżeczkowaniu- no jak taki stary mikser, co był do ubijania, jakby to w brzuchu latało- takie miałam skojarzenia, że to tak nieprzyjemne, że aż boli. Uch!

Malutki wrócił do mnie, i zostaliśmy przeniesieni do sali obok- sala porodów w wodzie została zmieniona na salę położniczą. I tam zaczęłam czuć kość ogonową, ten ból długo przeszkadzał funkcjonować... 
Po jakiś 2,5 godziny Mąż pojechał wykończony do domu (mój brat zabrał Córeczkę do siebie, był z samego rana po nią i jeszcze jej pomagał zbierać ręczniki papierowe z tymi moimi wodami- cały salon był nimi usłany… ;)), i po jakiś 30-45 minutach Synek poszedł na noworodki na przyjęcie… A ja miałam powoli wstawać. Najpierw położna mi mówi, że po łyżeczkowaniu najczęściej kobiety potrzebują więcej czasu… Ale potem było jednak coraz gorzej. Trzy próby wstania, w tym wyjście pod prysznic, kończy się uderzeniem gorąca i szumieniem w uszach (prysznic wzięłam, jak się ubierałam to się stało- położna mnie odprowadza na salę i czuję jak trzyma mnie coraz mocniej i ciaśniej- chyba odjeżdżałam). Dopiero zaczęłam nabierać sił ok 17-18, uniknęłam kroplówek z elektrolitami, ale Synka dostałam dopiero jak przyjechali Mąż z Córeczką- mi samej by go nie oddali. Po wizytach męża i córy, potem moich rodziców, już na tyle się ogarniałam (raczej na leżąco), że malutki został ze mną. ’

Pierwsze dwa dni spędziliśmy na sali obserwacyjnej na porodówce, też przerobionym na trzyosobową salę- takie było przepełnienie. Spałam na łóżku porodowym,które nie jest płaskie, więc było… słabo, straszliwie mnie bolały biodra, bo na nich opierał się cały ciężar ciała. No ale tu mogę narzekać, za to na synia wcale- pięknie ssie od początku, wcześniej mógł wisieć non stop na piersi (stąd po 2 dniach zawezwałam o smoczek, ale używamy go mimo wszystko oszczędnie), gdyby nie ta żółtaczka i naświetlania (jeden dzień) to w ogóle nie można się przyczepić :)

Opieka i podejście personelu w szpitalu na Kamieńskiego cudowna, serio. I na porodówce, i na położnictwie. Miałam inkubator z lampami w pokoju, wyjmowałam Synka na karmienie, panie pomocne… Gdyby nie fakt przepełnienia (brakuje im ok 10-12 łóżek właściwie obecnie) to naprawdę byłoby bosko :)

 

Udał mi się VBAC, i mam wrażenie, że zostałam nim pobłogosławiona. Nie każdemu się udaje i nie ich wina. Ja mogę powiedzieć- nie żałuję że zdecydowałam się na poród siłami natury!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga