RSS
piątek, 19 lutego 2016

Nasze małe błogosławieństwo dzisiaj ma 100 dni :) 

Pierwsze dziesięć dni to był pobyt w szpitalu, uczenie się nawzajem i ciągłe zachwyty :) 

Gdy Synek miał 10 dni poszliśmy na pierwszy spacer, więc druga dwudziestka to były pierwsze spacery, jazdy, wspólne odkrywanie świata

Trzecia dziesiątka to pierwsza jazda do dziadków, wizyty położnej...

 

Rozpoczęcie 2 miesiąca życia Synka rozpoczęliśmy współprowadząc weekend dla narzeczonych- oczywiście razem z naszym maluszkiem :)

 

Piątka dziesiątka to Święta i chrzciny :)

Nowy Rok  i Trzech Króli zmieściły się w sześćdziesięciu dniach życia

Siedemdziesiątka to odpoczywanie od podróży i spokojne spędzanie czasu we Wro... co chwila widzimy zmiany u Synka. Musieliśmy zrobić badanie krwi, Synek był niesamowicie dzielny

Ósma dziesiątka to ochrona malutkiego przed gorączkującą siostrą... Udało się ochronić malca i wyleczyć Córeczkę przed jej urodzinami

Dziewięćdziesiąt dni Synka przeszło podczas urodzin i ferii Córeczki :)

No i teraz... Ostatnio Synio skończył 3 miesiące i wreszcie udało się go zaszczepić. A ja coraz bardziej się upewniam, że nasz Twarożek ma jakąś lekką skazę białkową... 

 

Synek bardzo nam urósł (z 56 do 64 cm- i to mierzyłam go 1,5 tygodnia temu), "utył" (od 3520, przez 3240 do obecnie 5940 g- ważony był wczoraj), uśmiecha się, płacze łezkami (choć rzadko), umie spać nawet pod 7 godzin z rzędu, pięknie z nami głuży, długo leży na brzuszku, obserwuje swoje otoczenie, sięga po zabawki i często już je chwyta, ogólnie to sama nasza RADOŚĆ :) 

19:27, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 lutego 2016

...czyli odrobina minimalizmu w naszym domu.

Jeszcze przed porodem szykowałam się do tej notki, i porobiłam te zdjęcia:
Synkowe "kosmetyki", to co mieliśmy w domu i co wtedy kupiłam 

 

i okołokosmetyczne zbiory dla mamy

 

Zacznę od końca, czyli od "kosmetyków" dla mamy, bo chcę tylko o tym wspomnieć: 
Całą ciążę smarowałam brzuch kremem na rozstępy (właściwie to nie ja- wieczorne smarowanie brzucha celebrował Mąż :)) i bardzo sobie chwalę tą Ziaję- dość tania (ok 26 zł), wydajna, polecam :)
Koniecznie kupiłam sobie lano- maść, też z Ziaji- super sprawa na podrażnione brodawki sutkowe, polecała go nawet świetna doradczyni laktacyjna w szpitalu. Na dokładkę lanolina przydaje się do impregnowania wełnianych pieluch wielorazowych (takowych na razie nie posiadam, ale na wszelki wypadek... :)). Bardzo tania jak na lanolinę- ok. 12 zł.

Maltan to maść z mocno stężonej glukozy, która bardzo szybko ratuje umęczone sutki. Moje tym razem nie cierpiały wiele, więc wystarczyło nakładanie lano- maści i nawet tego Maltanu nie użyłam. Dostałam od położnej, puszczę dalej w obieg.
Płyn do higieny intymnej być musi, i już. Tutaj saszetka dodana jako gratis do lano- maści. Mam w domu płyn, który kupiłam w Biedronce i go lubię. Dla mnie takowy powinien spełniać trzy życzenia: zawierać kwas mlekowy; zawierać wyciąg z kory dębu; opakowanie powinno zawierać pompkę.
Ricinus communis to środek homeopatyczny który wspiera przy karmieniu piersią. Dostałam dwa takie opakowania od dobrej duszy z pracy. Mleko było, Synek cudnie ssał- nie użyłam. Puszczę z Maltanem dalej :)

Olejki eteryczne to część naszego wielopieluchowania. Olejek z drzewa herbacianego trafia do kosza do przechowywania zużytych pieluch (kilka kropli na dno i ścianki). Lawenda i cytryna mają za zadanie dodać trochę zapachu i wspierać odkażanie w pralce. Wielopieluchujemy ponad 2,5 miesiąca i właśnie buteleczka olejku lawendowego się skończyła, zaczynamy cytrynkę.
Przy okazji: schodzi nam mniej więcej opakowanie proszku do prania dla dzieci na miesiąc (1,8 kg). Kupuję Lovelę, udaje się trafiać na promocje, więc liczę takie opakowanie za 18 zł. Piorę ciuszki razem z pieluchami, więc liczę, że mniej więcej 2/3 opakowania schodzi stricte na pieluszki. Wychodzi miesięcznie koszt proszku: 12 zł, olejki ok 3 zł. 

 

Przechodzimy do kosmetyków Synka :)

Wielopieluchowanie zmienia trochę podejście do używania kosmetyków dla dziecka. Kremy i oleje umieją zatkać pory w pieluszkach, co może albo doprowadzić do przeciekania, albo do zatrzymania nieprzyjemnych zapachów. Poleca się więc nieużywanie kremów do pupy bez potrzeby. I rzeczywiście- praktycznie nie ma potrzeby korzystania z kremów! 

Minimalizm kosmetyczny w naszym wydaniu opiera się na oleju kokosowym, wazelinie i płynie do kąpieli z pompką z Rossmana. Wazelina do smarowania buzi na mróz (a więc tej zimy użyłam go tylko kilka razy), do kąpieli łyżeczka oleju kokosowego+ do mycia główki płyn.
Po takiej kąpieli maluszek pachnie jak kokosowa pralinka, a skórka jest cudowna! 

Od narodzin maluszka dostaliśmy dwa duże płyny do kąpieli z emolientami, w tym Emolium w zestawie, z kremem na odparzenia i oliwką "do ciała z lipidami". Obecnie oliwkę używam do masażu po kąpieli, a gdy cokolwiek się zaczerwieni na pupce (Synkowi mała kupka nie przeszkadza i umie usnąć z taką, bez jakiegokolwiek znaku, że coś jest nie tak- zdarzyło się to kilka razy i wtedy wystarczyło jedno takie smarowanie). Od początku stycznia używamy też płynu do kąpieli, bo mamy tego już całkiem sporo, więc używamy "bo mamy". Skończą się płyny- wracamy do oleju kokosowego :) 

Na zdjęciu są też: octenisept do pielęgnacji pępka (niestety u nas się trochę babrało i skończyło się na spirytusie i dermatolu- żółtym pudrze z apteki), mąka ziemniaczana do ewentualnego zasypywania- i pupy, i pępuszka. Mydło w kostce, takie proste- do mycia w umywalce po jakiejś większej "akcji" ;) Krem Ziajka służy nam czasami do posmarowania buzi czy ciałka po kąpieli, zabieram go awaryjnie na wyjazdy (podczas których często używamy pampersów). Nivea na odparzenia była w jakiejś paczce u położnej, i tyle mogę powiedzieć na temat tego kremu...

Witamina D i K powinna być podawana codziennie od 8. dnia życia do skończenia 3 miesięcy maluszka. Warto się w to zaopatrzyć, żeby potem nie biegać do apteki zaraz po wyjściu ze szpitala. Synek kończy 3 miesiące w tym tygodniu, i wtedy zmieniamy K+D na samą witaminę D. Warto to pilnować, bo tej witaminy naprawdę nam bardzo brakuje.  Sama się obecnie suplementuję...

Koszty (mniej więcej): olej kokosowy ok 12 zł (kupiłam na początku ciąży, korzystałam i korzystam nie tylko do kąpieli Twarożka), płyn do kąpieli z Rossmana ok 7 zł, krem Ziajkowy 4 zł, wazelina 2,5 zł. Mydło 1,5 zł, dermatol 2,5 zł, spirytus :P 12 zł, witaminę K+D dostałam, krem z Nivei dostałam, mąki ziemniaczanej w ogóle nie liczę, bo po prostu mam ją w kuchni :)

Jeśli chodzi o nasze pampersy na wyjazdy, to kupiłam jedną paczkę do tej pory, Fun&Fit z Rossmanna. Do szpitala mieliśmy paczuszkę "jedynek" (też dostaliśmy) z Pampers, cieniutkie są, ale mam już zboczenie przez wielopieluchy i te pampersy strasznie mi śmierdziały (jeszcze przed użyciem). Rossmanki są tanie, trochę grubsze, ale jakby mniej chemiczne. Gorzej, że drugi raz ostatnio po dłuższym posiedzeniu w jednej pieluszce znalazłam kawałeczek żelu na skórze Synka... Będę to obserwować.  

Na razie Synio nosi się tak: 
 

Jak widać, dużo pisania, mało użytkowania. Wydaje mi się, że malutki jest wypielęgnowany optymalnie i zamierzam w dalszym ciągu używać mało kosmetyków. No i rada dla młodych rodziców- dużo rzeczy się dostaje, nie warto obkupić się po uszy!

 

A Wy co polecacie, a czego nie? 

środa, 03 lutego 2016

Córeczka urodziła się 10 lat temu, 1 lutego 2006. Wtedy rozpozęło się nie tylko jej życie-  to także początek mojego prawdziwego, wartościowego życia. Bez Niej nie byłabym nikim ważnym, a moje życie na pewno wyglądałoby inaczej... jestem pewna, że gorzej. 

Taka była... 

2006

2007

2008

2009

2010

2011

2012

2013

2014

2015

a taka jest obecnie :)

Patrzę na te zdjęcia i zastanawiam się: dlaczego ten czas tak szybko leci?  

sobota, 16 stycznia 2016

   Zanim zacznę rozważać, co planuję w tym roku, muszę skonfrontować realizację planów na 2015... 
   Tak jak i w tym roku, w poprzednim styczniu miałam plany które chciałam tu opublikować, i takie, które zostawiłam dla siebie albo dla wąskiego grona moich bliskich. Więc rok temu miałam takie "urodzić dziecko lub przynajmniej zajść w ciążę". Na przełomie 2014 i 2015 roku skończył się czwarty miesiąc starań i trochę się martwiłam... I ten jeden punkt, z dość skromnej jak na mnie listy, został wypełniony w 100%. Synek jest naszym światełkiem, choć jak już wspominałam, ciąża była raczej koszmarna... Ale warto było :)

   Poza tym miałam tylko 5 postanowień, z czego kompletnie nie udało się wykonać trzech. Nie zdałam prawka, nie poszalałam, nie wysyłałam kartek z Postcrossingu. Co do kwestii czytelniczych, tu udało się połowicznie- zakładałam 18 książek, udało się przeczytać 9. Jeśli chodzi o 36 rzeczy zrobionych własnoręcznie to pewnie byłam blisko, być może się udało... Na szybko doliczyłam się 25 rzeczy, ale część to komplety (czapka i komin, albo dwie zasłonki), poza tym pewnie nie pamiętam wszystkiego...  

   Mogłabym dorzucić jeszcze postanowienie z 2014, czyli bywanie na imprezach sportowych. Udało mi się być na meczach siatkarzy- i ligowych (kochany Lotos Trefl) i reprezentacji (Liga Światowa w maju, piękne zwycięstwo 3:0 nad Rosjanami). Zaliczyliśmy też... mecz ligowy hokeistek (w Gdańsku) i koszykarek (we Wro). Nie pamiętam obecnie, czy na meczu Ekstraklasy piłkarzy ręcznych byliśmy jeszcze w 2014 czy już w 2015... 

 

No dobra, to teraz do rzeczy! 

Najważniejszym planem na ten rok jest zrobienie prawa jazdy. Bezsprzecznie i już bez wymówek! Nastawiam się na wiosnę.

Kulturalnie...
Książek przydałoby się poczytać, z 15 przynajmniej... Fajnie byłoby wziąć udział w jakimś wyzwaniu czytelniczym, ale że nie lubię czytać na siłę (to mi nigdy nie wychodzi, moja Sis od 10 lat zapewne ciśnie mnie o przeczytanie "Rozmowy w katedrze" Vargasa Llosy) 

Aby uzupełnić kwestię "odchamiania się", postanowiłam przynajmniej 6 razy odwiedzić kino. Żeby nie było tak ciężko, chciałabym chodzić na filmy dla mam (światło jest tylko przygaszone, dźwięk cichszy, a na sali są przewijaki).

Trzeba zabrać się za siebie!
Chcę schudnąć do poziomu z marca, czyli ważyć 57 kilogramów. Na razie naprawdę wiele mi do tego brakuje, więc to z pewnością jest punkt bardzo trudny.

Kolejny punkt- pilnować się i pójść min. 25 razy na zumbę/ fitness/ siłownię. Ewentualnie na basen... Mam blisko dwa kluby, więc ze wsparciem męża może się udać. 

Do tego chciałabym:
- brać udział w konkursach, i powiedzmy- wygrać nagród o wartości tysiąca złotych. A co! (w marcu 2015 wygrałam aparat, za rozwiązanie krzyżówki. Do tego kilka drobiazgów... Jak dopisze mi szczęście, może być fajnie)

- regularnie pisać notki na bloga

- zrobić min 24 rzeczy własnoręcznie... tu mam nawet podpunkty :)
   - wykonać koc z afrykańskich kwiatów (taki motyw szydełkowy). Żeby udało się taki koc wykonać, musiałabym zrobić min. 20 kwiatków miesięcznie.
   - wykonać szydełkową szopkę- przede wszystkim chodzi mi o postaci do owej szopki

Oto i moja publiczna lista postanowień na 2016 rok. Co mi się marzy? Wakacje :) Z racji tego, że będziemy we Wro cały ten rok, chciałabym pojechać do Gdańska przynajmniej na kilka dni. Brakuje mi tego miasta... Do tego ciągnie mnie na wschód, i wspominam Mężowi o Bieszczadach lub Lubelszczyźnie, może się uda...

Poza tym chcę po prostu wykorzystać macierzyński w 100%- poświęcać czas dzieciom, być lepszą gospodynią domową, spędzić więcej czasu z rodzicami i znajomymi, bo jest taka możliwość.

Co mi się marzy? Zdrowie, siły dla całej mojej rodziny. Żeby nikogo z nas nie zabrakło. I żeby mieć na koniec roku poczucie dobrze przeżytego roku, satysfakcji z wykorzystanego czasu. 

Ot, takie proste, przyziemne mam te marzenia :) 

 

 

Acha... Po pewnej lekturze, i po tej ciąży, wiem jakie studia mogłabym jeszcze zrobić. Położnictwo! Gdyby była taka możliwość, chętnie nauczyłabym się tego zawodu. Ale czy to tegoroczne marzenie? Chyba nie...

Podrzucam coś dla Was, dzisiaj ta wersja bardzo poprawiła mi humor :) 
 

wtorek, 12 stycznia 2016

   Córeczka bardzo chciała mieć rodzeństwo. Od dawna o nie prosiła. Wspominam taką scenkę sprzed 1,5 roku, kiedy ona nagle zalewa się łzami i wyskakuje z tekstem "wy już jesteście tyyyle po ślubie a nie maaa dzidziuuuusiaaaa". Chciała, to ma :) Ale jak to dziecko, które lubi dramatyzować, od czasu do czasu gdy byłam w ciąży, miała takie "dni z dołem" albo "dni pełne obaw" kiedy bała się obecności braciszka w naszym, jej życiu. 
   Obecnie jest super- Córeczka uwielbia Brata, chętnie do niego przychodzi, zagaduje, zachwyca się nim. Usłyszałam piękne "dziękuję mamo, że spełniłaś moje największe marzenie i urodziłaś mi braciszka". Gorzej z ewentualnym zachowaniem wobec nas, ale niekoniecznie jest to związane z obecnością rodzeństwa- po prostu młoda zaraz skończy 10 lat i po wakacjach wzięliśmy się za dodawanie jej obowiązków, bo wcześniej właściwie nie miała ich wcale.  

   Do rzeczy jednak: o co chodzi z tym prostym sposobem na starszaka? Córeczka długo była jedynaczką, i żeby rozwiać jej wątpliwości, czy nie zapomnimy o niej, wymyśliliśmy listę. To ona sama ją tworzyła :) Lista zawiera miejsca czy aktywności, na które jedno z nas ją zabierze. Bez rodzeństwa. Obecnie tylko Cinnamonowy wychodzi z Córeczką, ale w dalszej perspektywie i ja będę z nią odhaczać kolejne punkty. 
   Na liście było/jest m.in: kolacja w Pizza Hut, kino, aquapark, ZOO... To co ona lubi, i co my jesteśmy w stanie ogarnąć.
Ona jest zadowolona, my spokojniejsi, to super sprawa :) Oczywiście, taki sposób na ewentualnie zazdrosnego starszaka jest skierowany dla dziecka, które chodzi do szkoły, bo młodsze może wymagać innego podejścia. Wydaje się nam, że ta lista oraz fakt, że nie wyręczamy się nią w obowiązkach tyczących się Synka (Córeczka coś przyniesie czy odniesie, ale sama nie musi go przewijać czy uspokajać jeśli nie chce) wystarczają, żeby w nowej rzeczywistości czuła się dobrze. I oby tak dalej! :) 

 

PS. Córeczka nie budzi się w nocy z powodu Synka. Dzisiaj my też właściwie nie  ;) Poszliśmy spać przed północą, gdy malutki się obudził, wzięłam go do nas, karmiłam i... zadzwonił mężowski budzik. Czyli Synek spał ponad 6 godzin!!! :) 

11:02, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 stycznia 2016

Syneczek za chwilkę skończy dwa miesiące! W ciąży wszystko dłużyło mi się bardziej niż kiedykolwiek, no ale ciąża była naprawdę koszmarna; teraz za to czas mija bardzo szybko.

O porodzie chciałabym jeszcze osobno napisać… Ale chciałabym zatrzymać jak najwięcej chwil malutkiego. Synek urodził się z kompletem punktów Apgar, miał 3520 g, 56 cm. Po urodzeniu się po chwili zapłakał, ale krótko- gdy trafił na mój brzuch to ja płakałam, on leżał sobie spokojnie na boczku i się wtulał we mnie. A po 10, 15 minutach spróbowałam go przystawić do piersi i udało się :) Właściwie cały czas przez pierwsze trzy dni malutki ssał, ssał i ssał. Pierwszego dnia kilka godzin był beze mnie- ja po dużej utracie krwi słabłam, a on w tym czasie został zaszczepiony, umyty i spał.


pierwsze chwile po narodzinach


Potem już byliśmy cały czas razem. Do tego stopnia, że drugiego dnia po porodzie pisałam do Męża prośbę o odpakowanie, wyparzenie smoczka i przywiezienie go do szpitala… Nie byłam w stanie pójść do toalety, nie mówiąc o prysznicu, takie Synek miał zapotrzebowanie na ssanie. Pytałam się położnych, czy to nie wpłynie na laktację, czy nie będzie tak, że tym „ułatwieniem” sobie życia, nie zaszkodzę nam, ale twierdziły że nie. I miały rację! Poza tym mogłam się maleńkiemu przyglądać i przyglądać- taki spokojniutki, oczka prawie cały czas zamknięte, śliczny- nie miał tej charakterystycznej dla noworodka opuchlizny na buźce…

Pierwszego dnia poznał siostrzyczkę (przyjechała z tatą po południu, nie mogła się doczekać Synka, już przesłanym zdjęciem się jarała od rana) i dziadków- moi rodzice wpadli, pozachwycali się i pojechali :). Rodzice męża przyjechali w piątek, kuzynka z mężem zdążyła nas odwiedzić w niedzielę. W kolejne dni po porodzie Cinnamonowy wyskakiwał z pracy na godzinkę i przed południem odwiedzał nas sam, potem przyjeżdżał też po południu.  To na jego rękach malutki otwierał oczy (oba! To było coś wyjątkowego w pierwszych dniach) ciemne i błyszczące i słuchał się taty :) Dwa razy w szpitalu zdarzyło się coś w rodzaju kolki, tylko płacz trwał 10, może 15 minut. Poza tym Synek to wciąż bardzo spokojne dziecko.


dwudniowy Synek z tatusiem


W szpitalu mieliśmy jeden problem- żółtaczkę. W przepełnionym szpitalu i przy normalnej sytuacji, można liczyć na wypis po dwóch dobach od porodu. Trzymałam za to kciuki w piątek (Synek jest ze środowego poranka), niestety pediatra określiła jego skórę jako „na granicy” i zaleciła kolejną dobę do obserwacji. Musiałam powalczyć ze łzami… Nic to, zostajemy, karmimy jak najwięcej (z tym dużego problemu nie było) i liczymy, że się poprawi…
Synek jednak zażółcał się coraz bardziej i w sobotę rano decyzja: naświetlania. Około południa do sali wjechał inkubator i lampa, poinstruowano mnie, nałożono Synkowi „okularki” z gazy i trzeba było zaczynać naświetlania. Zaczęliśmy bardzo źle- Synek chciał być przy piersi, a nie zamknięty w inkubatorze, te opasko- okularki to mu przeszkadzały, to mu zjeżdżały (więc je poprawiałam, co go denerwowało jeszcze bardziej). Mąż w międzyczasie przyszedł i wspierał, ale
przez pierwsze trzy godziny co położna przychodziła sprawdzić, jak idzie naświetlanie, to mieliśmy maluszka na rękach, a nie pod lampami… Potem chyba jednak kryzys został zażegnany, a ja się zaparłam, że nie będę spać całą noc, żeby lampy działały jak najdłużej i bilirubina- powód żółtaczki- spadła jak najszybciej. Nie mogłam sobie pozwolić na sen, bo gdyby w tym czasie Synek zsunąłby z siebie okularki, mógłby nabawić się problemów z oczami… Tak więc do szóstej nad ranem spałam niecałe 1,5 godziny, i to tylko dlatego, że usnęłam z malutkim po karmieniu… On sam resztę przespał pod lampami, taki malutki kosmita w niebieskiej poświacie…


mały kosmita

 

Drugiej takiej nocy już bym nie ogarnęła, ale opłaciło się- sama widziałam poprawę kolorytu skóry małego. Około szóstej zabrano Synka na badanie krwi (wydaje mi się, że fakt zabierania dzieci na jakieś bolesne zabiegi zaraz po urodzeniu jest bardzo dobry- położne robią to wszystko sprawnie, a matki, w hormonalnym szale zalałyby się tam łzami i raczej nie ułatwiałyby sprawy), potem wynik i zwycięstwo! Wracamy do domu!!! :)
Jeszcze ze szpitala wspominam ważenie i podawanie witaminy D młodemu. Wagą się przejmowałam, bo miałam słabe wspomnienia z ważeniem Córeczki i obawiałam się dużego spadku wagi pod kątem żółtaczki. To normalne, że dziecko zjeżdża z wagi urodzeniowej, i chyba do 10% jest dobrze. Córeczka miała 3350 g, spadła do 3010… tylko dzięki położnej, która dorzuciła pod nią pieluchę tetrową pod nią i zyskała te 10 gramów ponad 3 kilo, uniknęłyśmy dodatkowego dożywiania i kroplówek… Z Synkiem było troszkę lepiej, i bez takich dramatów, ale on je zdecydowanie lepiej i chętniej, i z początkowych 3520 zjechał do 3240. W sobotę wieczorem ważył 3280 g… Od 14 listopada do 8 stycznia przybrał do 5200 g, więc waży już niemal 2 kilogramy więcej!
Z witaminą D jest o tyle zabawnie, że niektóre dzieci nie przejmują się nią, innym nawet smakuje, a Synek jest z dzieci, które na tą kroplę tłuszczu reagują z całkowitym wstrętem ;) Wykrzywiał się tak, że śmiałam się nie tylko ja ;)  Wróciliśmy do domu 15 listopada po południu. Synek był głodny i przeryczał (on raczej nie płacze- albo jest to „nawoływanie”, albo płacz z wrzaskiem) pół drogi w aucie, potem się uspokoił- Córeczka śpiewała mu patriotyczne piosenki. Czekał na nas transparent, na szybko przygotowany przez Cinnamonowego i Córeczkę. Pokazaliśmy Synkowi całe mieszkanie, potem położyliśmy go do jego kosza. Mąż został z malutkim (chyba dwie godziny sobie przy nim leżał go podziwiał), ja spędziłam czas z Córeczką. Pierwsze przewijanie w domu było zamianą pampersów na wielorazy, i tak już zostało.


pierwsze godziny w domu



Noc minęła bardzo spokojnie, i tak jest do dzisiaj, przy czym wtedy Synek budził się co dwie godziny mniej więcej, teraz jedną nocną drzemkę ma dłuższą, około 4- godzinną (zdarza się trochę krócej, ale też i dłużej, ok 5 godzin). W nocy je, zmienia mu się pieluchę i póki on nie uśnie, to my też raczej nie- Synek jest spokojny, ale wydaje mniej więcej 500 różnych dźwięków, skrzypi, stęka, mruczy, furkocze, pomiałkuje, jęczy, wzdycha… :) Córeczka od tego skrzypienia nazwała go Skrzypek, ale od ulewania pojawił się Twarożek, i jeśli już go nazywamy to właśnie tak (Córeczka zresztą też miała spożywczą ksywkę- pierwszego dnia z nią w domu oglądałam program Pascala Brodnickiego i on o truskawkach mówił, że „usuwamy ścipułki” i jakoś tak wyszło, że ona została Ścipułką).


Kolejne dni to zachwyty: otworzył oboje oczu :)! Uwielbia się kąpać, zanurzony po uszy niemal przysypia, tak mu błogo… W wózku czy w foteliku samochodowym usypia i bardzo ładnie śpi. To dziecko właściwie nie płacze! Pierwszy spacer- miał 10 dni, pierwsza wizyta towarzyska (na spotkanie grupki z duszpasterstwa rodzin, wymagająca ok półgodzinnej jazdy autem)- miał 2,5 tygodnia, jazda do dziadków- 3,5 tygodnia… 27 grudnia ochrzciliśmy maluszka, tutaj, we Wro, w kościele do którego zawsze chętnie jeździmy, a chrzcił go taki słynny tutaj ksiądz, z którym współpracujemy od czasu do czasu. Od narodzin zrobiliśmy z nim minimum 1,5 tys kilometrów w aucie, w tym tysiąc od 24 grudnia do 5 stycznia…
Obiecaliśmy sobie- dobra, święta minęły, zwalniamy tempo bo się o niego martwimy, ale wygląda to tak, że my chyba bardziej się zmęczyliśmy i zestresowaliśmy niż on. Synek śpi dobrze wszędzie, nie „odreagowuje” rozdrażnieniem na różne sytuacje. Dzieciątko po prostu cudowne :)


Żeby nie było idealnie i tak super kolorowo- malutki miewa problemy z gazami, więc espumisan jest w użyciu, a ja muszę uważać na jedzenie większych ilości mleka. Pediatra powiedziała, żeby uważać z mlekiem mniej więcej do 3. miesiąca życia Synka, bo wtedy może dopiero ruszyć produkcja enzymów do jego trawienia, a laktozę mogę mu w mleku przekazać. Tak więc u mnie w lodówce zagościło mleko roślinne w kartonie, obecnie owsiane :) ale do kawy od czasu do czasu trafia się zwykłe mleko i tragedii wtedy nie ma. Innym zmartwieniem jest tzw. marmurkowa skóra Synka, która nie spodobała się pani pediatrze w piątek. Z tego powodu zamiast czterech szczepionek (bo poza 3 normalnie podawanymi chciałam zaszczepić go teraz na
rotawirusy) dostał jedynie powtórzenie szczepionki na WZW, a zamiast  pozostałych mamy skierowanie na badania krwi… Taka skóra wskazuje na niezłe spektrum: od „taka jego uroda, po prostu reaguje na chłód w ten sposób” przez anemię, do wady serca… Synek rozwija się ślicznie więc raczej nie trzęsiemy się ze strachu, ale dobrze by było już mieć te badania za sobą.

Tak więc korzystamy obecnie z pozytywnie zimowych dni, nie przejmujemy się, zachwycamy się spokojem i uśmiechamy naszego najmniejszego członka rodziny :)

01:15, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »
piątek, 01 stycznia 2016

Naprawdę, obiecuję sobie z Nowym Rokiem, pisać częściej i więcej. Tyle cudów oglądamy codziennie, w tym dwa nasze domowe, że warto się tym z Wami dzielić :) 

 

Życzymy, z Synkiem- Twarożkiem i Córeczką- Gwiazdeczką, szczęśliwego, udanego i pięknego Nowego Roku :) 

 

Tagi: okazje
22:29, cinnamon.tea
Link Komentarze (5) »
wtorek, 15 grudnia 2015

Taki tekst słyszy się powszechnie. A my mówimy, że niekoniecznie :) 

Synuś jest dzieckiem, które można zapakować do samochodu, do wózka, i zabrać ze sobą bez problemu. Chyba lubi jazdy, dowolnie czym :) I przesypia trasę. 

Noce to jedna albo dwie pobudki (liczę do momentu, w którym dzwoni budzik Cinnamonowego) więc też bomba, z tym że przed karmieniem Twarożek (chwilowo tak go nazywamy :)) bawi się, kręci nosem (niemal dosłownie), dopiero po chwili takiego kapryszenia łapie "jadłodajnię" jak trzeba i się posila. Je dużo, najchętniej z obu piersi, bywa że się krztusi, więc chwilę to trwa i wymaga mojej/naszej uwagi. Po karmieniu, odbeknięciu, zmianie pieluszki następuje jeszcze czas skrzypienia, wzdychania, mruczenia, jęczenia, kręcenia się... To jest moment chwilowej frustracji, bo dziecię zadowolone, ale nie śpi, a my spełniliśmy obowiązki, jesteśmy blisko, a on... nie śpi :P Na noc w pieluszkach są dwa wkłady, żeby maluszek miał zapewnioną suchość. 

Synek zaczyna reagować na nas- najpierw poza piersią uspokajał się... na dźwięk piosenek śpiewanych przez Córeczkę. Niesamowite! Teraz zatrzymuje wzrok, miałam wrażenie, że wczoraj Synek uśmiechnął się do mnie świadomie, ale będę to weryfikować przez następne dni :)

Miesiąc temu wyszliśmy ze szpitala... cieszę się, że udało się nam powitać maluszka wspólnie, w miarę szybko, bez dramatów. Mąż odpowiada na "1000 pytań do" od mojej rodziny, bo jest to pierwszy poród w rodzinie, podczas którego towarzyszył tata :) W szpitalu było ciasno, dwa dni "pomieszkaliśmy" na porodówce, potem dopiero znalazło się dla nas miejsce na położnictwie. Poza tym- bomba. Dobrze, że wystarczył tylko dzień naświetlań Twarożka, bo nie wiem, czy wyrobiłabym fizycznie (całą noc nie spałam, bo mały się kręcił pod lampami i ściągał swoje "okularki"). Teraz Synek ma o kilogram więcej niż przy narodzinach, a tak jak wsadzaliśmy go do kombinezonu i w całości mieścił się w "kadłubku" (aż zawijaliśmy puste rękawki i nogawki), tak teraz powolutku nóżki i rączki sięgają swoich miejsc. Trochę walczymy z pozostałościami pępuszka, codziennie pędzluję go spirytusem i sypię dermatolem i mam nadzieję, że całość do końca roku zejdzie. 

Czy muszę wspominać, że cała rodzina zachwycona? Córeczka wczoraj mi powiedziała: dziękuję że spełniłaś moje największe marzenie i urodziłaś mi braciszka :)

PS. Ja nie z tych, którzy w miesiąc po porodzie wracają do wagi sprzed ciąży... Ale powolutku, powolutku zaczynam "wyglądać". Cinnamonowy nakazał mi od nowego roku wychodzenie samotne z domu, dla zdrowia, także psychicznego. To chyba sobie na zumbę pochodzę :) 

A to nasz misiaczek, kiedy skończył miesiąc:

11:29, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 grudnia 2015

 Nasz Synek rośnie jak na drożdżach, zbieramy pochwały od lekarki i położnej :) I jest nam dobrze (choć chodzimy niewyspani :P)

 Jutro pierwsza większa wycieczka- jedziemy do mojego Rodzinnego Miasta. Trzymajcie kciuki, żeby malutki przespał jazdę (tak jak przesypia spacery i jazdy autem dotychczas)

 

01:00, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
sobota, 21 listopada 2015

Od niedzieli jesteśmy w domu. We czwórkę. Katharsis :) 

Synek jest cudowny. Idealny :) Od pierwszych minut pięknie ssie, a od przyjścia do domu (i nocy przed, w szpitalu, której znowu ja nie przespałam bo pilnowałam, żeby się malutkiemu okularki nie zsunęły podczas naświetlań) śpi coraz dłużej, i po 2 i po 3 godziny, więc naprawdę jest spoko. Jak my kładziemy się spać, to tuż przed karmię go i potem zaliczamy dwie pobudki, a nawet jedną- ostatnimi dwiema nocami. A my wyczekujemy aż otworzy oczka, zainteresuje się świadomie, wspaniałe to jest :) 

Od niedzieli też jesteśmy na pieluchach wielorazowych i wychodzi nam co całkiem, całkiem. Zmywanie i pranie nie jest traumatyczne, nic nam nie śmierdzi, malutki się nie odparza- jedynie chwilowo przeniosłam się z otulaczy z tetrą na pieluszki kieszonki, bo nie sięgają tak wysoko i pępek jest odsłonięty. 

Dzisiaj był dzień małych rewolucji: pierwszy (i drugi) spacer, odwiedziny cioci- mojej siostry, pierwsza kąpiel (coś wspaniałego- leżał sobie malutki w ramionach męża, w połowie zanurzony w wodzie i przymrużał oczka zadowolony) i jeszcze kwadrans w odwiedzinach u prababci. I... śpi. Zresztą spacerki i wizyty też przespał właściwie :) 

Jestem totalnie, kompletnie zakochana w Syniu. I szczęśliwa bo się pięknie układa- Córeczka go uwielbia, my jesteśmy w stanie poświęcić jej sporo czasu, ja się czuję coraz lepiej... Byle tak dalej :) 

 

22:43, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 listopada 2015

  Nasz Synek przyszedł na świat w Święto Niepodległości rano :) 

Maleństwo miało 3520 g, 56 cm, 10 pkt, udało się nam go urodzić siłami natury :)

W dalszym ciągu jesteśmy w szpitalu, malutki jest na solarium (ma żółtaczkę), ale trzymam mocno kciuki żebyśmy wyszli szybciutko. 

 

04:48, cinnamon.tea
Link Komentarze (14) »
sobota, 31 października 2015

... wskazują że Synek będzie dzieckiem listopadowym. Jak mamusia i wujek... 

   A ja przestałam liczyć na możliwość porodu naturalnego, czekam na przeterminowanie, szpital i ostatecznie cesarkę. Jestem zawiedziona nieudolnością własnego organizmu... Ale dobrze było wyciągnąć takie a nie inne wnioski i nie mieć codziennie nerwów jak postronki. Smutno mi, ale jestem o niebo spokojniejsza niż tydzień-półtorej- dwa temu. 
   Jak czytam, że z regularnymi skurczami co 5 (albo i 10) minut powinno się jechać do szpitala, bo poród się zaczyna, to ogarnia mnie pusty śmiech. Ja mam co dwa- trzy dni takie kilkugodzinne akcje, że skurcze mam co 2-2,5 minuty, albo pomiędzy 2,5-4,5 minut. I nic! Taki przykład Wam podaję, skąd takie podejście, mimo tylu marzeń o normalnym porodzie siłami natury.

A teraz trochę innych tematów, więcej radości (przecież z malutkim wszystko w porządku) i kultury.

 Przynajmniej poprzedni weekend spędziliśmy w moim rodzinnym mieście, a dzisiaj wybraliśmy się z mężem... na mecz koszykówki kobiet :) To w ogóle mój pierwszy koszykarski mecz na żywo, bardzo udany, bo koszykarki Ślęży wygrały z drużyną z Bydgoszczy. Bardzo się nam podobało, nie musimy przejeżdżać całego miasta na halę, wstęp dzisiaj był bezpłatny, same plusy :) Zapewne więc nie jest to nasz ostatni taki mecz (w Gdańsku jest Ergo Arena, dzielona na spółę z Sopotem, mieliśmy do niej dokładnie całe miasto po przekątnej, ale w Ergo grają i siatkarze, i koszykarze z najwyższej ligi a koszykarki i piłkarki ręczne są w Gdyni; we Wro obecnie są super siatkarki, koszykarze i koszykarki oraz piłkarze ręczni, ale niektórzy grają w Orbicie, do której też nam dalej...). 

  Córeczka jest cudowna! Miała w szkole bal Wszystkich Świętych. Sama sobie wymyśliła strój- zakłada albę komunijną i mam jej znaleźć patronkę od dzieci komunijnych. Taka się znalazła- błogosławiona Imelda Lambertini, i młoda bawiła się, jako Imelda właśnie. Jej inwencja czasami mnie wprost zaskakuje :) Od pewnego czasu ona powtarza, że chce mieć firmę fotograficzną, i pracować pół roku we Wro, pół roku w Gdańsku. Miłość do obu miast się udziela! Powiem tak- nawet jak mniej ma zarabiać, ale całe życie będzie robić to, co sprawia je radość, to może być każdego rodzaju artystką czy uprawiać jakikolwiek wolny zawód. Nasze kciuki i wsparcie ma, zresztą jak zawsze :) (aparat, który jej daliśmy na Komunię, okazuje się bardzo dobrym wyborem!)

   W tym tygodniu gdzieś wyczytaliśmy, że statystyczny Polak wydaje ok 24 zł na książki rocznie. W czwartek nasza kochana mała wydała dwa razy tyle, na raz, na książki dla siebie. Dostała na to pieniążki od jednej z babć. W niedzielę dostała 4 inne od bioojca... My dorzuciliśmy jeszcze książkę dla siebie, biografię Podróżnika Roku National Geographic, Aleksandra Doby:
  Jak widać, dom książkami stoi. Ja sama czytam (przed snem, więc czasami kończy się to tak, że mimo ciekawego wątku przeczytam ino 2-3 strony, ale nic to) "Bezcennego" Zygmunta Miłoszewskiego. Książka jest bomba, jak ją skończę to ruszę temat z zupełnie innej strony- mamy w domu "Madonnę z dzieciątkiem" bardziej naukowe opracowanie dotyczące dzieł które nie wróciły do Polski po wojnie. W tym czasie Mąż będzie czytał o Dobie. Wyszło śmiesznie- wracając z mojego Rodzinnego Miasta czytałam mu fragmenty tej książki, dotyczące żony podróżnika. Widziałam, że mu się podoba i miałam myśl- tytuł idzie na listę prezentową dla niego. Mąż niemal w tym samym czasie wypalił: no, nie obraziłbym się, gdybym tą książkę kiedyś dostał ;) Ostatnio wchodzimy znowu w takie zgranie i znowu myślimy to samo w tym samym czasie, czasami skutkuje to mówieniem tego samego zdania chórem i naśmiewaniem się potem do rozpuku :)

  Ja więcej robię, "kraftuję". Pomaga mi w tym na pewno podejście: nie rodzę, dziś, jutro ani za tydzień ;) Dzisiaj dopieściłam Minionka robionego na szydełku, jest boski- nie bez jakiś nierówności, ale naprawdę bardzo mi się podoba, jestem z siebie (i z niego) zadowolona. W czwartek rozrysowałam i wykroiłam materiały na organizer na bok szafki, na której stoi kosz mojżeszowy dla Synka. I biorę się za dwa kolejne zamówienia szydełkowe. Ile mi się z tego uda ostatecznie zrobić zanim młody pojawi się na świecie, pewnie maksymalnie za 2,5 tygodnia? Się zobaczy :) 

  Zaczęłam wpis smętnie, ale kończę pozytywnie, bo przecież nie ma co się dobijać, tylko przynajmniej troszkę osłodzić sobie ten czas... 

Mam nadzieję, że wrzucę jeszcze wpis o kąciku małego, torbie do szpitala i takich tam... 

 

środa, 21 października 2015

Gadamy do brzucha: Synku, wychodź, po tej stronie brzucha jest naprawdę fajniej! :) 

 

 

Bardzo liczę na to, że teraz uda się naturalnie... Z Córeczką było tak, że odeszły wody o 00.10, od razu zaczęły się silne bóle (krzyżowe). W szpitalu okazało się, że mam 4 cm rozwarcia. Rodziłam z mamą i swoją położną (taki "prezent" zrobiło mi moje rodzeństwo, późniejsi chrzestni). Akcja postępowała bardzo szybko, ale po podpięciu pod KTG już z nim zostałam... Co skurcz, to tętno małej brzmiało tak, jakby ktoś głośnik odsuwał na 5 metrów... Przed 3 nad ranem miałam ponad 9 cm i zaczęły się skurcze parte... Jednak pani doktor która została wezwana na konsultacje stwierdziła, że nie ma co ryzykować, tętno małej spada- tniemy! I tak na szybko, pod pełną narkozą, o 3.10 urodziła się Córeczka. Punktów Apgar 8 (następne testy już dawały jej 10tki), 3350 g (a był to 38 tydzień, dokładnie 37t3d) i 53 cm.  

Teraz nie mam właściwie przeciwwskazań do porodu naturalnego, blizna trzyma się bardzo dobrze. Trzymamy więc kciuki, żeby Synek dał radę (i ja też) i szczęśliwie, naturalnie przyszedł na świat. 

W firmie Męża kolega miał mieć dzieciątko na sam początek grudnia. Panienka jednak doszła do wniosku, że przyspieszy swoje przyjście na świat i urodziła się w poniedziałek. Mąż wczoraj na spacerze do Synka, "weź już przykład z młodszej koleżanki". A ja się śmieję, że już nie młodsza, bo to że urodzona w 34 tygodniu już się nie liczy, bo ona już urodzona, a nasz maluszek jeszcze nie :P Mała jest w dobrym stanie, więc teraz trzymać kciuki, żeby nadrobiła masą i szybko poszła z mamą do domu. 

czwartek, 15 października 2015

   W poniedziałek zawitaliśmy na izbie przyjęć, z bardzo regularnymi i częstymi skurczami. Były one takie, że mogłam chodzić, ale ta częstość mnie nakręciła, zaniepokoiła i pojechaliśmy. Fałszywy alarm. Spędziłam na IP 5 godzin (!), postawiłam na nogi i zestresowałam siebie, Męża, Córeczkę i dalszą rodzinę i troszkę się zraziłam... do siebie. KTG, czyli zapis tętna oraz siły skurczy pokazało skurcze o częstości porodowej, a jakże (2-2,5 minuty), ale ich siła była taka, że ostatecznie pan doktor mi wpisał "brak czynności skurczowej". Jeśli ich siła nie przekraczała niecałych 30%, to stwierdziłam, że następnym razem pojedziemy albo jak odejdą wody (ach, jakie to wspaniale ewidentne!) albo jak będę po ścianach z bólu chodzić. Tak czy inaczej, czuję się jak chodząca bomba zegarowa... Skurcze właściwie nie minęły, staram się je olewać ile się da.

   Dzisiaj mogę jednak oficjalnie ogłosić: Synek jest donoszony! Teraz to już w ogóle może się rodzić na legalu. Na razie chyba stwierdził, że jeszcze nie wyeksplorował nóżkami wszystkich zakamarków w moim brzuchu... i siedzi tak nisko, że aż mnie kłuje w dole.
Rodzinka zaczyna przeżywać (Mąż) i się ekscytować (Córeczka). Nasze mamy upewniają się, czy wszystko jest OK... 

   Zaczynam ten dzień zmęczona (ostatnio to standard), ale przynajmniej mam jakieś pomysły... Zdrowe jedzenie rządzi dzisiaj: zrobiłam mleko jaglane z prażonym słonecznikiem (usyfiłam pół kuchni i samą siebie, ale smak wyszedł niezły). Otworzyłam boski dżem malinowy od rodziców (moja nutella śliwkowa się już skończyła :( ) i zrobiłam sobie kanapeczki, do tego herbatka i jabłka. Na obiad gołąbki, które ostatnio ukręciłam. Kapustę niby kupiłam najmniejszą, a trzeba było największy garnek przykryć miską, żeby z każdej strony się toto gotowało (część na parze). Teraz marzą mi się kluski śląskie, chyba rzeczywiście ugotuję ziemniaki i będą czekać na jutro...

    Bawimy się w ryzykantów i planujemy na dzień- dwa pojechać do teściów. W ich mieście jest najlepsza porodówka w województwie, więc jak się "trafi" to panikować nie będę. Fotelik i torbę zapakujemy do bagażnika :) A teraz przyjechała do teściów chrzestna Męża ze swoim mężem, nie widzieliśmy się od naszego wesela, a to bardzo fajni ludzie. Może coś się ruszy? A może po prostu będziemy korzystać z każdej minuty jaka nam została? Mi się bardzo dobrze jeździ samochodem- mam adapter do pasów, pochylę siedzenie, Mąż włączy mi ogrzewanie pod plecy które jest cudownym wytchnieniem dla moich umęczonych pleców i mogę jeździć :)

   Fajne mamy te foty ciążowe, więc wrzucam następne :) Jeszcze chwila i nie będzie czego (oby!)
 

poniedziałek, 12 października 2015

   Nie mam siły pisać wszystkiego o końcówce ciąży, bo to już przestaje być przyjemne ;) Ruchy małego są fajne (ale też zdarza się, że krzyczę z bólu jak Synek "odpowiednio" kopnie) i tyle! Mam skurcze, bolą plecy, czasami i skurcze łydek, źle śpię, mam huśtawki nastrojów. 

   Od nocy z soboty na niedzielę mam skurcze, które budzą mnie w nocy, bolą. I pojawiają się co jakiś czas... Gdy ścisnęło mnie dwa razy wczoraj w kościele (oba skurcze po kazaniu, więc w przeciągu mniej niż 30 minut) to zaczęłam się martwić... Synek będzie oficjalnie już donoszony w czwartek, więc te kilka dni powinien jeszcze posiedzieć... Skurcze są jednak nieregularne i nie kwalifikują mnie do szpitala, więc staram się działać normalnie. Ale czuję się... jak tykająca bomba!

   Córeczka wypuściła nas wczoraj na randkę- być może ostatnią przed porodem... Byliśmy w kinie (na "Marsjaninie", w 3D- polecam!!!) i na krótkim, ale przyjemnym spacerku. Dobrze, że nawet od czasu do czasu mamy taką okazję, bo bardzo się nam takie rzeczy przydają. Córeczka bardzo zadowolona, że mogła posiąść cały dom, my bardzo zadowoleni, że mogliśmy wyjść razem :) 

   Ja dokańczam kosz, w którym ma spać Synek, torba do szpitala spakowana, aplikacja do liczenia tych skurczy odpalona (przez ostatnie 2 godziny zliczyła 8 takowych... Mąż miał dzisiaj uprzedzić szefów, że być może któregoś dnia wyjdzie, jeśli zacznę rodzić). Nie możemy się doczekać tak po prawdzie :)  

Tagi: ciąża my
09:04, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga