RSS
piątek, 10 lipca 2015

   Myślę sobie, jakie to szczęście, że jestem na tym zwolnieniu, trafiło się ono dokładnie wtedy, kiedy było potrzebne. Jak wyglądałby dzień, w którym zaczęło się to wredne choróbsko, które ulokowało mnie w szpitalu, gdybym miała pojawić się w pracy... i jak wyglądałby dzień jak ten...

   Nie dość że od wczoraj booooli podbrzusze, to jeszcze obudziłam się gdzieś pomiędzy godziną drugą a trzecią rano i już nie usnęłam. W mojej rodzinie bezsenność znana jest chyba najlepiej z filmu z Tomem Hanksem i Meg Ryan :P No, tej rodzinie od genów- mój Mąż niestety miewał problemy ze snem. 
Niedawno śmiałam się, że moja rodzina usypia z taką łatwością, że to, że Cinnamonowy Mąż, nie będąc jeszcze nawet Cinnamonowym Narzeczonym potrzebował ciemności, ciszy i normalnie zasłanego łóżka żeby usnąć było totalnie nie do zrozumienia dla nich. I nie raz bywało ciężko- a bo rodzeństwo się z rodzicami zagadało, albo rodzice usypiali przed telewizorem, albo któreś coś sprzątało/ gotowało, albo mama sprawdzała sprawdziany... Ewentualnie tata wstawał o czwartej i czytał sobie różne rzeczy, śpiewał jutrznię- niby cicho- bo wszyscy spali... No chyba, że mój wybranek był w domu :P U jednej osoby z naszej rodziny podejrzewano nawet narkolepsję, a to po prostu wrodzone zdolności to tzw. przybicia gwoździa (na trzeźwo!!!) o biurko :P 
  Chwała Bogu, Córeczka wykazuje podobne do moich zdolności, jako przedszkolak potrzebowała dużo snu- minimum 10 godzin (ciurkiem) to był sen obowiązkowy. Zresztą jak była malutka budziła się, i owszem, ale byle jej dać jeść albo smoczka podać to spała dalej. Nigdy nie naszła ją fantazja na jakieś długie płakanie albo zabawę po nocy, zresztą ze mną by się nie pobawiła wtedy ;) Często sama karmiłam na śpiocha- mojego, nie jej. Karmienie piersią jest taaaakie wygodne w tej kwestii :) 

   Teraz przesiaduję u Córeczki w pokoju, i zaglądam na zegar- za trzy kwadranse Mąż wstanie do pracy. Synek obudził się po raz kolejny dzisiejszej nocy- albo już dnia i niestrudzenie kopie mnie po bolesnym już podbrzuszu. Zero litości ma to dziecko dla matki :) Trzustka się uspokoiła, a ja jem w miarę normalnie. Mieszkanie powoli wyłania się spod kartonów, ale dzisiaj muszę przystopować z wypakowywaniem, zobaczyć czy boleści miną, sama nie jestem pewna czy to kwestia dzidziusia, czy hmmm problemów z innymi narządami w tej okolicy. Od wczorajszego popołudnia mamy już internet więc teraz mogę pisać dużo swobodniej. Życzę miłego piątku :) 

05:54, cinnamon.tea
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 lipca 2015

   Od końca zeszłego tygodnia jestem we Wro, przy mężu. Nie piszę wiele, bo internetu na mieszkaniu jeszcze nie mamy... Zgłaszam tylko, że wyszłam ze szpitala szybciutko, w piątek (czyli dwie doby bólu i dwie doby upewniania się, że na razie ból nie wróci, a zapalenie mija) półtorej tygodnia temu. Mniej więcej w środę czułam się na tyle dobrze, że wyszłam z domu bez obstawy (do lekarza, ale też się liczy :)). 

Dzisiaj byliśmy razem z Mężem u lekarza i oglądaliśmy Synka :) U niego wszystko jest w porządku :) A Córeczka pojechała z dziadkami i moim bratankiem w Tatry. Tyle mogę na dzisiaj, mam nadzieję, że w tym tygodniu uda się już normalnie podłączyć i pisać na spokojnie. Dziękuję za słowa wsparcia!

18:06, cinnamon.tea
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 czerwca 2015
Dzisiaj będzie króciutko, bo pisanie bloga z komórki to nie jest coś, co Cinnamon lubi najbardziej. W nocy z poniedziałku na wtorek dopadł mnie straszny atak bólowy... Ostatecznie około południa wezwałam pogotowie. Niestety, tym razem nie był to problem z żołądkiem, tylko... ostre zapalenie trzustki. I tak jestem w szpitalu, zamiast iść dzisiaj z Córeczką na jej zakończenie roku szkolnego... Dobrą wiadomością jest to, że Synek zniósł całą sytuację dobrze, a mi taki ból przeszedł po dwóch dobach. Od wczorajszego wieczora mogę nawet jeść :) (leczenie trzustki polega na zastopowaniu jej pracy- głodówce, i podawaniu kroplówek). Być może jutro wypuszczą mnie do domu. Czuję, że jestem pod dobrą opieką i to też się liczy... No i jeśli rzeczywiście wyjdę teraz, to rodzinka zabiera mnie od razu na Dolny Śląsk, więc tymczasowo żegnam się z Gdańskiem w dość nagłych okolicznościach...
06:08, cinnamon.tea
Link Komentarze (4) »
niedziela, 21 czerwca 2015

   Obiecałam sobie, że będę pisać częściej, no ale mąż przyjechał, więc wybaczcie, miałam dużo ciekawych rzeczy do robienia w ten weekend :) 

   W komentarzach pojawiło się pytanie o kosz Mojżesza, porównanie ze standardowym łóżeczkiem dziecięcym. No to dzisiaj szybko na ten temat :) 

   Kosz Mojżesza jest owalnym koszem, albo czymś w tym kształcie, z uchwytami, najczęściej na dłuższych bokach, do przenoszenia. Jest to miejsce do spania tylko na pierwsze miesiące życia dziecka- ma mniejsze rozmiary, nie ma regulowanego poziomu/wysokości oparcia. Za to ma dwie cuuudowne zalety- jego małe rozmiary powodują, że dziecko w środku czuje się zdecydowanie bardziej bezpieczne, spokojniejsze, niż w wielgachnym łóżeczku. Druga zaleta jest dla rodziców- można go przenieść i postawić gdzie się chce. No i oczywiście oszczędza się miejsce w pokoju, bo koszt który ma ok 80x40 cm i do tego 30 cm wysokości (to takie mniej więcej standardowe wymiary) to nie to samo, co łóżeczko 120x80 cm (wymiary wewnętrzne :P). Na łóżeczko przyjdzie czas.

   Z Córeczką miałam kołyskę (pożyczoną) przez pierwsze 5 miesięcy jej życia. Potem wpadła na to, jak się chwytać za brzeg, podciągać i okręcać dzięki temu chwytowi, i tego samego dnia skręciłam łóżeczko. :)

   Można kupić standardowy kosz Mojżesza, z wikliny na przykład, a można kupić takie modne, plastikowe Shnuggle- trzeba przyznać, że stylistyka tego ostatniego jest naprawdę piękna, ale mi szkoda kasy na takie zdecydowanie (mimo, że pewnie można takowe odsprzedać za 4/5 pierwotnej ceny, i to z pocałowaniem rączki).

kosz Mojżesza standardowy (często można dokupić do niego stelaż do stawiania i ew. bujania, oraz oczywiście pościel; używki chodzą i po kilkadziesiąt złotych)
 

i Shnuggle (są w różnych kolorach...)
 

 

... i teraz przechodzimy do drugiej części wpisu...

Bo ja sobie wymyśliłam, że ja taki kosz małemu wydziergam...
Szydełkiem. Ze sznura bawełnianego...

    Pierwszy pomysł to było dzierganie z taśmy bawełnianej, z której już dużo zrobiłam, ale po konsultacjach z bardziej doświadczonymi paniami, zmieniłam materiał na sznur. Bo bardziej regularny w obwodzie i produkt sztywniejszy. Czy mi wystarczy samozaparcia, żeby zrobić coś tak gigantycznego? Nie wiem. Ale jeśli mi się uda, to satysfakcja będzie +1000!

   Tak wygląda taki kosz z taśmy, z tym, że tu jest rozmiar dla lalki ;)

 

Na razie dziergam dla Synka kocyk, z bardzo przyjemnej, tradycyjnej włóczki :)  
A wyżej wspomniany pozdrawia kopniakami! 

23:42, cinnamon.tea
Link Komentarze (9) »
piątek, 19 czerwca 2015

 

Po co ma się dzieci? 

Na przykład po to, żeby podczas kilkudniowego dołu sięgającego Rowu Mariańskiego rozśmieszyć niewyspaną Córeczkę opowieścią, jak to 5 minut przed siódmą rano w samych stringach i koszulce musiałam wypaść na balkon ratować jej pościel, koc i majtki, które wiatr pozrzucał z suszarki (ostatecznie jedne majtki poleciały dobre kilka metrów od budynku, dokładnie na schody pod wyjściem z klatki- Córeczka mało co nie popłakała się ze śmiechu). Tak się śmiała, że ja też... 
Dzieci ma się między innymi po to, żeby mieć motywację, żeby codziennie się uśmiechać.

(i nie powinnam wspominać, że najpewniej u podstawy doła jest to drugie dziecko i hormony które ze sobą niesie?)  

01:49, cinnamon.tea
Link Komentarze (2) »
środa, 17 czerwca 2015

   Mamy z Synkiem półmetek. Rośnij duży i zdrowy dzidziusiu!


Tak wyglądaliśmy trochę ponad tydzień temu...

   Wrócił mi dzisiaj na chwilę apetyt, więc łapałam w sklepie wszystko, co tylko mi się spodobało: kurczaka, śledzie po kaszubsku (vel kartusku), batoniki, jogurty naturalne... :) Córeczka chętnie korzysta z... batoników oczywiście ;P

   Córeczka dociera do setnej strony "Ani..." i cieszy się już chyba z wakacji. Wykańcza ostatnie zadania w ćwiczeniach. Codziennie jeździ do szkoły na hulajnodze, i zdarza się jej wybiec z nią na podwórko, bo jakaś koleżanka też jest na dworze- bardzo się z tego cieszę, bo to typ raczej niechętny do wychodzenia :) Wczoraj ją naszło na szycie- wymyśliła sobie "saszetko- poduszkę"- więc dwie warstwy materiału, w środku wypełnienie... Pierwszy raz pikowałyśmy (a raczej Córeczka pikowała, ja pomagałam mało, doradzałam, uzupełniałam nici). Jeszcze "tylko" trzeba wszyć zamek...
    Muszę przyznać, że szycie sprawia mi też masę radości, tak samo jak szydełko. Druty zdecydowanie mniej mnie lubią, a ja je, tylko efekt przekonuje, że czasem warto się pomęczyć... 

   Mamy już wózek, fotelik dla małego, a jutro powinna dotrzeć na razie ostatnia, duża dostawa pieluch wielorazowych. I na razie koniec zakupów! Chusty do noszenia musimy znaleźć (mam jeszcze dwie, gdzieś; mam nadzieję że moi rodzice niechcący nam ich nie unicestwili), ciuszków powinno być sporo u babci na strychu, kocyk minky mamy, drugi się dzierga. Pościele zamierzam uszyć :) O pieluchach chętnie napiszę osobny post, choć wolałabym wypowiadać się nie jako teoretyczka (;P), ale osoba praktykująca. 

   A miało być krótko...

wtorek, 16 czerwca 2015

   Pozdrawiam- a psik!- znad morza- a psik!

   Ciąża niestety rozruszała z powrotem moją alergię... 
Jutro bije dokładnie półmetek ciąży. I tak sobie myślę, że nie mogę myśleć, że już się nie mogę doczekać, niech już będzie listopad, bo powinnam się z tej ciąży, wyczekanej i zaplanowanej, bardzo cieszyć. Więc w tych wszystkich moich wątpliwych atrakcjach i dolegliwościach życzę sobie po prostu korzystania z tego czasu jak najlepiej. Nawet półleżąco na kanapie... :)

   Czytam "Chustkę" i bardzo mi to pomaga w docenianiu każdej chwilki...

   

   Jestem na zwolnieniu od tygodnia... Dziwnie się z tym czuję, ale też widzę, jak bardzo jest mi to potrzebne. Mały fika po brzuszku, daje znać już nie tylko wieczorami, ale często i rano, cieszę się z tego... :)
   Jak już jestem na zwolnieniu, to jasne okazało się, że wakacje spędzimy w całości na Dolnym Śląsku, a mąż wciąż będzie stacjonarnie we Wro. Teraz toczymy wielkie boje wewnętrzne- co po wakacjach? Ja zapewne nie wrócę do pracy minimum w grudniu w przyszłym roku (mam maaasę urlopu jeszcze w tym roku). No i zostaje ta nasza niesamowita Córeczka... A mąż na gwałtu rety wynajduje mieszkania we Wro :)   
   Znając męża dosłownie tydzień, albo dwa, powiedziałam mu, że nie będzie się ze mną nudził... po sześciu wspólnych latach (i ponad 1000 dni po ślubie) w dalszym ciągu wywiązuję się z tej obietnicy :)  

   Pozdrawiam- a psik!- znad morza- a psik!

   Ciąża niestety rozruszała z powrotem moją alergię... 
Jutro bije dokładnie półmetek ciąży. I tak sobie myślę, że nie mogę myśleć, że już się nie mogę doczekać, niech już będzie listopad, bo powinnam się z tej ciąży, wyczekanej i zaplanowanej, bardzo cieszyć. Więc w tych wszystkich moich wątpliwych atrakcjach i dolegliwościach życzę sobie po prostu korzystania z tego czasu jak najlepiej. Nawet półleżąco na kanapie... :)

   Czytam "Chustkę" i bardzo mi to pomaga w docenianiu każdej chwilki...

   

   Jestem na zwolnieniu od tygodnia... Dziwnie się z tym czuję, ale też widzę, jak bardzo jest mi to potrzebne. Mały fika po brzuszku, daje znać już nie tylko wieczorami, ale często i rano, cieszę się z tego... :)
   Jak już jestem na zwolnieniu, to jasne okazało się, że wakacje spędzimy w całości na Dolnym Śląsku, a mąż wciąż będzie stacjonarnie we Wro. Teraz toczymy wielkie boje wewnętrzne- co po wakacjach? Ja zapewne nie wrócę do pracy minimum w grudniu w przyszłym roku (mam maaasę urlopu jeszcze w tym roku). No i zostaje ta nasza niesamowita Córeczka... A mąż na gwałtu rety wynajduje mieszkania we Wro :)   
   Znając męża dosłownie tydzień, albo dwa, powiedziałam mu, że nie będzie się ze mną nudził... po sześciu wspólnych latach (i ponad 1000 dni po ślubie) w dalszym ciągu wywiązuję się z tej obietnicy :)  

niedziela, 31 maja 2015

   Ostatnio dwóch kolegów z pracy mocno się zdziwiło, jak powiedziałam, że miałam dzień słuchania polskiego rapu. A ja poza fazą na Pezeta radośnie się karmię niektórymi piosenkami. I często właśnie po to, żeby odpowiednio się nastroić. Ten kawałek jest zdecydowanie letnio- wakacyjny i właśnie bliskości lata potrzebowałam :) Tekst w tym przypadku jest mniej ważny ;)

 

   Chciałabym coś dziecku pokazać fajnego poza Trójmiastem, i mamy rzutkie plany ale ciężko to wszystko zrealizować, z ciążą która jest po prostu problematyczna, bez auta. I mam dziecko, które nie lubi zmieniać status quo (pamiętacie? kiedyś o tym pisałam: jest w domu, nie chce z niego wychodzić; potem jest na spacerze, to nie chce wracać do domu; nie chce się kąpać za cholewcię, a potem nie można jej z wanny wyciągnąć- to takie przykłady). Tak więc wczorajszy dzień spędziłam z powrotem w pozycji półleżącej, bo brzuch i ja cała musiałam odpocząć, wyszłam tylko "po sprawunki". A dzisiaj- czy uda się nam gdzieś wybrać? Zobaczymy :)

   W czwartek wybrałam się na mecz Ligi Światowej, z firmywybrało się kilka osób. Córeczka nie wyraziła chęci pójścia ze mną, ale udało się idealnie- zanocowała u jednej ze swoich koleżanek :) Więc ona zaliczyła pierwsze nocowanie bez rodziny, a ja zaliczyłam pierwszą noc w Gdańsku (a pewnie jeszcze dużo dłużej) kiedy w domu byłam sama (no, i kot). Bardzo to dziwne było...

 

   Tydzień temu byłam u lekarza, za tydzień idę znowu. Krótki okres pomiędzy wizytami ma związek z moim fatalnym samopoczuciem... nie robię sobie większych nadziei, że mi się poprawi, byle tylko udało się uspokoić żołądek (a od tego mam osobnego lekarza, też za tydzień, wreszcie). Aż się boję, co usłyszę- przed rozpoczęciem starań byłam u gastroenterolog, która zalecała przejście na zwolnienie zaraz po zajściu w ciążę, jeśli w jakikolwiek sposób praca może się przyczyniać do pojawiania się ataków :/
Żeby zakończyć bardziej optymistycznym akcentem, to jesteśmy z małym w 18. tygodniu, on ma ok 12-14 cm, 150 gramów. USG połówkowe mam ustalone niemal na ostatnią chwilę, na 29 czerwca, i zastanawiam się, czy nie wystarać się z mojego dodatkowego ubezpieczenia o wcześniejszy termin (choć hmmm oczekiwanie na wizytę w Trójmieście bywa dłuższe niż na NFZ :/). Czuję pukanie w brzuchu, nieregularne i delikatne, ale bardzo uspokajające :)

sobota, 23 maja 2015

Gdy chcę coś tutaj napisać, to wreszcie odczuwam, jak szybko czas leci :) Słomianowdowieństwo mi się dłuży niezmiernie!

Oglądałam małego człowieczka na USG tydzień temu- miałam trochę do przejścia wcześniej i chyba go uśpiłam :) Mały ułożył się tak, że łatwiej było oglądać jego pupę, nawet serduszko, ale nie buzię :) Mówię ON nieprzypadkowo- z tego USG wynikało że będziemy mieli Synka :) Tak się nam marzyło, więc tym większa nasza radość :) Mały wygląda na zdrowego, no i rośnie szybko- przyspiesza nam przewidywana data porodu. Obecnie mały człowiek ma dobrze ponad 10 cm (według tabel Synek powinien mieć teraz ok 12 cm), waży ok 150 g. Z tymi wymiarami jest o tyle dziwnie, ze na USG mierzy długość dziecka od czubka główki do pupy. Nóżki jeszcze nie są proporcjonalnie długie jak u noworodka, ale cały dzidziuś ma te kilka centymetrów więcej :) Rosną mu paznokcie, zaczyna coraz lepiej słyszeć, więc moje gadanie do brzucha wreszcie zostanie wysłuchane :)
Mały człowiek też daje znaki- dwa dni temu poczułam pierwsze, delikatne, łaskoczące kopniaki!
Mi brzuch rooośnie, wystaje, ciąży nie widzą tylko ci, którym to nie na rękę (czytaj: ci którzy siedzą w zatłoczonymm autobusie). Ale wczoraj pierwszy raz zostałam przepuszczona, przez miłą dziewczynę. I dobrze! Wzięły mnie takie mdłości, że naprawdę potrzebowałam tego siedzenia...

Mam takie wrażenie, że w tej ciąży jestem jak niepełnosprawna... Najpierw od początku bóle, skurcze, plamienia, kilka godzin w pracy i od razu musiałam się położyć, wszystkiemu towarzyszył strach... Mdłości, które są inne niż u wszystkich- do 12 tc były dość znośne, im później niestety, tym są mocniejsze, bardziej regularne, no i towarzyszą im moje "standardowe" dolegliwości żołądkowe, które mnie bardzo martwią- niedługo już mam wizytę u specjalisty...
Jestem wolniejsza, słabsza, brzuch jest niżej niż w pierwszej ciąży, więc mam wrażenie że (już!) chodzę jak kaczka... I spadają mi zdolności intelektualne, delikatnie mówiąc... Gdy zrobię albo powiem jakąś małą głupotę tłumaczę się, ze to ciążowe zanikanie mózgu ;) Ale po prostu potrzebuję więcej czasu, lub więcej koncentracji, i jest OK. Obiadu żadnego nie spaliłam, nikt nie ucierpiał :)

Powtarzam sobie stale: nie porównuj, nie porównuj! Pierwsza ciąża rozpoczęła się niemal dokładnie 10 lat temu, była inna sytuacja, mój organizm był dużo młodszy, nie miałam problemów z tym cholernym żołądkiem (za to miałam koszmarną alergię na początku, a leków brać nie wolno), inaczej odczuwałam te dolegliwości. Do ostatniego dnia chodziłam do szkoły, a szkoła wielgachna, 4 wysokie piętra. Byłam bardziej energiczna i miałam wiele razy lepsze samopoczucie niż obecnie. No staram się nie porównywać, ale jak sobie przypomnę, że na przełomie 13 i 14 tygodnia ciąży z Córeczką poszłam na pielgrzymkę (tak, pieszą, do Częstochowy, ponad 300 km i spanie w namiocie; no, ale o tym już wspominałam) a teraz w tym samym czasie pracowałam ino, ino i spałam... No, macie obraz :)
Na swoją obronę dodam, że wciąż chodzę do pracy, ogarniam dziecko starsze (dom raczej też) i siebie, głodne i brudne nie chodzimy, więc w tym wszystkim jednak trochę daję radę... Tylko już mi straszliwie Męża brak na co dzień, mimo stałego kontaktu :(

Córeczka jest zadowolona z dzidziusia, jakoś przełknęła wiadomość, że to wstępnie brat :) Ba, nie rozumie, czemu odradzamy jej spanie w jednym pokoju z nim od początku ;) Wymyśliła sobie, że będzie miała pokój z bratem, i będą dwie części- na części brata będzie łóżko piętrowe, bo ona na swojej musi mieć biurko :) Na razie raduje się z możliwości kupowania rzeczy, na które ma ochotę. Umówiłyśmy się, że teraz zrobimy kilka tygodni przerwy, ale panienka zakupiła sobie Furby'ego (zmieniłam zdanie o tej zabawce, jest świetna, no i nie trzeba non stop ze smartfonem siedzieć, żeby toto bawiło) i nowy wynalazek producenta ciastoliny- toaletkę, którą się ozdabia ową ciastoliną. Zaparła się i w pół dnia toaletka jest gotowa. Z bliska może nie jest najpiękniejsza, bo jednak wyciskanie takiej masy wymaga wprawy, ale z daleka wygląda bardzo wesoło :) Na Komunię dostała "Anię z Zielonego Wzgórza" którą z dużym zainteresowaniem czyta, co tylko nas cieszy (ja też byłam w drugiej klasie kiedy przeczytałam tą książkę, i mocno się w to czytanie wciągnęłam). Od tygodnia młoda jeździ do szkoły na hulajnodze, zapina ją w szatni o kratki, w ten sposób na pewno droga szkoły jest przyjemniejsza. Dzieciaki z racji Komunii miały luz w szkole, teraz wracają zadania (wcześniej nie miały zadań domowych, ale zdarzały się sprawdzianiki). Trochę męczymy angielski, ale poza tym idzie jej nieźle. Wstępna ocena opisowa mnie wzruszyła ;)

Okazyjnie kupuję już jakieś rzeczy dla Synka. Najchętniej wzdycham do chust do noszenia i pieluch wielorazowych- ciuszki są cudne, ale się nie wkręcam, te na pewno nam się trafią, zresztą musiałabym odwiedzić strych mojej babci, gdzie mamy jeszcze trochę ciuchów po Córeczce i trójce jej młodszego kuzynostwa. Chust też nie kupuję, jednorazowo to większy wydatek, a ja muszę się upewnić że dwie na mnie czekają gdzieś w czeluściach schowków u moich rodziców. Za to z pieluchami szukam, szukam okazji i mam nadzieję, że rozkładanie tego w czasie pozwoli potem na niskokosztowe wychowywanie Synka (o ile uda sie karmienie piersią, choć chwilowo nie przyjmuję innej opcji- z Córeczką powalczyłyśmy o to chyba ze dwa tygodnie i się udało, więc czemu teraz niby miałabym odpuścić?). Będzie na szczepionki i wakacje :)
Synka chcę szczepić obowiązkowymi szczepionkami na NFZ, ale bardzo mi zależy na szczepieniu na rotawirusa. Właściwie to chyba zaszczepimy go na wszystko :) Z racji zawodu jestem bardzo proszczepionkowa (ostatnio moja kochana przełożona rzuciła, że jak ktoś w firmie będzie przeciwko szczepieniom to trzeba dać znać, bo to się nie zgadza z byciem biotechnologiem :P), z racji licznych dyskusji w internecie dodatkowo się douczałam, więc czuję się całkowicie przygotowana do tych szczepień. A teraz nieświadomie Córeczkę nastraszyłam, naopowiadałam jej o kleszczach i kazała się zaszczepić na to odkleszczowe zapalenie mózgu- no to idziemy za 1,5 tygodnia na pierwszą dawkę.  

Fajnie jest znać płeć malucha :) Z Córeczką pierwszej nocy po zrobieniu testu śniła się córa, więc wiedziałam. Teraz- nic :) I gdy już wiedzieliśmy, że to wstępnie Synek, i mając dla niego wybrane imię, jest jakoś fajniej, jest bardziej KIMŚ :)

poniedziałek, 11 maja 2015

  Wczoraj u nas było wielkie święto: Córeczka przyjęła I Komunię Świętą!

   Przygotowania były obarczone sporą dawką stresu, ale hmm warto było :) Córeczka przejęta, szczęśliwa, uśmiechnięta i zaangażowana. Sama ceremonia przepiękna, oprawa super, dbałość w kościele o każdy szczegół i super organizacja (włącznie z organizacją parkingu, co się baaaardzo przydało na nowym osiedlu, przy ok 150 dzieci). W restauracji troskliwa opieka, fajna oprawa i pyyyycha jedzenie. No, piękny był to dzień :) (Cinnamonowy Mąż miał wczoraj urodziny, więc okazji do świętowania było więcej :))

   Jestem szczęśliwa, wzruszona, bardzo dumna... i zmęczona :) A Córeczka jest prześliczna, nie?

 

 

   Ja sama pod koniec zeszłego tygodnia już ledwo zipałam, więc cieszę się, że całość atrakcji już za nami... to znaczy prawie :) Biały tydzień trwa, ale mamy wsparcie mojego taty, który został w Gdańsku i pomaga w szykowaniu się młodej do wyjścia. I zupy gotuje ;)

   Wspaniałe też było to, że dziecko się z prezentów bardzo i szczerze cieszyło, a nie dostała hmm elektroniki (no, od nas dostała mały aparat fotograficzny, wymyśliliśmy to już 2 lata temu i to było wciąż aktualne marzenie Córeczki) a gotówkę odkryła dopiero w domu :P Nie chcieliśmy, żeby prezenty zawaliły jej głowę tego dnia, i udało się to na tyle, że w kościele była stuprocentowo skupiona na liturgii, a w momencie kiedy nie widziała jakiejś torebeczki to nawet jadąc do restauracji o prezentach zapominała. Córeczka jest dzieckiem- sroczką, lubi głośno mówić o swoich marzeniach albo np. umawiać się z nami, kiedy będzie mogła coś dostać. A tu, to co miało być najważniejsze tego dnia, zdecydowanie było najważniejsze :)  

   Mając za sobą ok 1,5 miesiąca "słomianowdowieństwa" i pewnie przynajmniej drugie tyle jeszcze nas czeka, jestem pełna podziwu dla tych, którzy tak funkcjonują na stałe. Jeśli do luksusów człowiek się szybko przyzwyczaja, to mój Mąż jest zdecydowanie moim luksusem. Trzy tygodnie z rzędu spędzamy ze sobą weekendy, a ja wczoraj wieczorem pobeczałam się jak mała dziewczynka, gdy miał jechać... Zdecydowanie jesteśmy parą, która lubi i chce być ze sobą na co dzień. Nie pozwolimy ani na dzień rozłąki więcej, niż to będzie trzeba... Córeczka mam wrażenie, że doceniła jeszcze Męża, gdy go zabrakło. Jest dla nas obu (trojga?) wsparciem godnym jego imienia :)

    Zaczął się nam dzisiaj II trymestr ciąży (14 tydzień). Leków na podtrzymanie nie biorę, ale odczułam ich odstawienie- jednak pomagały przy bólach... Przeczołgała mnie ta ciąża już bardzo! I zaskakuje... Niby próbuję ją porównywać do ciąży z Córeczką, ale wtedy to ok 12/14 tygodnia to ja szłam w pieszej pielgrzymce! Teraz jestem jak niepełnosprawna... Bardzo ciężko mi się jeździ do pracy i trudno wysiaduje mi się już przy biurku. Po 3, 5 godzinach marzę o tym, żeby choć na chwilę się położyć... Zostałam całkiem zgrabnie odsunięta od pracy w laboratorium- to sprawiało mi wiele radości, ale zdawałam sobie sprawę, że mogę narażać Ziarenko. Nadrabiam więc zaległości papierkowe... i nie wiem ile jeszcze tak dam radę, na razie z tygodnia na tydzień obiecuję sobie, że dam radę ten tydzień.... a co potem, zobaczymy...
Fajne jest to, że budzę się rano, i cieszę się, że kolejny dzień tej ciąży mija... że jest bezpieczniej, że bliżej do spotkania z Ziarenkiem. Cudne jest to, jak cieszą się moi najbliżsi :) No i brzuch rośnie!

Doszłam do wniosku, że co prawda w kwestii wychowania nie powinnam mieć fioła, ale na punkcie pewnych rzeczy będę matka- wariatka: chcemy nosić w chuście; na początku chcielibyśmy kłaść Ziarenko w koszu mojżeszowym; rozszerzanie diety oprzemy o BLW; zamierzam stosować pieluchy wielorazowe; fotelik samochodowy chcielibyśmy mieć montowany tyłem do kierunku jazdy nawet gdy Ziarenko będzie większe... Ot, dziwactwa :) Ciekawe, czy to wszystko uda się nam zrealizować :)

 

sobota, 11 kwietnia 2015

   Jak sobie pomyślę, ile się pozmieniało przez ostatnie 1,5 miesiąca, a co nas czeka... Głowa mała!

   Szczęśliwy test robiłam 7 marca, totalnie bez przekonania- byliśmy z Cinnamonowym Mężem chorzy niemal całe zimowe ferie, i nastawiłam się trochę, że nic się nam nie uda zdziałać w tym miesiącu. Wszystko się jednak samo poprzestawiało i sprawiło nam wspaniałą niespodziankę :)

   Miałam wielką przyjemność powiedzieć Mężowi o dzieciątku w niezwykłym miejscu- tego dnia urządzaliśmy Córeczce urodziny w gdańskim Ratuszu Głównego Miasta, gdzie Muzeum Historyczne Miasta Gdańska oferuje urządzanie urodzin. Dzieci się bawiły z animatorką (zresztą bardzo polecam takie muzealne urodziny, jesteśmy bardzo zadowoleni), a ja w Sali Białej dałam mu maluteńkie skarpeteczki z napisem "I love dad" i powiedziałam, że chyba się udało. Łez szczęścia było bez liku :) Mąż cieszy się niesamowicie, aż miło to odczuwać :)

   Uznaliśmy to za niesamowity zbieg okoliczności, bo dwa dni wcześniej Mąż miał pewien telefon, tego samego dnia wieczorem pojechał na pewne spotkanie i... obecnie jestem na jakiś czas słomianą wdową, z mężem na Dolnym Śląsku! Co dalej- zobaczymy. Mamy kilka możliwości, jeszcze wszystko się może ładnie wyklarować. Na pewno nie pozwolimy, żeby rozłąka się przedłużała, bo i Córeczka, i Ziarenko... i my sami jesteśmy typami nieprzepadającymi za rozstaniami.

   Niestety, mając porównanie ciąży sprzed 10 lat, a teraz, muszę przyznać, że początki wtedy były kompletnie bezproblemowe!!! Cztery dni po pierwszym teście pojawiły się bóle brzucha i krzyża, i praktycznie są stale. Pierwsze dwa takie tygodnie były męką, przychodziłam z pracy i natychmiast kładłam się, więc niezbyt do życia byłam. Teraz lekko to odchodzi, łatwiej mi z tym żyć, ale komfort funkcjonowania jest... słaby. Później doszły też inne... niepokojące objawy, nie wdając się w szczegóły, dostałam progesteron na podtrzymanie. Po tygodniu wciąż nie minęły do końca, zwiększono mi dawkę. I tak sobie grzecznie łykam te tabletki, do tego witaminki, kasy tyle, co za pieluchy ;) ale po zobaczeniu Ziarenka na USG, i jego bijącego serduszka, jestem na pewno spokojniejsza. To jeszcze nie koniec strachu- w połowie maja, z końcem pierwszego trymestru, będę pewnie spokojniejsza, ale sporo zagrożeń związanych z wczesną ciążą jest za nami. Poza chodzeniem do pracy staram się nie przemęczać, nie zamęczać, nie przejmować (ja? to w ogóle możliwe?) i pozytywnie patrzeć na następne miesiące. :)
I pomyśleć, że z Córeczką miałam tylko mdłości, a pod koniec 3. miesiąca poszłam na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy! Teraz to jak Mount Everest...

 

    Obecnie mam dodatkową atrakcję- we wtorek przed świętami zaziębiłam się w pracy, ciągnęło mi się to i właściwie dalej ciągnie, i pani doktor w ten wtorek wpakowała mnie w regularne L4, bo wirusy dla ciąży niebezpieczne, i mam wyleżeć porządnie. Z odsieczą pojawił się tata- pojechał do Gdańska z nami, i był do dzisiaj, robił wszystko, a ja nie musiałam palcem kiwać. Wałówki mamy na 3-4 dni :)

    A Córeczka... no właśnie, Córeczka! Za miesiąc ma I Komunię Świętą! Byłam zachwycona, jak wróciła w czwartek z dziadkiem z zakupów, z albą, wiankiem, świecą- wygląda przepięknie :) Jeszcze troszkę młoda musi "pozdawać" przed Komunią, ale nie sprawia jej to jakiegoś wielkiego kłopotu (uff!). W szkole jest całkiem nieźle, czytać Córeczka nie lubi na akord, za to np. recytacja jej się podoba :) Wciąż artystycznie, wokalnie, jest chwalona i wypychana na konkursy, co sprawia nam dużo radości. Wciąż interesuje się różnymi zajęciami "logicznymi" i rozmyślamy, jak ją do tego zachęcać- nie jesteśmy szachistami itp., ale jak dziecku się podobają takie gry, to może trzeba, choćby dlatego, że jej to sprawia radość i rozwija. Poza tym Córeczka jest typem słodko- gorzkim, bo jak zaczyna pyskować, to czasami nie wiemy, z której strony ją "podejść", żeby sama się nie wkręciła w taką spiralę, której potem sama żałuje... Z rodzeństwa się bardzo cieszy, zresztą od dawna powtarzała, że chciałaby mieć brata albo siostrę :)

    Z małych ciążowych radości- wczoraj dotarły do mnie moje pierwsze spodnie ciążowe :) W normalne jeansy nie mieszczę się wcale, musiałabym chodzić z rozpiętymi (już!)

czwartek, 09 kwietnia 2015

Masa czasu na marzenia i rozmowy

pół roku działań

i doczekaliśmy się :)

 

Tak! Będzie kolejne dziecko w rodzinie! :D

Nie idzie tak łatwo, jak 10 lat temu, z Córeczką, czuję się... słabo, ale Ziarenko jest, rośnie i ma teraz jakieś 2 cm :) Zaczęliśmy trzeci miesiąc ciąży w tym tygodniu, z nadzieją, że wszystko będzie dobrze.

Jesteśmy przeszczęśliwi :)

wtorek, 03 marca 2015

Ostatnio śmiałam się, że założenie i prowadzenie bloga to była dla mnie swoista terapia. A teraz jest dobrze, to się pisze mniej. Doba wciąż się nie rozciąga, więc to też nie pomaga :)

Zaliczyliśmy 9 urodziny Córeczki, ferie, każde z nas zaliczyło w międzyczasie chorobę wirusową (i tyle tego zaliczania było; raz na saunę się wybrałam z dziewczynami z pracy a potem... padłam totalnie. Tydzień na L4). Teraz już jesteśmy w pełnym rozbiegu II semestru Córeczki. Młoda czyta swoje lektury, z małą naszą pomocą, bardzo fajnie recytuje, poprawia się powoli z ortografią- jesteśmy z niej niezmiennie dumni :)

Ten weekend był wyjątkowy- mogliśmy spędzić dwa dni we trójkę. I to był jeden z tych weekendów które nazywamy idealnymi- albo przynajmniej bardzo udanymi :)

W dużym skrócie:
w sobotę wstałam dość wcześnie, usmażyłam omlety dla siebie i Córeczki, wyprasowałam kilka jej obrazków z koralików (takich z Ikei, co pod wpływem ciepła się stapiają ze sobą i tworzą obrazy). Potem wskoczyłam do autobusu i pojechałam na moje ukochane warsztaty dziergania w Instytucie Kultury Miejskiej. Coraz bardziej je lubię, bo coraz fajniejsze rozmowy prowadzę. Jest stała ekipa chodząca na nie, choć też jest też trochę osób przychodzących okazyjnie. Poniższe zdjęcia pochodzą z końca stycznia, wtedy poszłam na dzierganie z odwiedzającą nas mamą.

 

Gdy warsztaty się kończyły, na Długi Targ dotarli do mnie Cinnamonowy Mąż i Córeczka. Niedaleko pospacerowaliśmy i młoda woła- chodźmy do jakiegoś muzeum! No to poszliśmy :) Musieliśmy poczekać trochę, bo wejście jest o równej godzinie, więc powędrowaliśmy w stronę Dolnego Miasta, tłumacząc przy okazji młodej różne rzeczy dotyczące Obrońców Poczty Polskiej. Dodatkowo podziwialiśmy przebiśniegi i patrzyliśmy na nowo budowane mieszkania, które będą miały boski widok na Nabrzeże i Ołowiankę :) 

Wybraliśmy się ostatecznie do Centralnego Muzeum Morskiego, na wystawę interaktywną- wejście na godzinkę, maaasa atrakcji, wszyscy znaleźliśmy dla siebie coś ciekawego. Fajne jest to, że dziękujemy dziecku, że jest, bo bez niej nie dotarlibyśmy w takie fajne i pouczające miejsce- na serio, polecam :D

Obiad na mieście zdarza się nam przynajmniej raz w miesiącu, myślę, że nawet raz na dwa tygodnie. Dużo? Mało? Nie wiem. Wiem za to, że w Gdańsku jest sporo świetnych miejsc, w których można zjeść. Zabranie z sobą dziecka do restauracji to wyższa szkoła jazdy, bo młodzież wybredna jest. Udało się nam z sukcesem wybrać do "Pyra Bar", czyli restauracji która podaje wyłącznie potrawy z ziemniaków (no, wyłączając ciasta). Jest pyyysznie, bardzo sycąco, ciepło. Widać, że to nie tylko nasze zdanie, bo ciężko o stolik. I te nazwy potraw! Ja na przykład jadłam zBoczek- zapiekankę z ziemniakami, boczkiem, cebulką z sosem śmietanowym. Córeczka jadła gotowane ziemniaczki z kawałkami kurczaka i brokułami.

Do domu zabraliśmy muffiny z Fajnych Bab- super kawiarenki ze świetnymi babeczkami, muffinkami i innymi słodyczami. Mnie tam zachwyca przede wszystkim pomysłowość twórców- w grudniu jadłam muffinkę z kremem marcepanowym ze śliwką, teraz- nutellową z bananowym kremem, małżonek mój skusił się na marchewkową z pomarańczowym kremem. No pycha :D

... a to tylko sobota :)

Z racji tego, że w sobotę padłam bardzo szybko (niemal równo o północy) padłam, to wstanie o 9.30 było pestką. Jak już zaliczyliśmy Gdańsk (znaczy się: Gdańsk Główny) w ten weekend, to fajnie by było zaliczyć morze! Pojechaliśmy na Zaspę i przeszliśmy się prosto na plażę koło mola, plażą kilkaset metrów, potem kolejne kilkaset w parku Regana. Piękne, urokliwe miejsce, polecam (znowu!). Obiad zaliczyliśmy w barze mlecznym na Przymorzu, który odwiedzamy od czasu do czasu. Moim zdaniem, jak się chce zjeść podroby, to chyba trzeba wybrać się do baru mlecznego! Bo w restauracji co najwyżej wątróbkę można znaleźć ;) Po drodze do domu przerwa na dłuuugą Mszę, no i pojawiliśmy się w domu, przysiąść troszkę. Uff! Piękny, udany weekend, im cieplej, tym mocniej liczę na więcej takich ;)

Czekają nas teraz intensywne tygodnie: przygotowania do I Komunii Świętej Córeczki, po wyczerpaniu innych możliwości będę składać pozew o podwyższenie kwoty alimentów. Ja oczywiście dziergam, na szydełku i na drutach, a od końca roku także szyję- w dresie siedzę, czapki, kominy, uszyłam dwie tuniki (dla mnie i Córeczki)- po chorobie doszłam do wniosku, ze moja, taka "oversize" idealnie nadaje się jako bluza do spania :) W pracy jest dużo albo bardzo dużo roboty. W tą sobotę urządzamy zaległe urodziny Córeczki wśród przyjaciół ze szkoły- urządzamy je w Ratuszu Głównego Miasta, bo muzeum historyczne ma ofertę urodzinową która przekonała Córeczkę (jak wiadomo, fankę muzeów). Będzie pieczenie, szykowanie i... szycie. Obiecałam spódnicę tiulową mojej księżniczce ;)

 

No, "nareszcie" się rozpisałam ;P No to jeszcze piosenka która dzisiaj chodziła mi po głowie:

Pozdrawiam tych wytrwałych, co tu jeszcze wpadają- właśnie, dużo Was? :) Dziękuję że jesteście!

sobota, 17 stycznia 2015

   Wróciliśmy po 3 tygodniach do Gdańska, miałam kilka bardzo pracowitych dni. A dzisiaj wybrałam się radośnie na Długi Targ, na kolejne warsztaty dziergania. Tym razem Córeczka nie wybrała się ze mną, ale chodzi ze mną dość regularnie. Uwielbiam to! Nie dość, że dzierganie w towarzystwie jest tak wspaniałe, to sama "podróż"...

   Jestem zakochana w tym mieście. Główne Miasto jest bardzo urokliwe, a gdy lecę na warsztaty, mija 12.00 i zaczyna grać carillon z wieży Ratusza. W tej wspaniałej atmosferze idzie mi się jeszcze lepiej i weselej. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam :) Korzystałam z całkiem niezłej pogody i połaziłam sobie trochę- Długim Pobrzeżem, Mariacką, Lawendową... Zdążyłam zrobić małe zakupy w Hali Targowej (przepiękny budynek!) i zjeść marcepanowego muffinka ze śliwką z Fajnych Bab. Taki mały wypad, a taki cudowny! :)

   Wciąż sobie powtarzam, że przejdę się przez miasto z aparatem i jeszcze Wam pokażę kilka wspaniałych gdańskich zakątków. Jakkolwiek by nie było- miasto jest fantastyczne, polecam wszystkim :) I zapraszam na herbatę albo kawę do siebie!

   Córeczka ma za 1,5 tygodnia bal karnawałowy. Miała pięciominutowe wahanie, za kogo się przebrać. Po syrence i śliweczce byłam gotowa na wszystko. Córeczka będzie Czerwonym Kapturkiem :D Pojutrze lecę po czerwony materiał, odpalam maszynę i zaczynam szaleć :)
    Moja mama, siostrzenica Męża i wszyscy związani ze szkolnictwem na Dolnym Śląsku już mają ferie! A u nas zaczynają się one za 2 tygodnie, praktycznie w weekend urodzin Córeczki. Prezent młoda sobie wybrała, będą dziadkowie, będzie fajnie!

  Mam dla Was jeszcze jedną fotkę z Holandii- w nadmorskiej dzielnicy Hagi, Scheveningen, częścią muzeum sztuki współczesnej są niesamowite- i zabawne!- figury umiejscowione na nabrzeżu. Figurki są całkiem malutkie, albo ogromne, ta fotka jest raczej z mniejszym koleżką.

A tu z moją cud Córką. Rośnie! Zaczynamy kupować jej ciuchy na rozmiar 146, niedawno kupiliśmy jej kozaczki 34ki... Dla  porównania- ja mam 157 cm wzrostu i noszę buty 36, czasami- 35... :) Niedługo będę od własnej Córki pożyczać ciuchy (niektóre sweterki ma fajniejsze niż moje ;P)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga