RSS
wtorek, 15 grudnia 2015

Taki tekst słyszy się powszechnie. A my mówimy, że niekoniecznie :) 

Synuś jest dzieckiem, które można zapakować do samochodu, do wózka, i zabrać ze sobą bez problemu. Chyba lubi jazdy, dowolnie czym :) I przesypia trasę. 

Noce to jedna albo dwie pobudki (liczę do momentu, w którym dzwoni budzik Cinnamonowego) więc też bomba, z tym że przed karmieniem Twarożek (chwilowo tak go nazywamy :)) bawi się, kręci nosem (niemal dosłownie), dopiero po chwili takiego kapryszenia łapie "jadłodajnię" jak trzeba i się posila. Je dużo, najchętniej z obu piersi, bywa że się krztusi, więc chwilę to trwa i wymaga mojej/naszej uwagi. Po karmieniu, odbeknięciu, zmianie pieluszki następuje jeszcze czas skrzypienia, wzdychania, mruczenia, jęczenia, kręcenia się... To jest moment chwilowej frustracji, bo dziecię zadowolone, ale nie śpi, a my spełniliśmy obowiązki, jesteśmy blisko, a on... nie śpi :P Na noc w pieluszkach są dwa wkłady, żeby maluszek miał zapewnioną suchość. 

Synek zaczyna reagować na nas- najpierw poza piersią uspokajał się... na dźwięk piosenek śpiewanych przez Córeczkę. Niesamowite! Teraz zatrzymuje wzrok, miałam wrażenie, że wczoraj Synek uśmiechnął się do mnie świadomie, ale będę to weryfikować przez następne dni :)

Miesiąc temu wyszliśmy ze szpitala... cieszę się, że udało się nam powitać maluszka wspólnie, w miarę szybko, bez dramatów. Mąż odpowiada na "1000 pytań do" od mojej rodziny, bo jest to pierwszy poród w rodzinie, podczas którego towarzyszył tata :) W szpitalu było ciasno, dwa dni "pomieszkaliśmy" na porodówce, potem dopiero znalazło się dla nas miejsce na położnictwie. Poza tym- bomba. Dobrze, że wystarczył tylko dzień naświetlań Twarożka, bo nie wiem, czy wyrobiłabym fizycznie (całą noc nie spałam, bo mały się kręcił pod lampami i ściągał swoje "okularki"). Teraz Synek ma o kilogram więcej niż przy narodzinach, a tak jak wsadzaliśmy go do kombinezonu i w całości mieścił się w "kadłubku" (aż zawijaliśmy puste rękawki i nogawki), tak teraz powolutku nóżki i rączki sięgają swoich miejsc. Trochę walczymy z pozostałościami pępuszka, codziennie pędzluję go spirytusem i sypię dermatolem i mam nadzieję, że całość do końca roku zejdzie. 

Czy muszę wspominać, że cała rodzina zachwycona? Córeczka wczoraj mi powiedziała: dziękuję że spełniłaś moje największe marzenie i urodziłaś mi braciszka :)

PS. Ja nie z tych, którzy w miesiąc po porodzie wracają do wagi sprzed ciąży... Ale powolutku, powolutku zaczynam "wyglądać". Cinnamonowy nakazał mi od nowego roku wychodzenie samotne z domu, dla zdrowia, także psychicznego. To chyba sobie na zumbę pochodzę :) 

A to nasz misiaczek, kiedy skończył miesiąc:

11:29, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 grudnia 2015

 Nasz Synek rośnie jak na drożdżach, zbieramy pochwały od lekarki i położnej :) I jest nam dobrze (choć chodzimy niewyspani :P)

 Jutro pierwsza większa wycieczka- jedziemy do mojego Rodzinnego Miasta. Trzymajcie kciuki, żeby malutki przespał jazdę (tak jak przesypia spacery i jazdy autem dotychczas)

 

01:00, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
sobota, 21 listopada 2015

Od niedzieli jesteśmy w domu. We czwórkę. Katharsis :) 

Synek jest cudowny. Idealny :) Od pierwszych minut pięknie ssie, a od przyjścia do domu (i nocy przed, w szpitalu, której znowu ja nie przespałam bo pilnowałam, żeby się malutkiemu okularki nie zsunęły podczas naświetlań) śpi coraz dłużej, i po 2 i po 3 godziny, więc naprawdę jest spoko. Jak my kładziemy się spać, to tuż przed karmię go i potem zaliczamy dwie pobudki, a nawet jedną- ostatnimi dwiema nocami. A my wyczekujemy aż otworzy oczka, zainteresuje się świadomie, wspaniałe to jest :) 

Od niedzieli też jesteśmy na pieluchach wielorazowych i wychodzi nam co całkiem, całkiem. Zmywanie i pranie nie jest traumatyczne, nic nam nie śmierdzi, malutki się nie odparza- jedynie chwilowo przeniosłam się z otulaczy z tetrą na pieluszki kieszonki, bo nie sięgają tak wysoko i pępek jest odsłonięty. 

Dzisiaj był dzień małych rewolucji: pierwszy (i drugi) spacer, odwiedziny cioci- mojej siostry, pierwsza kąpiel (coś wspaniałego- leżał sobie malutki w ramionach męża, w połowie zanurzony w wodzie i przymrużał oczka zadowolony) i jeszcze kwadrans w odwiedzinach u prababci. I... śpi. Zresztą spacerki i wizyty też przespał właściwie :) 

Jestem totalnie, kompletnie zakochana w Syniu. I szczęśliwa bo się pięknie układa- Córeczka go uwielbia, my jesteśmy w stanie poświęcić jej sporo czasu, ja się czuję coraz lepiej... Byle tak dalej :) 

 

22:43, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 listopada 2015

  Nasz Synek przyszedł na świat w Święto Niepodległości rano :) 

Maleństwo miało 3520 g, 56 cm, 10 pkt, udało się nam go urodzić siłami natury :)

W dalszym ciągu jesteśmy w szpitalu, malutki jest na solarium (ma żółtaczkę), ale trzymam mocno kciuki żebyśmy wyszli szybciutko. 

 

04:48, cinnamon.tea
Link Komentarze (14) »
sobota, 31 października 2015

... wskazują że Synek będzie dzieckiem listopadowym. Jak mamusia i wujek... 

   A ja przestałam liczyć na możliwość porodu naturalnego, czekam na przeterminowanie, szpital i ostatecznie cesarkę. Jestem zawiedziona nieudolnością własnego organizmu... Ale dobrze było wyciągnąć takie a nie inne wnioski i nie mieć codziennie nerwów jak postronki. Smutno mi, ale jestem o niebo spokojniejsza niż tydzień-półtorej- dwa temu. 
   Jak czytam, że z regularnymi skurczami co 5 (albo i 10) minut powinno się jechać do szpitala, bo poród się zaczyna, to ogarnia mnie pusty śmiech. Ja mam co dwa- trzy dni takie kilkugodzinne akcje, że skurcze mam co 2-2,5 minuty, albo pomiędzy 2,5-4,5 minut. I nic! Taki przykład Wam podaję, skąd takie podejście, mimo tylu marzeń o normalnym porodzie siłami natury.

A teraz trochę innych tematów, więcej radości (przecież z malutkim wszystko w porządku) i kultury.

 Przynajmniej poprzedni weekend spędziliśmy w moim rodzinnym mieście, a dzisiaj wybraliśmy się z mężem... na mecz koszykówki kobiet :) To w ogóle mój pierwszy koszykarski mecz na żywo, bardzo udany, bo koszykarki Ślęży wygrały z drużyną z Bydgoszczy. Bardzo się nam podobało, nie musimy przejeżdżać całego miasta na halę, wstęp dzisiaj był bezpłatny, same plusy :) Zapewne więc nie jest to nasz ostatni taki mecz (w Gdańsku jest Ergo Arena, dzielona na spółę z Sopotem, mieliśmy do niej dokładnie całe miasto po przekątnej, ale w Ergo grają i siatkarze, i koszykarze z najwyższej ligi a koszykarki i piłkarki ręczne są w Gdyni; we Wro obecnie są super siatkarki, koszykarze i koszykarki oraz piłkarze ręczni, ale niektórzy grają w Orbicie, do której też nam dalej...). 

  Córeczka jest cudowna! Miała w szkole bal Wszystkich Świętych. Sama sobie wymyśliła strój- zakłada albę komunijną i mam jej znaleźć patronkę od dzieci komunijnych. Taka się znalazła- błogosławiona Imelda Lambertini, i młoda bawiła się, jako Imelda właśnie. Jej inwencja czasami mnie wprost zaskakuje :) Od pewnego czasu ona powtarza, że chce mieć firmę fotograficzną, i pracować pół roku we Wro, pół roku w Gdańsku. Miłość do obu miast się udziela! Powiem tak- nawet jak mniej ma zarabiać, ale całe życie będzie robić to, co sprawia je radość, to może być każdego rodzaju artystką czy uprawiać jakikolwiek wolny zawód. Nasze kciuki i wsparcie ma, zresztą jak zawsze :) (aparat, który jej daliśmy na Komunię, okazuje się bardzo dobrym wyborem!)

   W tym tygodniu gdzieś wyczytaliśmy, że statystyczny Polak wydaje ok 24 zł na książki rocznie. W czwartek nasza kochana mała wydała dwa razy tyle, na raz, na książki dla siebie. Dostała na to pieniążki od jednej z babć. W niedzielę dostała 4 inne od bioojca... My dorzuciliśmy jeszcze książkę dla siebie, biografię Podróżnika Roku National Geographic, Aleksandra Doby:
  Jak widać, dom książkami stoi. Ja sama czytam (przed snem, więc czasami kończy się to tak, że mimo ciekawego wątku przeczytam ino 2-3 strony, ale nic to) "Bezcennego" Zygmunta Miłoszewskiego. Książka jest bomba, jak ją skończę to ruszę temat z zupełnie innej strony- mamy w domu "Madonnę z dzieciątkiem" bardziej naukowe opracowanie dotyczące dzieł które nie wróciły do Polski po wojnie. W tym czasie Mąż będzie czytał o Dobie. Wyszło śmiesznie- wracając z mojego Rodzinnego Miasta czytałam mu fragmenty tej książki, dotyczące żony podróżnika. Widziałam, że mu się podoba i miałam myśl- tytuł idzie na listę prezentową dla niego. Mąż niemal w tym samym czasie wypalił: no, nie obraziłbym się, gdybym tą książkę kiedyś dostał ;) Ostatnio wchodzimy znowu w takie zgranie i znowu myślimy to samo w tym samym czasie, czasami skutkuje to mówieniem tego samego zdania chórem i naśmiewaniem się potem do rozpuku :)

  Ja więcej robię, "kraftuję". Pomaga mi w tym na pewno podejście: nie rodzę, dziś, jutro ani za tydzień ;) Dzisiaj dopieściłam Minionka robionego na szydełku, jest boski- nie bez jakiś nierówności, ale naprawdę bardzo mi się podoba, jestem z siebie (i z niego) zadowolona. W czwartek rozrysowałam i wykroiłam materiały na organizer na bok szafki, na której stoi kosz mojżeszowy dla Synka. I biorę się za dwa kolejne zamówienia szydełkowe. Ile mi się z tego uda ostatecznie zrobić zanim młody pojawi się na świecie, pewnie maksymalnie za 2,5 tygodnia? Się zobaczy :) 

  Zaczęłam wpis smętnie, ale kończę pozytywnie, bo przecież nie ma co się dobijać, tylko przynajmniej troszkę osłodzić sobie ten czas... 

Mam nadzieję, że wrzucę jeszcze wpis o kąciku małego, torbie do szpitala i takich tam... 

 

środa, 21 października 2015

Gadamy do brzucha: Synku, wychodź, po tej stronie brzucha jest naprawdę fajniej! :) 

 

 

Bardzo liczę na to, że teraz uda się naturalnie... Z Córeczką było tak, że odeszły wody o 00.10, od razu zaczęły się silne bóle (krzyżowe). W szpitalu okazało się, że mam 4 cm rozwarcia. Rodziłam z mamą i swoją położną (taki "prezent" zrobiło mi moje rodzeństwo, późniejsi chrzestni). Akcja postępowała bardzo szybko, ale po podpięciu pod KTG już z nim zostałam... Co skurcz, to tętno małej brzmiało tak, jakby ktoś głośnik odsuwał na 5 metrów... Przed 3 nad ranem miałam ponad 9 cm i zaczęły się skurcze parte... Jednak pani doktor która została wezwana na konsultacje stwierdziła, że nie ma co ryzykować, tętno małej spada- tniemy! I tak na szybko, pod pełną narkozą, o 3.10 urodziła się Córeczka. Punktów Apgar 8 (następne testy już dawały jej 10tki), 3350 g (a był to 38 tydzień, dokładnie 37t3d) i 53 cm.  

Teraz nie mam właściwie przeciwwskazań do porodu naturalnego, blizna trzyma się bardzo dobrze. Trzymamy więc kciuki, żeby Synek dał radę (i ja też) i szczęśliwie, naturalnie przyszedł na świat. 

W firmie Męża kolega miał mieć dzieciątko na sam początek grudnia. Panienka jednak doszła do wniosku, że przyspieszy swoje przyjście na świat i urodziła się w poniedziałek. Mąż wczoraj na spacerze do Synka, "weź już przykład z młodszej koleżanki". A ja się śmieję, że już nie młodsza, bo to że urodzona w 34 tygodniu już się nie liczy, bo ona już urodzona, a nasz maluszek jeszcze nie :P Mała jest w dobrym stanie, więc teraz trzymać kciuki, żeby nadrobiła masą i szybko poszła z mamą do domu. 

czwartek, 15 października 2015

   W poniedziałek zawitaliśmy na izbie przyjęć, z bardzo regularnymi i częstymi skurczami. Były one takie, że mogłam chodzić, ale ta częstość mnie nakręciła, zaniepokoiła i pojechaliśmy. Fałszywy alarm. Spędziłam na IP 5 godzin (!), postawiłam na nogi i zestresowałam siebie, Męża, Córeczkę i dalszą rodzinę i troszkę się zraziłam... do siebie. KTG, czyli zapis tętna oraz siły skurczy pokazało skurcze o częstości porodowej, a jakże (2-2,5 minuty), ale ich siła była taka, że ostatecznie pan doktor mi wpisał "brak czynności skurczowej". Jeśli ich siła nie przekraczała niecałych 30%, to stwierdziłam, że następnym razem pojedziemy albo jak odejdą wody (ach, jakie to wspaniale ewidentne!) albo jak będę po ścianach z bólu chodzić. Tak czy inaczej, czuję się jak chodząca bomba zegarowa... Skurcze właściwie nie minęły, staram się je olewać ile się da.

   Dzisiaj mogę jednak oficjalnie ogłosić: Synek jest donoszony! Teraz to już w ogóle może się rodzić na legalu. Na razie chyba stwierdził, że jeszcze nie wyeksplorował nóżkami wszystkich zakamarków w moim brzuchu... i siedzi tak nisko, że aż mnie kłuje w dole.
Rodzinka zaczyna przeżywać (Mąż) i się ekscytować (Córeczka). Nasze mamy upewniają się, czy wszystko jest OK... 

   Zaczynam ten dzień zmęczona (ostatnio to standard), ale przynajmniej mam jakieś pomysły... Zdrowe jedzenie rządzi dzisiaj: zrobiłam mleko jaglane z prażonym słonecznikiem (usyfiłam pół kuchni i samą siebie, ale smak wyszedł niezły). Otworzyłam boski dżem malinowy od rodziców (moja nutella śliwkowa się już skończyła :( ) i zrobiłam sobie kanapeczki, do tego herbatka i jabłka. Na obiad gołąbki, które ostatnio ukręciłam. Kapustę niby kupiłam najmniejszą, a trzeba było największy garnek przykryć miską, żeby z każdej strony się toto gotowało (część na parze). Teraz marzą mi się kluski śląskie, chyba rzeczywiście ugotuję ziemniaki i będą czekać na jutro...

    Bawimy się w ryzykantów i planujemy na dzień- dwa pojechać do teściów. W ich mieście jest najlepsza porodówka w województwie, więc jak się "trafi" to panikować nie będę. Fotelik i torbę zapakujemy do bagażnika :) A teraz przyjechała do teściów chrzestna Męża ze swoim mężem, nie widzieliśmy się od naszego wesela, a to bardzo fajni ludzie. Może coś się ruszy? A może po prostu będziemy korzystać z każdej minuty jaka nam została? Mi się bardzo dobrze jeździ samochodem- mam adapter do pasów, pochylę siedzenie, Mąż włączy mi ogrzewanie pod plecy które jest cudownym wytchnieniem dla moich umęczonych pleców i mogę jeździć :)

   Fajne mamy te foty ciążowe, więc wrzucam następne :) Jeszcze chwila i nie będzie czego (oby!)
 

poniedziałek, 12 października 2015

   Nie mam siły pisać wszystkiego o końcówce ciąży, bo to już przestaje być przyjemne ;) Ruchy małego są fajne (ale też zdarza się, że krzyczę z bólu jak Synek "odpowiednio" kopnie) i tyle! Mam skurcze, bolą plecy, czasami i skurcze łydek, źle śpię, mam huśtawki nastrojów. 

   Od nocy z soboty na niedzielę mam skurcze, które budzą mnie w nocy, bolą. I pojawiają się co jakiś czas... Gdy ścisnęło mnie dwa razy wczoraj w kościele (oba skurcze po kazaniu, więc w przeciągu mniej niż 30 minut) to zaczęłam się martwić... Synek będzie oficjalnie już donoszony w czwartek, więc te kilka dni powinien jeszcze posiedzieć... Skurcze są jednak nieregularne i nie kwalifikują mnie do szpitala, więc staram się działać normalnie. Ale czuję się... jak tykająca bomba!

   Córeczka wypuściła nas wczoraj na randkę- być może ostatnią przed porodem... Byliśmy w kinie (na "Marsjaninie", w 3D- polecam!!!) i na krótkim, ale przyjemnym spacerku. Dobrze, że nawet od czasu do czasu mamy taką okazję, bo bardzo się nam takie rzeczy przydają. Córeczka bardzo zadowolona, że mogła posiąść cały dom, my bardzo zadowoleni, że mogliśmy wyjść razem :) 

   Ja dokańczam kosz, w którym ma spać Synek, torba do szpitala spakowana, aplikacja do liczenia tych skurczy odpalona (przez ostatnie 2 godziny zliczyła 8 takowych... Mąż miał dzisiaj uprzedzić szefów, że być może któregoś dnia wyjdzie, jeśli zacznę rodzić). Nie możemy się doczekać tak po prawdzie :)  

Tagi: ciąża my
09:04, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 października 2015

Kupujemy auto. 
Wzięliśmy furę na "test", wsiedliśmy całą trójką. Młoda trochę marudzi, bo "nie jest czerwone" (dzisiaj pokazała mi przód audi i stwierdziła, że takie auto ładniejsze... no sorry córka ;P). Po jakimś czasie jednak docenia całą resztę i stwierdza, że właściwie, to może być.

Pół minuty bez gadania a potem:
-podoba mi się tutaj, tylko nie podoba mi się nazwa osiedla na którym mieszkamy (mieszkamy obecnie w dzielnicy Psie Pole)... Nie mogłoby być zamiast "Psie Pole" na przykład "Kocia Łąka"?

Umarliśmy :P

 

Jutro już na 100% auto będzie nasze, a nam spadnie kamień (czyt. głaz) z serca. Nie będę się bała, że nie zdążymy dojechać do szpitala :)

Dzisiaj równe 36 tygodni...   

A Córeczka niedawno umęczyła (bo ją termin gonił) "Dzieci z Bullerbyn". Jej pierwszą tutaj lekturę. Nie chciała żeby jej pomagać, bo chciała przeczytać samodzielnie (więc z ok 250 stron podgoniłam jej może z 10). Wyszło pięknie- ze "sprawdzianu" z lektury ma najlepszą punktację z całej klasy! Dumnam! :)

poniedziałek, 28 września 2015

   Przychodzi niedziela (albo, jak w przypadku tego tygodnia, poniedziałek rano) a ja wtedy radośnie sięgam po cienki segregator, gdzie czekają na mnie już dawno wydrukowane planery. Dla fanek tego typu rozwiązań, polecam np. iheartorganizing.blogspot.com, dział free printables :) 

Wyciągam rozkład tygodniowy i wpisuję sobie, co nas czeka, co muszę zrobić każdego dnia. Niekiedy nie mam "nic" specjalnego do zrobienia, więc wrzucam np. zadanie "5 konkursów"- jak już nic specjalnego się nie dzieje, to przynajmniej warto zasłużyć na jakąś nagrodę (w lutym wygrałam aparat fotograficzny, zwiększyło to moją chrapkę na kolejne konkursy). Wpisuję, co się da- kiedy oddać książki do biblioteki, zrobić jakiś przelew, kiedy Córeczka ma jakąś wycieczkę... No i właśnie- z góry planuję posiłki na cały tydzień. No, prawie- zawsze biorę pod uwagę, że w weekend możemy zjeść na mieście, albo zmieni się kolejność potraw. Jednak samo to planowanie daje mi jakieś poczucie bezpieczeństwa i przyjemność :) 

Dzisiaj wypisałam: łazanki (mniam, uwielbiam, choć u nas jest to wersja niskotłuszczowa, bezmięsna- praktycznie 4 składniki- za to cudowne, plus olej, sól i pieprz ;)), wątróbka (na jutro, na moją hemoglobinę i ku radości Męża), spaghetti bolognese, zupa pomidorowa (na dwa dni). Na sobotę- coś z jadłonomii, zależnie od ochoty- albo dal z soczewicy, albo curry z kalafiora. Pozwalam sobie zostawić wolny dzień, przy czym jeśli będziemy w domu (choć wątpię) sięgnę do książkę Jamiego Olivera i być może skończy się na polędwiczkach, które bardzo smakują całej naszej trójce (no, trzyipółce :P). 
Jeśli cokolwiek z tego planu nie wypali to nie rujnuje mi się tydzień. Ale jeśli wypali, to mam taką małą satysfakcję- rodzina nakarmiona, było smacznie, zakupy i rozkład dnia zaplanowane, fajnie jest :)

Dobrze się składa, bo ostatnio robię zupy w garnku po brzeg- co zostaje po dwóch dniach idzie do zamrażarki. Wtedy, jeśli wyskoczy mi dzień pt. jeżdżę pół dnia komunikacją po mieście, mogę powiedzieć Mężowi rano, że rozmrażam zupę, bo nie wiem kiedy wrócę. I jestem spokojna.  
Każdemu polecam :)

Mały przykład takiego plannera, choć to nie jest ten, z którego korzystam

 

środa, 23 września 2015
wtorek, 22 września 2015

Zbierałam się i zbierałam do tego postu, ale też pytań jest tak naprawdę lichawo, więc dorzucę kilka luźnych przemyśleń i… będę miała na pamiątkę

1. Czy chcemy mieć więcej dzieci niż dwójkę?

Tak, chciałabym, właściwie to nie raz o tym rozmawialiśmy z Cinnamonowym, ale po wiadomości o ciąży jakoś to, że chcemy przejść przez to jeszcze raz, stało się oczywiste. Chcemy mieć trójkę, o czwórce pogadamy jak będziemy bogaci :)
Dla mnie trójka dzieciaków to nie do końca jeszcze rodzina wielodzietna (sama jestem z trójki rodzeństwa), nie boję się tego. Na razie jednak ta ciąża tak daje w kość, że śmieję się, że jeszcze te 1,5 miesiąca i następna wybije się nam z głowy!

 2. Czy według mnie można pogodzić  życie rodzinne z karierą zawodową?

A co robiłam przez ostatnie lata? A na pewno te ponad 1,5 roku zanim poszłam na zwolnienie… Oczywiście że można!


3. Też mi się nudzi w domu?

Szczerze powiedziawszy- niekoniecznie mi się nudzi. Mam Córeczkę, robię masę „drobiazgów”,
muszę dużo odpoczywać, robię wiele rzeczy zdecydowanie wolniej- łącznie: nie nudzę się. Ale też i nie wyobrażam sobie, żebym została do końca życia w domu.


4. Ile staraliśmy się o dziecko? (+moje przemyślenia)

Od pierwszych działań (i badań) do zobaczenia tych wymarzonych dwóch kresek minęło pół roku bez jednego dnia. Mam na tyle dużą świadomość swojego ciała, że to trochę przeszkadzało- każdy inny syndrom powodował jakieś nadzieje, a u mnie psyche najwidoczniej bardzo na to wpływa: cykle mi się lekko rozregulowały…
Najgorszy był moment, kiedy okres nie przychodził, tu święta, pięknie, a testy negatywne… Ostatecznie pomogła straszna grypa, która położyła w ferie zimowe najpierw Męża, potem mnie. Nie dość, że po gorączkach nie było co liczyć na naszą dobrą formę, to jeszcze pani doktor powiedziała, że nie ma co liczyć na ten cykl. Najwidoczniej machnięcie ręką na tamten czas wyłączył mi głowę wystarczająco, żebyśmy wtedy „zaskoczyli” ;)
Jak dla mnie NPR jest świetny do odkładania, a nie do starań- im mniej się wie i kontroluje, tym lepiej dla naszej psychiki i powodzenia starań.

 
5. Tu może dorzucimy: jak się dowiedziałam o ciąży

Cykl trwał dłuuugo, tydzień wcześniej już robiłam test- negatywny, przyszła kolejna sobota, okresu brak- zrobiłam kolejny. Widziałam ten tzw. cień cienia i tak nie wierzyłam- użyłam następnego testu, a on pokazał to samo :)  Czułam ogień na twarzy i to, jak głośno mi tętniło w uszach…

 To był dzień, w którym urządzaliśmy Córeczce nareszcie urodziny, więc zanim Mąż się ogarnął, to powiedziałam, że lecę coś tam jeszcze dokupić i wyszłam z domu, żeby odetchnąć. Ja, wielka gaduła, ekstrawertyk, jakoś wytrzymałam :)

Ostatecznie podczas tych urodzin, w jednej z przepięknych sal w Ratuszu Głównego Miasta kazałam Mężowi zamknąć oczy, podałam mu skarpeteczki z napisem „I love dad” i powiedziałam „chyba się udało”  Radość, łzy szczęścia…
Co ciekawe, przy mnie, wstrzymującej swój ekstrawertyzm w takich momentach, mój
Mąż zapomina o swoim opanowaniu, i kogo spotkał, to się chwalił. Szczęście buchało :D

          
6. Jak się w tym wszystkim odnajduje Cinnamonowy i Córeczka?

Pomyślałam, że to dobre miejsce na odpowiedź na to pytanie. Mąż jest w nowej
sytuacji, i szczęście, niecierpliwość, oszołomienie i strach/odpowiedzialność
za rodzinę pięknie się u niego mieszają. To, że mówi Synkowi, że już nie może
się go doczekać, że smaruje codziennie mój brzuch balsamem, objeżdża za zbytnie
forsowanie się i wytrzymuje tą moją momentami fontannę emocji (i łez też
czasami) powoduje, że tylko bardziej go kocham. Będzie wspaniałym podwójnym
tatą!

Córeczka od zawsze chciała rodzeństwo, mówiła o tym bardzo wyraźnie, cieszy się
z brata, czuje odpowiedzialność („muszę być lepsza, żebym była dla Synka
najlepszą starszą siostrą”) i planuje, co będzie z nim robić, co mu pokaże.
Jednak jest też długoletnią jedynaczką, co wyraźnie widać w kontaktach z innymi
dziećmi z rodziny, więc wiemy, że nie zawsze będzie łatwo. Ma chwile załamania,
gdzie np. boi się że o niej zapomnimy… No to rozmawiamy z nią- pytam się, czy
jeśli nie da rady inaczej, mogę doglądać jej lekcji, czy czytać jej przed snem
z braciszkiem na rękach albo chuście; umawiamy się na min. jedno wyjście z
którymś z nas bez niemowlaka w tygodniu, więc  tata ma już pierwsze tygodnie zaplanowane: ukochana Pizza Hut, aquapark, kino, nawet taras widokowy na Sky Tower… Samo robienie takiej listy ostatnio ją z takiego dołka wyciągnęło. Miała ciężko, gdy byłyśmy we dwie w Gdańsku, ja
czułam się naprawdę fatalnie, a ona nie miała nawet jak ze mną porozmawiać czy
się pobawić, a na dokładkę mój pobyt w szpitalu, nagły, stresujący, gdzie ona w
pierwszy wieczór płakała babci do słuchawki „a ja byłam dzisiaj taka niedobra
dla mamy”, bo ja nie byłam w stanie pomóc jej w czymkolwiek zanim poszła do
szkoły na popołudnie. Myślę, że jednak w ogólnym rozrachunku wyciągnie z tego
tylko siłę na resztę życia.

Fajnie mieć w sobie dziecko, z którego wszyscy się cieszą, trzymają kciuki,
dobrze myślą. To jest po prostu wspaniałe.

 

A teraz inne przemyślenia, ot, taki TAG

Czy odczekaliśmy 3 miesiące zanim powiedzieliśmy bliskim?

Nie dało się ;)
Dowiedzieliśmy się w sobotę, Mąż musiał na niedzielę wyjechać, wrócił w
poniedziałek wieczorem i mieliśmy wieczór dzwonienia. Najpierw powiedzieliśmy
Córeczce (dostała odznakę Najlepszej Starszej Siostry na Świecie), a potem telefonowaliśmy
do rodziny i przyjaciół. Z racji charakteru mojej pracy także w poniedziałek
zgłosiłam mojej bezpośredniej przełożonej i bliskiej koleżance w pracy.

Czy marzyła się nam płeć malucha i kiedy się dowiedzieliśmy
o tym, że będzie to Synek? (+przemyślenia)

Chcieliśmy syna. Ot tak, jakoś wyszło, że fajnie by było mieć małego Dziedzica :)
Zresztą heeen czasu temu mówiliśmy czy żartowaliśmy o naszym przyszłym dziecku
mówiąc o synku o imieniu, jakie rzeczywiście będzie nosił nasz Syn. Pierwsze prognozy to
było USG z ok 15 tygodnia ciąży, niestety Mąż wtedy nie mógł być ze mną, ale
pięknie sobie popłakaliśmy ze wzruszenia do słuchawki… Kolejne tego typu
badania już odbywają się przy jego obecności, i co najazd na serduszko, to Mąż
mi się wzrusza ;)

Jaki mam „plan porodu”?

Wiemy właściwie to, w jakim szpitalu chcemy rodzić, i że
chcę urodzić naturalnie, jeśli się da. Mąż chce mi towarzyszyć, jednak przy
wielu obawach umówiliśmy się tak, że jeśli cokolwiek będzie obciążeniem dla
mnie albo dla niego, to wyjdzie i poczeka. Mam wrażenie, że świadomość, jak
ważny to moment w życiu, będzie go trzymać na sali J

Karmienie malucha

Chciałabym karmić piersią (nie: jak najdłużej, ale myślę że
ok roku będzie super), pilnować się, żeby mnie nie poniosło i skorzystać z
wytycznych WHO- wprowadzić nowe pokarmy po skończeniu 6 miesiąca życia Synka, a
potem stosować BLW.

Pieluchy

Jak wspominałam, chcemy pieluchować wielorazowo, mamy tego
dużo, różne rodzaje. Na pewno będą sytuacje, w których będziemy się posiłkować
jednorazami (do szpitala właśnie takie zabieram) i nie będę z tego powodu
płakać. I nie mam ochoty się zrażać na wielorazy, jeśli na początku będzie źle.
Nie uda się, spróbujemy za kilka dni/tygodni.

 

Edit- jak się prosi o pytania w lipcu, to zestaw dodatkowy dostaje się we wrześniu :P 

 

Dlaczego chcę używać pieluch wielorazowych? 

Hmmm, na pewno połechtało to moją ambicję :) Przede wszystkim względy ekonomiczne, bo zależało mi, żeby ten pierwszy okres życia był- wbrew pozorom- mało obciążający finansowo. Ale dodatkowe względy są też ważne, mam wrażenie, że im dalej, tym ważniejsze- lepszy stan skóry dziecka, no i ekologia! 

Czy w moim odczuciu druga ciąża jest trudniejsza od pierwszej? 

Tak, moja pierwsza ciąża była łatwiejsza od obecnej, ogólne samopoczucie było lepsze, miałam sporo różnych ciążowych dolegliwości, ale i tak wtedy było lepiej, łatwiej. Są myślę, ku temu powody- wtedy byłam właściwie 10 lat młodsza, zdecydowanie zdrowsza (problemy z żołądkiem i kamicą żółciową pojawiły się później, a miały spore znaczenie w moim samopoczuciu w obecnej ciąży). No i wtedy byłam w ciąży sama, od 4. miesiąca... więc stan psychiczny był lichawy, może ciało dawało inne objawy, żebym się nie posypała po całości...

Jaka jest ostateczna granica wiekowa narodzin ostatniego dziecka według mnie (nas)?

Kiedyś o tym rozmawialiśmy... Mam ten "luksus" że to pierwsze bardzo wcześnie urodziłam, miałam 19 lat, teraz mam 28... Na trzecie mamy pewien bufor ;) Ale kiedyś rozmawialiśmy na zasadzie- jeśli wcześniej nie będzie nas stać/nie będziemy mieli warunków, to kiedy nie będziemy się sami starać, tylko spróbujemy adopcji... I wyszło nam- 35 lat. Ten moment, po którym dość drastycznie wzrastają statystyki występowania chorób genetycznych u dzieci. Ale czy rzeczywiście by tak było? Zobaczymy...

Jak się czuję obecnie?

Hmm, bardzo różnie. W ogóle nie przypomina to aktywności sprzed ciąży. Miewam skurcze, już bolesne. Tracę dech. Chodzić długo nie mogę, choć i tak lepsze chodzenie niż stanie. Na przykład wczoraj na chwilę odwiedziliśmy Castoramę, bo będziemy malować boazerię w naszej sypialni, Mąż oglądał farby, a ja przysiadłam na wiadrze z farbą, bo ustać nie mogłam, i się śmiałam, że jak coś to będzie musiał mi przynosić i pokazywać ;) Boli kręgosłup, pojawiają się też skurcze w łydkach (znacznie później, niż w ciąży z Córeczką). Mam rozchwiania nastroju, okropne, emocje tryskają po prostu... Do tego źle się czuję sama ze sobą, nie mam tego poczucia ultrakobiecości, jak w ciąży z Córeczką. To czasami ociera się o absurd- ktoś mi mówi, że dobrze wyglądam, że ciąża mi służy, a ja w ryk, że wcale nie...  :(

Czy Córeczka będzie miała wspólny pokój z bratem?

Nie! Jeśli ona wyrazi taką wolę, to może jak Synek do przedszkola pójdzie. Na razie Synuś będzie z nami w sypialni. My ogólnie sypialnię traktujemy jak nazwa wskazuje- do spania, więc praktycznie potem to może być pokój Synka, tylko my też tam będziemy się kłaść spać. Szczerze powiedziawszy, nie wyobrażam sobie wstawić niemowlaka do pokoju z dziewięciolatką... Jak mówię, jeśli ona będzie tego chciała, to może mieć z nim pokój (czasami tak fantazjuje), ale dopiero wtedy, kiedy on się nie będzie budził po nocach- ciekawe, czy wtedy będzie zainteresowana ;)

 

       Edit nr 2

Czy po narodzinach Synka chcę dalej stosować NPR (tudzież MRP)

Bardzo chciałabym wrócić do obserwacji, ale czy uda się od razu? Nie wiem! :) Z pewnością nie jestem zainteresowana jakąś antykoncepcją długoterminową, hormonalna mi się nie podoba, bo się obserwować nie można... Pierwsze miesiące być może uda się MRP, ale w dalszym ciągu nie jestem pewna, jak to będzie wyglądało... 

Czy po rocznym macierzyńskim Synek pójdzie do żłobka? 

Na to wygląda. Na ten moment nie uznaję posłania dziecka do żłobka za tragedię rodzinną :) 

Czy w naszej wyprawce znalazło się coś, co można uznać za gadżet? 

Hmm... będziemy mieli chusty :D Pieluchy wielorazowe mogą być uznane za gadżet... Trzecią taką rzeczą jest kosz (uprzedzając- nie, jeszcze nie skończyłam), na które kilka znajomych mam się mocno skrzywiło, z tekstem- szkoda kasy, to na dwa miesiące może się przyda! :)

Jaka kwota byłaby stosowna na wyprawkę dla dziecka uwzględniając normalne potrzeby dziecka?

Myślę, że to bardzo indywidualna sprawa. Można za naprawdę małe pieniądze ogarnąć całą wyprawkę, wyszukując oferty, czy nawet polując na olx w dziale "oddam za darmo" :) Myślę, że nie chcąc się ograniczać do "wszystkiego używanego", ale mając pewne ograniczenia finansowe i chcąc raczej oszczędzać, trzeba sobie przeznaczyć około (bardzo "około") tysiąca złotych. Jeśli wszystkie te rzeczy, które my mamy, były kupowane jako nowe, to pewnie wydalibyśmy ze 2,5-3,5 tysiąca (nie liczyłam jakoś specjalnie, oceniam "na oko"), ale czasami sam wózek umie tyle kosztować, jeśli nie więcej. Uważam też, że nie ma sensu "odłożyć" na wyprawkę, albo kupować wszystkiego na jeden rzut. Jeśli decydujesz się na dziecko, to znaczy (tak mi się wydaje) że masz jakieś środki, które np. na razie mogą iść na przyjemności/głupoty, a potem przeznaczysz je na dziecko. Takie środki w ciąży można przeznaczyć na wyprawkę, stopniowo kompletowaną, i wtedy takie zakupy niekoniecznie muszą być bolesne :) 

piątek, 18 września 2015

  Zaczynam się robić monotematyczna... Ale też wychodzi z tego coś konstruktywnego, jakiś syndrom wicia gniazda już mi się włącza... 

  33 tydzień minął nam raczej spokojnie, miałam dzień przekichany- poniedziałek, cały dzień katar i kichanie. We wtorek rano dwa razy kichnęłam rano i minęło ;) Odporność szaleje!

  Mały człowiek teraz szybko nabiera masy, tkanki tłuszczowej, skórka powoli nabiera normalnego kolorytu, bo już nie jest taka przezroczysta. Płuca powoli dojrzewają, a mózg bardzo szybko rozwija swoje struktury. Opis tych zmian u dzidziusia będzie coraz krótszy, im starsza będzie ciąża. 


Z racji tego, że Córeczka urodziła się w 38 tc, mam nadzieję, ew. nastawiam się :) na poród wcześniejszy, niż by to wynikało z terminu porodu.
Córeczka miała urodzić się 18 lutego (według kalkulacji OM- czyli ostatniej miesiączki), ew. 9 lutego (wg USG z 11 tygodnia ciąży). Rozjazd duży, ale USG wykazywało przyspieszenie. Panna urodziła się pięknie donoszona, 3350 g, 53 cm.
Tu mamy rozjazd jeszcze większy, ale odwrotny- termin z OM na 4 listopada, wg najwcześniejszego USG z uwidocznionym maleństwem i serduszkiem: 15 listopada. Znowu potem mały trochę przyspieszył, i kalkulacje były takie: 8.11; 6.11; 11.11. Wymiary jego główki wyprzedzają troszkę wymiar kości udowej, więc głowa wykazuje szybszy termin, niż noga (śmiesznie, ale oprogramowania USG dopasowują rozmiary do daty porodu). Co nam z tego wyjdzie? Teoretycznie mały człowiek będzie donoszony ok 15 października. To już niecałe 4 tygodnie! Nie mogę się doczekać wizyty 30 września, wtedy już troszkę pewnie będziemy wiedzieć.

Mały rozpycha się niesamowicie, to co się dzieje z moim brzuchem czasami jest wręcz komiczne. Coraz częściej ma czkawki, więc tu się kręci, przelewa, kopie, a do tego całość podskakuje po sekundę- dwie, aż mam echo w mięśniach w wnętrznościach ;)
Mąż teraz gdy ma możliwość zabiera mnie ze sobą- miał w sobotę krótki wyjazd służbowy, zapakował nas do auta. Ja się rozłożyłam na siedzeniu i podróż przebiegła nam bardzo sympatycznie. Siedzenie w prawidłowej pozycji jest właściwie niemożliwe- tracę dech, bolą plecy, żeby brzuch się zmieścił, to nogi muszę szeroko ustawiać. Mały też pięknie celuje pod żebra, po prawej stronie, więc jak tak przywali, to ja ustawiam się jak struna :)  

Nie zmieściłam ciążowych jeansów sprzed lata na tyłek :( One lekko mi się blokowały już wtedy, ale nie ma sensu się siłować teraz :/ Musiałam kupić nowe legginsy, bo poprzednie się z brzucha rolowały i odsłaniały to miejsce, gdzie bluzki nie sięgały... Poza legginsami kupiłam cuuuudowne wiskozowe marchewki na gumce z H&M i teraz przynajmniej nie muszę chodzić jak lump :P Mam nadzieję, że pogoda do porodu będzie znośna i już nie będę musiała kombinować z ubraniami... 

Zaczynam się bać. Porodu przede wszystkim... Chciałabym VBAC, czyli urodzić siłami natury po poprzednim porodzie zakończonym cięciem cesarskim. Staram się o tym czytać, pytać, mieć plan porodu, denerwuję się przed tą wizytą za 2 tygodnie, ale wiem, że dużo nie jest zależne ode mnie... Tak bardzo marzy mi się przychylny personel... Do tego jeszcze masa pytań- będzie tak jak z Córeczką? Odejdą wody i potem pójdzie piorunem? Czy będzie szło kompletnie inaczej? Czy ułożenie, pępowina będą okej? Nie to, że się telepię, ale te pytania pojawiają się niemal codziennie. 

Przerobiłam koszulkę do porodu- wielka podkoszulka została rozcięta od góry, obszyta, zatrzaski doszyte, napis okolicznościowy wymalowany :) Do wózka uszyłam mufkę na rączkę, żeby było nam ciepło w ręce. Koniecznie muszę zrobić do końca ten kosz!. Piorę pieluchy, bo te nówki lub prawie nówki nie mają pełnej chłonności- dopiero po ok 10 praniu ją osiągają. Kupiłam krem, mydełko, naklejki na ścianę, różne wkładki dla mnie. Już na październik odkładam zakup miski- wanienki, ręczniczka, akcesoriów do pieluchowania, reszty kosmetyków (ale ich mało będzie) i innych ewentualnych drobiazgów. Moja mama zdobyła białe łóżeczko, więc na później będziemy już mieć. A za tydzień mąż pomaluje boazerię w sypialni. 

Jak widać, przygotowań masa. Niech Synek jeszcze tylko troszkę poczeka... Nie maksymalnie długo, ale jeszcze troszkę :) 

wtorek, 15 września 2015

Jestem najczęśliwszą kobietą na ziemi :) 

Kocham :*

 

 

wtorek, 08 września 2015

   Myślałam, że mam do nadrobienia 2 tygodnie ciurkiem, a okazuje się, że to już trzy!

   Wkraczając w 32. tydzień rozpoczęliśmy z Synkiem ósmy miesiąc ciąży. Mały człowiek praktycznie ma niedorozwinięte tylko płucka, reszta narządów jest w pełni wykształcona, pod skórą zaczyna się zbierać już porządnie tkanka tłuszczowa. Jeśli mały człowiek ma mieć włoski po narodzinach, to już sobie one rosną, tak samo jak rzęsy i brwi, a paznokcie dochodzą do brzegu paluszków. Maleństwo śni, doświadcza pierwotnych uczuć i szybko przybiera na wadze- pod koniec 32. tygodnia powinno mieć ok 1,8 kg, i w każdym tygodniu teraz będzie miało o 150-200 g więcej. 

   Nasz synek jest ustawiony konsekwentnie głową w dół, a jego harce są po prostu niesamowite! Nagrałam filmik jak sobie leżę, na brzuchu położyłam pilot od telewizora, a on go "huśta" :) Filmik z wykorzystaniem rekwizytu jest super, bo nie trzeba szukać "płaszczyzny" na której widać kopniaki :) Mały też bardzo fajnie reaguje na mężowe smarowanie brzucha balsamem- już po chwili się kręci i daje znać. 

   Mi jest... coraz ciężej, o ile to możliwe :) Byliśmy na przedłużony weekend niedaleko nad jeziorem, śmiałam się, że to dla mnie był wyjazd położniczo- geriatryczny, bo tak słabo się ruszałam... Ale przynajmniej mamy kilka bardzo sympatycznych fotek (31 tc):

 

 

Ale sam brzuszek jest lepiej podkreślony na takiej fotce na przykład (30 tc)

   Moja mama widziała mnie dwa dni temu i potem z lekkim przestrachem mi mówi- ale masz już gruby ten brzuch... A tu jeszcze dwa miesiące... (przynajmniej obrzęki stóp i kostek nie wróciły)

   Zaliczyliśmy przeziębienie... całą rodzinką, po kolei. Z lekką gorączką i katarem, który jest trudny do wytępienia... A potem bardzo mocno dały mi się we znaki ostatnie upały, właściwie ostatni ich dzień. Miałam kilka wyraźnych skurczy, ból jak na comiesięczne niedogodności- krzyżowy. Trochę się przejęliśmy... Ale minęło, następnego dnia było chłodniej, padało, i ja poczułam się jakoś lżej. Synuś obowiązkowo musi jeszcze miesiąc posiedzieć (a właściwie to min 6 tygodni) więc takie bolesne skurcze nie są mile widziane. 

   Wróciła w moje ręce książka "W oczekiwaniu na dziecko" i chętnie do niej zaglądam. Wymieniane przez nich objawy  z ósmego miesiąca to (to co po myślnikach to cytat+ moje odniesienie się do tego): 
-silna, regularna aktywność płodu- jest (ponoć tak jak dziecko harcuje w tym okresie przekłada się na jego tryb dnia po porodzie- wychodziłoby na to, że będzie spał od 10-11 do 15, za to żeby usnąć na noc dłużej będzie trzeba poczekać do północy przynajmniej :))
-nasilające się upławy... hmm i tak tego dużo jest
-nasilające się zaparcia- niekoniecznie, ale to kwestia pewnie dużej ilości owoców i płynów
-okresowe bóle głowy, mdłości lub zawroty głowy. Dzisiaj trafił mi się ból głowy po raz pierwszy od kilku tygodni. Mdłości mam trzeci dzień, też miałam kilkanaście dni przerwy. Ale zawroty przydarzają się stale, niemal przy każdej sytuacji kiedy dłuższą chwilę muszę stać,
-zgaga, niestrawność, wiatry, wzdęcia- eee... nie za bardzo, albo przynajmniej nie więcej niż przed ciążą 
-przekrwienie błony śluzowej nosa i sporadycznie krwawienie z nosa; uczucie zatkania uszu- uszy nie, ale z nosem się zgadza, a samo przekrwienie nie pomaga pozbyć się końcówki kataru...
-różowa szczoteczka do zębów, spowodowana krwawieniem dziąseł- nie! :)
-kurcze mięśni kończyn dolnych- tak, niemal codziennie mam lekkie skurcze po przebudzeniu; nie budzą mnie w nocy zbyt często, jak mi się to zdarzało z Córeczką; magnez pomaga
-bóle pleców- oj, tak!
-ucisk i/lub ból w okolicy miednicy- niestety tak, tak samo boli okolica biodrowa, jak i odczuwam ostry ból w miednicy małej- podejrzewam, że Synek naciska na pęcherz, a do tego może to być odczucie podczas jakiś skurczy... 

   Wciąż jeszcze noszę obrączkę i pierścionek zaręczynowy, choć sprawdzam często, czy normalnie schodzą z rąk; musiałam całkiem pogodzić się z koniecznością noszenia legginsów. Kupiłam sobie tanio ciemnoszare w Decathlonie, rozm L- trzymają się całkiem nieźle na brzuchu. Moje poprzednie często noszone (na zdjęciach powyżej) zaczynają zjeżdżać nawet z kawalątka brzucha, na którym wcześniej leżały, odkrywają go poniżej bluzek, dlatego musiałam wymyślić coś nowego... 

   Poczyniłam pewne przygotowania ostatnio- kupiłam koszulkę (xxl) którą przerobiłam na porodową- rozcięłam ją od góry aż do obecnej wysokości dna macicy, doszyję zatrzaski, będzie w sam raz. Kupiłam dwie piłeczki tenisowe z myślą o masowaniu mi krzyża podczas porodu. Zamówiłam wielorazowe wkładki laktacyjne. Dziergam kosz mojżeszowy. Pocięłam świetny polar na zapas 24 wkładek do pieluch (polar jako najbliższa pupie warstwa izoluje od gromadzonej niżej wilgoci- takie wkładki nazywa się "sucha pupa"); piorę pieluchy, żeby zapewnić jednym odpowiednią chłonność (nówki chłoną mało, dobrą chłonność uzyskują dopiero po 5-10 praniach) albo żeby już były po prostu gotowe do użycia. Dzisiaj filcowałam kamizelkę wełnianą, z której chcę uszyć jeszcze jeden otulacz. Dzięki uprzejmości koleżanki mamy w domu od niedzieli dwie chusty- tkaną i elastyczną, więc kamień z serca, mamy w czym nosić :) 
Kocyk wygląda tak:
 

   Wracając jeszcze do mojego zdrowia- spotkałam się z gastroenterologiem w drugiej połowie sierpnia i teraz będę kontrolować trzustkę i okolice co miesiąc. Jestem po USG brzucha (nie: ciążowym). Na razie wszystko wygląda dobrze, wyniki z krwi też mam OK (te trzustkowe; morfologia już leży, 10,9...), za miesiąc powtórka badań. Jest takie schorzenie, bardzo niebezpieczne, cholestaza ciążowa. Jest spowodowana zastojami żółci, i może skończyć się nawet śmiercią płodu. Moje ostre zapalenie trzustki było efektem cholestazy, choć czy spowodowanej ciążą? Możliwe, choć niekoniecznie. Dobrze, że całość się cofnęła, ale im starsza ciąża, tym większe ryzyko, więc trzeba dmuchać na zimne...  

   Na razie jestem dobrej myśli co do mojego zdrowia, ale wraz z rozpoczęciem tego ósmego miesiąca dopadły mnie obawy- czy damy radę się przygotować w całości, jak damy radę rozplanować dzień później, dać radę z normalnymi codziennymi obowiązkami, czy relacje z Córeczką będą okej, z Mężem... To i dla mnie nowa sytuacja, bądź co bądź, rodząc Córeczkę nie byłam w związku, za to mieszkałam z rodzicami, którzy bardzo pomagali, mogłam skupić się na dziecku i nauce. Moja mama już bardzo mało pracuje obecnie, ale jej wsparcie będzie raczej małe, bo dzieli nas odległość i fakt, że moja własna rodzinka ma się całkiem nieźle :) Z pewnością jednak będzie wpadać.
Ostatnie obawy to kwestia przyjęcia małego na świat, czy będzie zdrowy, czy uda się VBAC (czyli poród siłami natury po uprzednim cięciu cesarskim), czy w tej kwestii spotkam się ze zrozumieniem... Ehh...  

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga