RSS
niedziela, 31 maja 2015

   Ostatnio dwóch kolegów z pracy mocno się zdziwiło, jak powiedziałam, że miałam dzień słuchania polskiego rapu. A ja poza fazą na Pezeta radośnie się karmię niektórymi piosenkami. I często właśnie po to, żeby odpowiednio się nastroić. Ten kawałek jest zdecydowanie letnio- wakacyjny i właśnie bliskości lata potrzebowałam :) Tekst w tym przypadku jest mniej ważny ;)

 

   Chciałabym coś dziecku pokazać fajnego poza Trójmiastem, i mamy rzutkie plany ale ciężko to wszystko zrealizować, z ciążą która jest po prostu problematyczna, bez auta. I mam dziecko, które nie lubi zmieniać status quo (pamiętacie? kiedyś o tym pisałam: jest w domu, nie chce z niego wychodzić; potem jest na spacerze, to nie chce wracać do domu; nie chce się kąpać za cholewcię, a potem nie można jej z wanny wyciągnąć- to takie przykłady). Tak więc wczorajszy dzień spędziłam z powrotem w pozycji półleżącej, bo brzuch i ja cała musiałam odpocząć, wyszłam tylko "po sprawunki". A dzisiaj- czy uda się nam gdzieś wybrać? Zobaczymy :)

   W czwartek wybrałam się na mecz Ligi Światowej, z firmywybrało się kilka osób. Córeczka nie wyraziła chęci pójścia ze mną, ale udało się idealnie- zanocowała u jednej ze swoich koleżanek :) Więc ona zaliczyła pierwsze nocowanie bez rodziny, a ja zaliczyłam pierwszą noc w Gdańsku (a pewnie jeszcze dużo dłużej) kiedy w domu byłam sama (no, i kot). Bardzo to dziwne było...

 

   Tydzień temu byłam u lekarza, za tydzień idę znowu. Krótki okres pomiędzy wizytami ma związek z moim fatalnym samopoczuciem... nie robię sobie większych nadziei, że mi się poprawi, byle tylko udało się uspokoić żołądek (a od tego mam osobnego lekarza, też za tydzień, wreszcie). Aż się boję, co usłyszę- przed rozpoczęciem starań byłam u gastroenterolog, która zalecała przejście na zwolnienie zaraz po zajściu w ciążę, jeśli w jakikolwiek sposób praca może się przyczyniać do pojawiania się ataków :/
Żeby zakończyć bardziej optymistycznym akcentem, to jesteśmy z małym w 18. tygodniu, on ma ok 12-14 cm, 150 gramów. USG połówkowe mam ustalone niemal na ostatnią chwilę, na 29 czerwca, i zastanawiam się, czy nie wystarać się z mojego dodatkowego ubezpieczenia o wcześniejszy termin (choć hmmm oczekiwanie na wizytę w Trójmieście bywa dłuższe niż na NFZ :/). Czuję pukanie w brzuchu, nieregularne i delikatne, ale bardzo uspokajające :)

sobota, 23 maja 2015

Gdy chcę coś tutaj napisać, to wreszcie odczuwam, jak szybko czas leci :) Słomianowdowieństwo mi się dłuży niezmiernie!

Oglądałam małego człowieczka na USG tydzień temu- miałam trochę do przejścia wcześniej i chyba go uśpiłam :) Mały ułożył się tak, że łatwiej było oglądać jego pupę, nawet serduszko, ale nie buzię :) Mówię ON nieprzypadkowo- z tego USG wynikało że będziemy mieli Synka :) Tak się nam marzyło, więc tym większa nasza radość :) Mały wygląda na zdrowego, no i rośnie szybko- przyspiesza nam przewidywana data porodu. Obecnie mały człowiek ma dobrze ponad 10 cm (według tabel Synek powinien mieć teraz ok 12 cm), waży ok 150 g. Z tymi wymiarami jest o tyle dziwnie, ze na USG mierzy długość dziecka od czubka główki do pupy. Nóżki jeszcze nie są proporcjonalnie długie jak u noworodka, ale cały dzidziuś ma te kilka centymetrów więcej :) Rosną mu paznokcie, zaczyna coraz lepiej słyszeć, więc moje gadanie do brzucha wreszcie zostanie wysłuchane :)
Mały człowiek też daje znaki- dwa dni temu poczułam pierwsze, delikatne, łaskoczące kopniaki!
Mi brzuch rooośnie, wystaje, ciąży nie widzą tylko ci, którym to nie na rękę (czytaj: ci którzy siedzą w zatłoczonymm autobusie). Ale wczoraj pierwszy raz zostałam przepuszczona, przez miłą dziewczynę. I dobrze! Wzięły mnie takie mdłości, że naprawdę potrzebowałam tego siedzenia...

Mam takie wrażenie, że w tej ciąży jestem jak niepełnosprawna... Najpierw od początku bóle, skurcze, plamienia, kilka godzin w pracy i od razu musiałam się położyć, wszystkiemu towarzyszył strach... Mdłości, które są inne niż u wszystkich- do 12 tc były dość znośne, im później niestety, tym są mocniejsze, bardziej regularne, no i towarzyszą im moje "standardowe" dolegliwości żołądkowe, które mnie bardzo martwią- niedługo już mam wizytę u specjalisty...
Jestem wolniejsza, słabsza, brzuch jest niżej niż w pierwszej ciąży, więc mam wrażenie że (już!) chodzę jak kaczka... I spadają mi zdolności intelektualne, delikatnie mówiąc... Gdy zrobię albo powiem jakąś małą głupotę tłumaczę się, ze to ciążowe zanikanie mózgu ;) Ale po prostu potrzebuję więcej czasu, lub więcej koncentracji, i jest OK. Obiadu żadnego nie spaliłam, nikt nie ucierpiał :)

Powtarzam sobie stale: nie porównuj, nie porównuj! Pierwsza ciąża rozpoczęła się niemal dokładnie 10 lat temu, była inna sytuacja, mój organizm był dużo młodszy, nie miałam problemów z tym cholernym żołądkiem (za to miałam koszmarną alergię na początku, a leków brać nie wolno), inaczej odczuwałam te dolegliwości. Do ostatniego dnia chodziłam do szkoły, a szkoła wielgachna, 4 wysokie piętra. Byłam bardziej energiczna i miałam wiele razy lepsze samopoczucie niż obecnie. No staram się nie porównywać, ale jak sobie przypomnę, że na przełomie 13 i 14 tygodnia ciąży z Córeczką poszłam na pielgrzymkę (tak, pieszą, do Częstochowy, ponad 300 km i spanie w namiocie; no, ale o tym już wspominałam) a teraz w tym samym czasie pracowałam ino, ino i spałam... No, macie obraz :)
Na swoją obronę dodam, że wciąż chodzę do pracy, ogarniam dziecko starsze (dom raczej też) i siebie, głodne i brudne nie chodzimy, więc w tym wszystkim jednak trochę daję radę... Tylko już mi straszliwie Męża brak na co dzień, mimo stałego kontaktu :(

Córeczka jest zadowolona z dzidziusia, jakoś przełknęła wiadomość, że to wstępnie brat :) Ba, nie rozumie, czemu odradzamy jej spanie w jednym pokoju z nim od początku ;) Wymyśliła sobie, że będzie miała pokój z bratem, i będą dwie części- na części brata będzie łóżko piętrowe, bo ona na swojej musi mieć biurko :) Na razie raduje się z możliwości kupowania rzeczy, na które ma ochotę. Umówiłyśmy się, że teraz zrobimy kilka tygodni przerwy, ale panienka zakupiła sobie Furby'ego (zmieniłam zdanie o tej zabawce, jest świetna, no i nie trzeba non stop ze smartfonem siedzieć, żeby toto bawiło) i nowy wynalazek producenta ciastoliny- toaletkę, którą się ozdabia ową ciastoliną. Zaparła się i w pół dnia toaletka jest gotowa. Z bliska może nie jest najpiękniejsza, bo jednak wyciskanie takiej masy wymaga wprawy, ale z daleka wygląda bardzo wesoło :) Na Komunię dostała "Anię z Zielonego Wzgórza" którą z dużym zainteresowaniem czyta, co tylko nas cieszy (ja też byłam w drugiej klasie kiedy przeczytałam tą książkę, i mocno się w to czytanie wciągnęłam). Od tygodnia młoda jeździ do szkoły na hulajnodze, zapina ją w szatni o kratki, w ten sposób na pewno droga szkoły jest przyjemniejsza. Dzieciaki z racji Komunii miały luz w szkole, teraz wracają zadania (wcześniej nie miały zadań domowych, ale zdarzały się sprawdzianiki). Trochę męczymy angielski, ale poza tym idzie jej nieźle. Wstępna ocena opisowa mnie wzruszyła ;)

Okazyjnie kupuję już jakieś rzeczy dla Synka. Najchętniej wzdycham do chust do noszenia i pieluch wielorazowych- ciuszki są cudne, ale się nie wkręcam, te na pewno nam się trafią, zresztą musiałabym odwiedzić strych mojej babci, gdzie mamy jeszcze trochę ciuchów po Córeczce i trójce jej młodszego kuzynostwa. Chust też nie kupuję, jednorazowo to większy wydatek, a ja muszę się upewnić że dwie na mnie czekają gdzieś w czeluściach schowków u moich rodziców. Za to z pieluchami szukam, szukam okazji i mam nadzieję, że rozkładanie tego w czasie pozwoli potem na niskokosztowe wychowywanie Synka (o ile uda sie karmienie piersią, choć chwilowo nie przyjmuję innej opcji- z Córeczką powalczyłyśmy o to chyba ze dwa tygodnie i się udało, więc czemu teraz niby miałabym odpuścić?). Będzie na szczepionki i wakacje :)
Synka chcę szczepić obowiązkowymi szczepionkami na NFZ, ale bardzo mi zależy na szczepieniu na rotawirusa. Właściwie to chyba zaszczepimy go na wszystko :) Z racji zawodu jestem bardzo proszczepionkowa (ostatnio moja kochana przełożona rzuciła, że jak ktoś w firmie będzie przeciwko szczepieniom to trzeba dać znać, bo to się nie zgadza z byciem biotechnologiem :P), z racji licznych dyskusji w internecie dodatkowo się douczałam, więc czuję się całkowicie przygotowana do tych szczepień. A teraz nieświadomie Córeczkę nastraszyłam, naopowiadałam jej o kleszczach i kazała się zaszczepić na to odkleszczowe zapalenie mózgu- no to idziemy za 1,5 tygodnia na pierwszą dawkę.  

Fajnie jest znać płeć malucha :) Z Córeczką pierwszej nocy po zrobieniu testu śniła się córa, więc wiedziałam. Teraz- nic :) I gdy już wiedzieliśmy, że to wstępnie Synek, i mając dla niego wybrane imię, jest jakoś fajniej, jest bardziej KIMŚ :)

poniedziałek, 11 maja 2015

  Wczoraj u nas było wielkie święto: Córeczka przyjęła I Komunię Świętą!

   Przygotowania były obarczone sporą dawką stresu, ale hmm warto było :) Córeczka przejęta, szczęśliwa, uśmiechnięta i zaangażowana. Sama ceremonia przepiękna, oprawa super, dbałość w kościele o każdy szczegół i super organizacja (włącznie z organizacją parkingu, co się baaaardzo przydało na nowym osiedlu, przy ok 150 dzieci). W restauracji troskliwa opieka, fajna oprawa i pyyyycha jedzenie. No, piękny był to dzień :) (Cinnamonowy Mąż miał wczoraj urodziny, więc okazji do świętowania było więcej :))

   Jestem szczęśliwa, wzruszona, bardzo dumna... i zmęczona :) A Córeczka jest prześliczna, nie?

 

 

   Ja sama pod koniec zeszłego tygodnia już ledwo zipałam, więc cieszę się, że całość atrakcji już za nami... to znaczy prawie :) Biały tydzień trwa, ale mamy wsparcie mojego taty, który został w Gdańsku i pomaga w szykowaniu się młodej do wyjścia. I zupy gotuje ;)

   Wspaniałe też było to, że dziecko się z prezentów bardzo i szczerze cieszyło, a nie dostała hmm elektroniki (no, od nas dostała mały aparat fotograficzny, wymyśliliśmy to już 2 lata temu i to było wciąż aktualne marzenie Córeczki) a gotówkę odkryła dopiero w domu :P Nie chcieliśmy, żeby prezenty zawaliły jej głowę tego dnia, i udało się to na tyle, że w kościele była stuprocentowo skupiona na liturgii, a w momencie kiedy nie widziała jakiejś torebeczki to nawet jadąc do restauracji o prezentach zapominała. Córeczka jest dzieckiem- sroczką, lubi głośno mówić o swoich marzeniach albo np. umawiać się z nami, kiedy będzie mogła coś dostać. A tu, to co miało być najważniejsze tego dnia, zdecydowanie było najważniejsze :)  

   Mając za sobą ok 1,5 miesiąca "słomianowdowieństwa" i pewnie przynajmniej drugie tyle jeszcze nas czeka, jestem pełna podziwu dla tych, którzy tak funkcjonują na stałe. Jeśli do luksusów człowiek się szybko przyzwyczaja, to mój Mąż jest zdecydowanie moim luksusem. Trzy tygodnie z rzędu spędzamy ze sobą weekendy, a ja wczoraj wieczorem pobeczałam się jak mała dziewczynka, gdy miał jechać... Zdecydowanie jesteśmy parą, która lubi i chce być ze sobą na co dzień. Nie pozwolimy ani na dzień rozłąki więcej, niż to będzie trzeba... Córeczka mam wrażenie, że doceniła jeszcze Męża, gdy go zabrakło. Jest dla nas obu (trojga?) wsparciem godnym jego imienia :)

    Zaczął się nam dzisiaj II trymestr ciąży (14 tydzień). Leków na podtrzymanie nie biorę, ale odczułam ich odstawienie- jednak pomagały przy bólach... Przeczołgała mnie ta ciąża już bardzo! I zaskakuje... Niby próbuję ją porównywać do ciąży z Córeczką, ale wtedy to ok 12/14 tygodnia to ja szłam w pieszej pielgrzymce! Teraz jestem jak niepełnosprawna... Bardzo ciężko mi się jeździ do pracy i trudno wysiaduje mi się już przy biurku. Po 3, 5 godzinach marzę o tym, żeby choć na chwilę się położyć... Zostałam całkiem zgrabnie odsunięta od pracy w laboratorium- to sprawiało mi wiele radości, ale zdawałam sobie sprawę, że mogę narażać Ziarenko. Nadrabiam więc zaległości papierkowe... i nie wiem ile jeszcze tak dam radę, na razie z tygodnia na tydzień obiecuję sobie, że dam radę ten tydzień.... a co potem, zobaczymy...
Fajne jest to, że budzę się rano, i cieszę się, że kolejny dzień tej ciąży mija... że jest bezpieczniej, że bliżej do spotkania z Ziarenkiem. Cudne jest to, jak cieszą się moi najbliżsi :) No i brzuch rośnie!

Doszłam do wniosku, że co prawda w kwestii wychowania nie powinnam mieć fioła, ale na punkcie pewnych rzeczy będę matka- wariatka: chcemy nosić w chuście; na początku chcielibyśmy kłaść Ziarenko w koszu mojżeszowym; rozszerzanie diety oprzemy o BLW; zamierzam stosować pieluchy wielorazowe; fotelik samochodowy chcielibyśmy mieć montowany tyłem do kierunku jazdy nawet gdy Ziarenko będzie większe... Ot, dziwactwa :) Ciekawe, czy to wszystko uda się nam zrealizować :)

 

sobota, 11 kwietnia 2015

   Jak sobie pomyślę, ile się pozmieniało przez ostatnie 1,5 miesiąca, a co nas czeka... Głowa mała!

   Szczęśliwy test robiłam 7 marca, totalnie bez przekonania- byliśmy z Cinnamonowym Mężem chorzy niemal całe zimowe ferie, i nastawiłam się trochę, że nic się nam nie uda zdziałać w tym miesiącu. Wszystko się jednak samo poprzestawiało i sprawiło nam wspaniałą niespodziankę :)

   Miałam wielką przyjemność powiedzieć Mężowi o dzieciątku w niezwykłym miejscu- tego dnia urządzaliśmy Córeczce urodziny w gdańskim Ratuszu Głównego Miasta, gdzie Muzeum Historyczne Miasta Gdańska oferuje urządzanie urodzin. Dzieci się bawiły z animatorką (zresztą bardzo polecam takie muzealne urodziny, jesteśmy bardzo zadowoleni), a ja w Sali Białej dałam mu maluteńkie skarpeteczki z napisem "I love dad" i powiedziałam, że chyba się udało. Łez szczęścia było bez liku :) Mąż cieszy się niesamowicie, aż miło to odczuwać :)

   Uznaliśmy to za niesamowity zbieg okoliczności, bo dwa dni wcześniej Mąż miał pewien telefon, tego samego dnia wieczorem pojechał na pewne spotkanie i... obecnie jestem na jakiś czas słomianą wdową, z mężem na Dolnym Śląsku! Co dalej- zobaczymy. Mamy kilka możliwości, jeszcze wszystko się może ładnie wyklarować. Na pewno nie pozwolimy, żeby rozłąka się przedłużała, bo i Córeczka, i Ziarenko... i my sami jesteśmy typami nieprzepadającymi za rozstaniami.

   Niestety, mając porównanie ciąży sprzed 10 lat, a teraz, muszę przyznać, że początki wtedy były kompletnie bezproblemowe!!! Cztery dni po pierwszym teście pojawiły się bóle brzucha i krzyża, i praktycznie są stale. Pierwsze dwa takie tygodnie były męką, przychodziłam z pracy i natychmiast kładłam się, więc niezbyt do życia byłam. Teraz lekko to odchodzi, łatwiej mi z tym żyć, ale komfort funkcjonowania jest... słaby. Później doszły też inne... niepokojące objawy, nie wdając się w szczegóły, dostałam progesteron na podtrzymanie. Po tygodniu wciąż nie minęły do końca, zwiększono mi dawkę. I tak sobie grzecznie łykam te tabletki, do tego witaminki, kasy tyle, co za pieluchy ;) ale po zobaczeniu Ziarenka na USG, i jego bijącego serduszka, jestem na pewno spokojniejsza. To jeszcze nie koniec strachu- w połowie maja, z końcem pierwszego trymestru, będę pewnie spokojniejsza, ale sporo zagrożeń związanych z wczesną ciążą jest za nami. Poza chodzeniem do pracy staram się nie przemęczać, nie zamęczać, nie przejmować (ja? to w ogóle możliwe?) i pozytywnie patrzeć na następne miesiące. :)
I pomyśleć, że z Córeczką miałam tylko mdłości, a pod koniec 3. miesiąca poszłam na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy! Teraz to jak Mount Everest...

 

    Obecnie mam dodatkową atrakcję- we wtorek przed świętami zaziębiłam się w pracy, ciągnęło mi się to i właściwie dalej ciągnie, i pani doktor w ten wtorek wpakowała mnie w regularne L4, bo wirusy dla ciąży niebezpieczne, i mam wyleżeć porządnie. Z odsieczą pojawił się tata- pojechał do Gdańska z nami, i był do dzisiaj, robił wszystko, a ja nie musiałam palcem kiwać. Wałówki mamy na 3-4 dni :)

    A Córeczka... no właśnie, Córeczka! Za miesiąc ma I Komunię Świętą! Byłam zachwycona, jak wróciła w czwartek z dziadkiem z zakupów, z albą, wiankiem, świecą- wygląda przepięknie :) Jeszcze troszkę młoda musi "pozdawać" przed Komunią, ale nie sprawia jej to jakiegoś wielkiego kłopotu (uff!). W szkole jest całkiem nieźle, czytać Córeczka nie lubi na akord, za to np. recytacja jej się podoba :) Wciąż artystycznie, wokalnie, jest chwalona i wypychana na konkursy, co sprawia nam dużo radości. Wciąż interesuje się różnymi zajęciami "logicznymi" i rozmyślamy, jak ją do tego zachęcać- nie jesteśmy szachistami itp., ale jak dziecku się podobają takie gry, to może trzeba, choćby dlatego, że jej to sprawia radość i rozwija. Poza tym Córeczka jest typem słodko- gorzkim, bo jak zaczyna pyskować, to czasami nie wiemy, z której strony ją "podejść", żeby sama się nie wkręciła w taką spiralę, której potem sama żałuje... Z rodzeństwa się bardzo cieszy, zresztą od dawna powtarzała, że chciałaby mieć brata albo siostrę :)

    Z małych ciążowych radości- wczoraj dotarły do mnie moje pierwsze spodnie ciążowe :) W normalne jeansy nie mieszczę się wcale, musiałabym chodzić z rozpiętymi (już!)

czwartek, 09 kwietnia 2015

Masa czasu na marzenia i rozmowy

pół roku działań

i doczekaliśmy się :)

 

Tak! Będzie kolejne dziecko w rodzinie! :D

Nie idzie tak łatwo, jak 10 lat temu, z Córeczką, czuję się... słabo, ale Ziarenko jest, rośnie i ma teraz jakieś 2 cm :) Zaczęliśmy trzeci miesiąc ciąży w tym tygodniu, z nadzieją, że wszystko będzie dobrze.

Jesteśmy przeszczęśliwi :)

wtorek, 03 marca 2015

Ostatnio śmiałam się, że założenie i prowadzenie bloga to była dla mnie swoista terapia. A teraz jest dobrze, to się pisze mniej. Doba wciąż się nie rozciąga, więc to też nie pomaga :)

Zaliczyliśmy 9 urodziny Córeczki, ferie, każde z nas zaliczyło w międzyczasie chorobę wirusową (i tyle tego zaliczania było; raz na saunę się wybrałam z dziewczynami z pracy a potem... padłam totalnie. Tydzień na L4). Teraz już jesteśmy w pełnym rozbiegu II semestru Córeczki. Młoda czyta swoje lektury, z małą naszą pomocą, bardzo fajnie recytuje, poprawia się powoli z ortografią- jesteśmy z niej niezmiennie dumni :)

Ten weekend był wyjątkowy- mogliśmy spędzić dwa dni we trójkę. I to był jeden z tych weekendów które nazywamy idealnymi- albo przynajmniej bardzo udanymi :)

W dużym skrócie:
w sobotę wstałam dość wcześnie, usmażyłam omlety dla siebie i Córeczki, wyprasowałam kilka jej obrazków z koralików (takich z Ikei, co pod wpływem ciepła się stapiają ze sobą i tworzą obrazy). Potem wskoczyłam do autobusu i pojechałam na moje ukochane warsztaty dziergania w Instytucie Kultury Miejskiej. Coraz bardziej je lubię, bo coraz fajniejsze rozmowy prowadzę. Jest stała ekipa chodząca na nie, choć też jest też trochę osób przychodzących okazyjnie. Poniższe zdjęcia pochodzą z końca stycznia, wtedy poszłam na dzierganie z odwiedzającą nas mamą.

 

Gdy warsztaty się kończyły, na Długi Targ dotarli do mnie Cinnamonowy Mąż i Córeczka. Niedaleko pospacerowaliśmy i młoda woła- chodźmy do jakiegoś muzeum! No to poszliśmy :) Musieliśmy poczekać trochę, bo wejście jest o równej godzinie, więc powędrowaliśmy w stronę Dolnego Miasta, tłumacząc przy okazji młodej różne rzeczy dotyczące Obrońców Poczty Polskiej. Dodatkowo podziwialiśmy przebiśniegi i patrzyliśmy na nowo budowane mieszkania, które będą miały boski widok na Nabrzeże i Ołowiankę :) 

Wybraliśmy się ostatecznie do Centralnego Muzeum Morskiego, na wystawę interaktywną- wejście na godzinkę, maaasa atrakcji, wszyscy znaleźliśmy dla siebie coś ciekawego. Fajne jest to, że dziękujemy dziecku, że jest, bo bez niej nie dotarlibyśmy w takie fajne i pouczające miejsce- na serio, polecam :D

Obiad na mieście zdarza się nam przynajmniej raz w miesiącu, myślę, że nawet raz na dwa tygodnie. Dużo? Mało? Nie wiem. Wiem za to, że w Gdańsku jest sporo świetnych miejsc, w których można zjeść. Zabranie z sobą dziecka do restauracji to wyższa szkoła jazdy, bo młodzież wybredna jest. Udało się nam z sukcesem wybrać do "Pyra Bar", czyli restauracji która podaje wyłącznie potrawy z ziemniaków (no, wyłączając ciasta). Jest pyyysznie, bardzo sycąco, ciepło. Widać, że to nie tylko nasze zdanie, bo ciężko o stolik. I te nazwy potraw! Ja na przykład jadłam zBoczek- zapiekankę z ziemniakami, boczkiem, cebulką z sosem śmietanowym. Córeczka jadła gotowane ziemniaczki z kawałkami kurczaka i brokułami.

Do domu zabraliśmy muffiny z Fajnych Bab- super kawiarenki ze świetnymi babeczkami, muffinkami i innymi słodyczami. Mnie tam zachwyca przede wszystkim pomysłowość twórców- w grudniu jadłam muffinkę z kremem marcepanowym ze śliwką, teraz- nutellową z bananowym kremem, małżonek mój skusił się na marchewkową z pomarańczowym kremem. No pycha :D

... a to tylko sobota :)

Z racji tego, że w sobotę padłam bardzo szybko (niemal równo o północy) padłam, to wstanie o 9.30 było pestką. Jak już zaliczyliśmy Gdańsk (znaczy się: Gdańsk Główny) w ten weekend, to fajnie by było zaliczyć morze! Pojechaliśmy na Zaspę i przeszliśmy się prosto na plażę koło mola, plażą kilkaset metrów, potem kolejne kilkaset w parku Regana. Piękne, urokliwe miejsce, polecam (znowu!). Obiad zaliczyliśmy w barze mlecznym na Przymorzu, który odwiedzamy od czasu do czasu. Moim zdaniem, jak się chce zjeść podroby, to chyba trzeba wybrać się do baru mlecznego! Bo w restauracji co najwyżej wątróbkę można znaleźć ;) Po drodze do domu przerwa na dłuuugą Mszę, no i pojawiliśmy się w domu, przysiąść troszkę. Uff! Piękny, udany weekend, im cieplej, tym mocniej liczę na więcej takich ;)

Czekają nas teraz intensywne tygodnie: przygotowania do I Komunii Świętej Córeczki, po wyczerpaniu innych możliwości będę składać pozew o podwyższenie kwoty alimentów. Ja oczywiście dziergam, na szydełku i na drutach, a od końca roku także szyję- w dresie siedzę, czapki, kominy, uszyłam dwie tuniki (dla mnie i Córeczki)- po chorobie doszłam do wniosku, ze moja, taka "oversize" idealnie nadaje się jako bluza do spania :) W pracy jest dużo albo bardzo dużo roboty. W tą sobotę urządzamy zaległe urodziny Córeczki wśród przyjaciół ze szkoły- urządzamy je w Ratuszu Głównego Miasta, bo muzeum historyczne ma ofertę urodzinową która przekonała Córeczkę (jak wiadomo, fankę muzeów). Będzie pieczenie, szykowanie i... szycie. Obiecałam spódnicę tiulową mojej księżniczce ;)

 

No, "nareszcie" się rozpisałam ;P No to jeszcze piosenka która dzisiaj chodziła mi po głowie:

Pozdrawiam tych wytrwałych, co tu jeszcze wpadają- właśnie, dużo Was? :) Dziękuję że jesteście!

sobota, 17 stycznia 2015

   Wróciliśmy po 3 tygodniach do Gdańska, miałam kilka bardzo pracowitych dni. A dzisiaj wybrałam się radośnie na Długi Targ, na kolejne warsztaty dziergania. Tym razem Córeczka nie wybrała się ze mną, ale chodzi ze mną dość regularnie. Uwielbiam to! Nie dość, że dzierganie w towarzystwie jest tak wspaniałe, to sama "podróż"...

   Jestem zakochana w tym mieście. Główne Miasto jest bardzo urokliwe, a gdy lecę na warsztaty, mija 12.00 i zaczyna grać carillon z wieży Ratusza. W tej wspaniałej atmosferze idzie mi się jeszcze lepiej i weselej. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam :) Korzystałam z całkiem niezłej pogody i połaziłam sobie trochę- Długim Pobrzeżem, Mariacką, Lawendową... Zdążyłam zrobić małe zakupy w Hali Targowej (przepiękny budynek!) i zjeść marcepanowego muffinka ze śliwką z Fajnych Bab. Taki mały wypad, a taki cudowny! :)

   Wciąż sobie powtarzam, że przejdę się przez miasto z aparatem i jeszcze Wam pokażę kilka wspaniałych gdańskich zakątków. Jakkolwiek by nie było- miasto jest fantastyczne, polecam wszystkim :) I zapraszam na herbatę albo kawę do siebie!

   Córeczka ma za 1,5 tygodnia bal karnawałowy. Miała pięciominutowe wahanie, za kogo się przebrać. Po syrence i śliweczce byłam gotowa na wszystko. Córeczka będzie Czerwonym Kapturkiem :D Pojutrze lecę po czerwony materiał, odpalam maszynę i zaczynam szaleć :)
    Moja mama, siostrzenica Męża i wszyscy związani ze szkolnictwem na Dolnym Śląsku już mają ferie! A u nas zaczynają się one za 2 tygodnie, praktycznie w weekend urodzin Córeczki. Prezent młoda sobie wybrała, będą dziadkowie, będzie fajnie!

  Mam dla Was jeszcze jedną fotkę z Holandii- w nadmorskiej dzielnicy Hagi, Scheveningen, częścią muzeum sztuki współczesnej są niesamowite- i zabawne!- figury umiejscowione na nabrzeżu. Figurki są całkiem malutkie, albo ogromne, ta fotka jest raczej z mniejszym koleżką.

A tu z moją cud Córką. Rośnie! Zaczynamy kupować jej ciuchy na rozmiar 146, niedawno kupiliśmy jej kozaczki 34ki... Dla  porównania- ja mam 157 cm wzrostu i noszę buty 36, czasami- 35... :) Niedługo będę od własnej Córki pożyczać ciuchy (niektóre sweterki ma fajniejsze niż moje ;P)

środa, 07 stycznia 2015

   Jejku, jak to zleciało!

     Cały rok minął jak z bicza strzelił. I te ostatnie tygodnie też- a nawet tym bardziej :) Pracy w bród. Ja powoli (i nie bez potknięć) uczę się i nabieram pewności siebie w tym co robię. Dobre pół roku pracuję niemal wyłącznie na jednej metodzie i śmieję się, że specjalistką o niej jestem.    
    Do tego wciąż zajmuję się rękodziełem... Rok temu postanowiłam sobie zrobić własnoręcznie 12 rzeczy. Licząc jednostkowo, nie zamówieniami, zrobiłam 20 razy tyle! A od początku listopada na wyposażeniu mam też maszynę do szycia- prostą, nienajlepszą, ale wystarczającą :)
     Teraz odpoczywam- urlopu nabrałam radośnie na te święta, a ten tydzień dosłownie i w przenośni odchorowuję, więc mamy kilka przymusowych dni u rodziców. Córeczka zresztą też niestety złapała jakieś choróbsko teraz :(
     Na tak długi pobyt zabraliśmy ze sobą Kota- stacjonuje on u moich rodziców, którzy Kota znają (i chętnie zostawiliby go u siebie na stałe, ich niedoczekanie!). Z racji tego, że arystokrata źle znosi jazdę samochodem, zdecydowaliśmy się na podróż pociągiem. Zdaliśmy egzamin w tamtą stronę- cała noc w przedziale, spakowani odpowiednio, my żyjemy, Kot żyje. Po świętach uzyskaliśmy trochę rzeczy- coś kupiliśmy, trochę fajnych prezentów dostaliśmy- szczególnie książki- i zaczęliśmy się zastanawiać, jak się z tym zabrać... Dzisiaj Mąż nadał więc paczkę... do domu. 13 kilogramów radości :)

     Święta spędziliśmy rodzinnie, spokojnie. I w jednym, i w drugim domu rodzinnym trochę popomagaliśmy, trochę odpoczęliśmy, zobaczyliśmy się z częścią naszych znajomych. Zima się nawet pokazała od II dnia świąt :)

    Sylwester wiązał się z długą podróżą- z naszymi przyjaciółmi wybraliśmy się, tak jak pół roku temu do Austrii, autem, na odwiedziny znajomych i zwiedzanie. Cel: Holandia! Zwiedziliśmy Rotterdam, Hagę i Delft; nowy rok witaliśmy kameralnie, w mieszkaniu znajomych (i podziwiając fajerwerki, których była cała masa- ludzie puszczali je regularnie minimum przez godzinę!). Zebraliśmy kolejną masę fajnych wspomnień no i bardzo przyjemnie rozpoczęliśmy nowy rok :)

   Co sobie życzyć na ten 2015 rok? Ojj, ja- my wiemy, czego sobie życzyć :) Ciekawe, czy uda się nam zrealizować choćby połowę tych planów przez najbliższe 12 miesięcy.... Bez zdrowia nic się nie uda, więc teraz muszę skończyć z zawodem hodowcy pawii (jeśli wiecie, co mam na myśli :)) i działać.

Mam dla Was trochę radości... i nabiału :) (przed sklepem z serami w Delft- przepiękne miasto zresztą)

 

i jeszcze klasyczny widoczek z Rotterdamu, czyli Biały Most vel Łabądź

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Zakopałam się w raportach po uszy.

To mój ostatni pracujący poniedziałek w tym roku.

Budzi mnie, poprawia humor i mobilizuje ta piosenka- dzielę się, żeby i Wam humor poprawić :)

 

Tagi: muzyka
12:59, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 grudnia 2014

Póki jeszcze można, dołączam do wyzwania u Uli i sama chętnie wprowadzę się w klimat świąteczny :)

Ja uwielbiam święta. Zawsze były u nas radosne, rodzinne, ciepłe. Wspaniałe. Dbamy o tradycje związane z Wigilią- liczymy potrawy, wsadzamy sianko pod obrus, mamy przygotowane dodatkowe krzesło dla strudzonego wędrowca, czytamy fragment Ewangelii, dzielimy się opłatkiem. Jemy długo i rozmawiamy (na początku opychamy się barszczem z uszkami i potem walczymy o wolne miejsce na następne potrawy :)). Potem śpiewamy kolędy. Później jest wyjmowanie prezentów spod choinki- prezenty wyjmuje jedna osoba i przekazuje je obdarowanym, jeśli zaśpiewają kolędę :) Cudowny czas.... Na świętach u babci bywało przy stole i kilkanaście osób. Gdybyśmy obecnie zebrali się wszyscy u moich rodziców, też by dużo było (nasza trójka, czwórka brata, Sis i rodzice), ale z bratem działamy na zakładkę, żeby rodzice z siostrą sami przypadkiem nie zostali. W tym roku Wigilię spędzamy u rodziców Męża... A właściwie u mamy, bo tata spędza cały grudzień w sanatorium! Będziemy mieli 4 pokolenia: babcia, Teściowa, nasza trójka i Śfagry :P czyli szwagierka, szwagier, siostrzeniec i siostrzenica Męża. Już się uśmiecham na myśl o tej wyliczance :)

 

A wracając do tradycji... najczęściej pierwsze co robię świątecznie, to pieczenie i lukrowanie pierniczków, bo te można przewieźć bez większego trudu nawet dzielące nas od rodziny ponad 500 km. Lukier królewski i duża ilość przypraw rządzi!

 

środa, 03 grudnia 2014

Mój! W tym roku wiem czego chcę :)

 

1. Książki!!!

2014 był dla mnie słaby książkowo... nie zawsze da się gotować, pracować, dziergać i czytać jednocześnie :)

Jesienią pojawiło się kilka nowości moich ukochanych autorów, na które już zacieram rączki... A kochani znajomi z firmy sprawili mi jedną z nich ("Tęsknię za tobą" Harlana Cobena, którą czytam w zawrotnym tempie jak na ten rok :)), więc lista ma jedno oczko mniej :)

Najważniejsze pozycje na liście:

Jodi Picoult, Już czas

Małgorzata Musierowicz, Córka do orzechów

 

 

2. Monopoly Gdańsk

... czy muszę coś więcej pisać? :)

 

3. No właśnie... włóczki! Nie obrażę się, gdybym została obdarowana bonem do sklepu internetowego z włóczkami. Marzy mi się zielona wełna z merynosów, żebym mogła zrobić Mężowi sweterek na drutach :) Mam już całkiem przyjemny stosik przeróżnych włóczek i moteczków, ale mam wrażenie, że to początek prawdziwego uzależnienia!

 

Mam jeszcze swoje marzenia biżuteryjne...

Zegarek idealny dla mnie:

Biochemiczny naszyjnik, serotoninka pasuje mi najbardziej:

biżuteria z topazem- nie wiem, do czego miałaby mi pasować, ale uwielbiam ten kamień :)

 

Ech, możnaby tak wymieniać... Ale tak naprawdę powoli, powolutku, kompletujemy te nasze małe materialne marzenia. To są takie smaczki, które uprzyjemniają funkcjonowanie, ale tak naprawdę mam wszystko, co mi do życia potrzebne ;)

23:08, cinnamon.tea
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 listopada 2014

  Mam wiele szczęścia, mając dziecko, które jest ciekawe świata. Jakiś czas temu codzienną rutyną było poruszanie paluszkiem po jej globusie. Wielokrotnie młoda pyta się o różne szczegóły dotyczące zabytków w których jesteśmy, o znaczenie obrazów w kościołach. Ale też prawdziwym hiciorem jest mój, niemal coweekendowy dialog z Córeczką.
Ja: jedziemy na plażę
Córeczka: ja nieee chcę, już jest zimno, ja chcę do jakiegoś muzeum!

  Trzeba przyznać, że Gdańsk ma tak wspaniałe historyczne tradycje, że tutaj poznawać historię Polski, szczególnie tą najnowszą, jest jeszcze łatwiej. 25- lecie III RP, otwarcie Europejskiego Centrum Solidarności pięknie nam się złożyło z... przesyłką z kancelarii premiera.

Fantastycznie rozrysowana, prosto i fajnie opisane fakty historyczne- naprawdę się cieszę, że mapa została narysowana właśnie przez Mizielińskich. Szukam możliwości bezpiecznego zawieszenia jej na ścianie u Córeczki. (polecam wygooglowanie 25 lat Wolności mapa- można mapkę obejrzeć, pobrać i poczytać :))

 

O, a poniżej, Córeczka, zachwycona tradycyjnym telefonem, przy biurku Jacka Kuronia w ECS. Najpierw był zachwyt telefonem a potem tysiąc pytań o Kuronia- dlaczego jego biurko tu jest, a kim był, a czy jego rodzina żyje, a są ludzie którym pomógł, a jak pomagał itp. Ogólnie po wizycie w ECS, gdzie jeszcze dużo było niedoróbek, Córeczki idolem został Lech Wałęsa, i to jego wizerunku szukała w ilustracjach na powyższej mapie.
My, którzy byliśmy dzieciakami, kiedy Wałęsa był prezydentem Polski, mamy założenie przekazać dziecku Wałęsę obiektywnie, podkreślając jednak wizerunek tego człowieka poza Polską- jako legendę, osobę, którą się podziwia, która była liderem niesamowitych zmian w Europie. Mam nadzieję, że nam się to uda!

 

W domu mamy poczet królów Polski, chętnie włączam kanały historyczne (niekoniecznie ten publiczny), i mam nadzieję, że dodając do tego pasję Męża w tym temacie, młoda będzie w historii zagłębiać się bezboleśnie i z niegasnącą ciekawością i zachwytem. 


Muszę od razu przyznać, że Córeczka jest dzieckiem niesamowicie empatycznym, więc wizyta na Westerplatte, przy obok budynku Poczty Polskiej którą bohatersko bronili Polacy każdorazowo jest przez nas "dawkowana" z informacjami. Trzeba być bardzo ostrożnym, bo ona może przeżywać i płakać... to taka druga strona medalu. Ale myślę, że powoli i z wyczuciem damy radę :)

22:39, cinnamon.tea
Link Komentarze (1) »
środa, 19 listopada 2014

Takie przemyślenie mi przyszło do głowy...

to, co wypowiadamy na ślubie, co sobie ślubujemy i oświadczamy, ma wpływ na nas, definiuje podstawy naszego małżeństwa.

Może to kwestia wypracowanego przez nas zaufania, a może po prostu brania takich spraw na serio, ale to, że przed Bogiem przysięgaliśmy sobie wierność jest dla nas... zobowiązaniem i pewnikiem jednocześnie. Po prostu tak jest. Zupełnie inne podstawy mogą mieć pary, które obiecują sobie, że zrobią wszystko, by byli szczęśliwi i ich małżeństwo było trwałe, bez wymienienia tego konkretu- wierności, i zapewnienia, że na dobre i na złe.

Jestem szczęśliwa, że jesteśmy małżeństwem, że przysięgaliśmy sobie tak, a nie inaczej, i że nasza przysięga wciąż jest dla nas ważna- każde słowo wtedy wypowiedziane ma dla nas wielkie znaczenie.

 

PS. Czuć oddech zimy w Trójmieście... 

13:44, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 października 2014

  U mojej Córeczki w szkole nie ma Halloween. I bardzo dobrze! Pochwalam, cieszę się :) Dzieci, co by nie były stratne w zabawie, mają jutro bal. Bal Wszystkich Świętych, dokładniej rzecz ujmując. Jak ktoś ma potrzebę, to pewnie i postaci starotestamentowe się załapią bez problemu. Całość składa się na to, że mniej rodziców protestuje przeciwko balowi niż przeciw Halloween.

Córeczka w zeszłym tygodniu więc informuje mnie o balu i rzuca tekstem- mamo, na środę zrób mi przebranie świętej Faustyny.

O_o

 

Ostatni zachwyt Córeczki nad tą świętą nie mija od wakacji, ale wykonać przebranie godne wymagań Córeczki to nie jest taka prosta sprawa... :) W piątek rzuciłam, że młoda będzie Faustyną w nowicjacie- dostanie obrazek "Jezu ufam Tobie", możemy jakąś książkę przebrać za "Dzienniczek", dostanie skromną białą koszulę, szarą, przydługą spódniczkę i biały welon. Na co Mąż i Córeczka pokręcili nosem, a młoda od razu wymyśliła nową patronkę. Załapała po prostu za poczet królów Polski i pokazała mi otwartą na jedynej kobiecie- królu.
Wczoraj mówi babci przez telefon- przebieram się za świętą królową Jadwigę, patronkę Polski!

No to ma. Strój księżniczki, jeszcze z zeszłego roku, z wizerunkiem Jadwigi przylepionym do piersi, dzisiaj jeszcze dorobimy coś, co ma udawać skromne, drewniane jabłko i berło. Młoda zadowolona, ja też.

Godną świętą na bal sobie wybrała :)

 

PS. Już nie mogę się doczekać wyjazdu do Rodzinnych Miast... już tylko 10 dni!!! :)

poniedziałek, 20 października 2014

Nasz kocio kochany- eksploruje mniejszy balkon, czasami tak, że lubi sobie usiąść na parapecie u Córeczki, ale od zewnątrz :) Na szybko robiłam mu przedwczoraj zdjęcia :)

Jeśli to w ogóle możliwe, to Kot jest jeszcze większym przytulakiem niż wcześniej. Teraz będzie się platał pod nogami i miauczał do skutku, a jak to szybko nie pomaga, to zwala się na bok, pokazuje brzuszek... i jak tu go nie pogłaskać :)

Kot łagodzi nam obyczaje, rozbawia, grzeje... właściwie same przyjemności :) No, może poza tym, że sierść jak latała, tak lata, więc razem z Kotem, jego karmą i żwirkiem obowiązkowo mamy też zapas rolek do ubrań :P Trochę teraz walczę z kołtunkami, które znajduję w jego portkach i na podbrzuszu- trochę mu kręcą się tam włosy, trochę AZSu popchłowego zostało (nawet nie pamiętam jak to schorzenie się do końca nazywa, tak czy inaczej, jak go pchełki dorwały w czerwcu to odwiedzaliśmy weta i aplikowaliśmy różne środki bo strasznie się drapał i wyrywał włosy), jak się drapie, to o kołtuny łatwo. Więc siedzę i go czeszę, on to uwielbia... gdy jest czesany w odpowiednich miejscach. Portki do tych  miejsc nie należą, więc uprawiam akrobatykę domową stosowaną, żeby móc go porządnie wyczesać...

Szukam zresztą Norwega dla moich rodziców, bo są Kotem zachwyceni- nie dość, że to ładne, to bezproblemowe i kochane, a mamie okłady z ciepłego mruczka na stawy z reumatyzmem mogą pomóc ;) Gdy mama przyjechała do nas na ferie zimowe, to Kot kładł się jej na chorym biodrze i siedział po 2-3 godziny ciurkiem.

Po tych kilku miesiącach właściwie tylko kwestia żwirku jest nieuregulowana- mokra karma: saszetki z Felixa oraz cały asortyment z Rossmana (dużo smaków :)), świeży kurczak, tuńczyk (z puszek z sosem własnym- umie Mężowi kraść ze stołu niemal :D); sucha karma- chyba najbardziej to on PurinęOne lubi więc staram się mu ją kupować. Woda- o ile nie ma superupałów to tylko gdy mu puszczamy ciurkiem z kranu w wannie. Nawet nie ma sensu miseczki napełniać ;P Ma witaminki na tą swoją sierść i dzięki temu cudownie odrasta mu ogon (może kiedyś uda mi się znaleźć zdjęcia dla porównania) i już teraz ma świetną kitę, a nie pędzel (najpewniej to były kwestie stresowe, że sobie wyrywał włosy z ogona). Z Rossmana Kot dostaje też swój przysmak (nazywa się "magiczne chrupki") i kabanosy dla kota. Ostatnio rozważam zmianę używanego od kilku miesięcy żwirku silikonowego na żwirek naturalny Cats Best, bo ponoć bardziej wydajny jest, i zbryla się, a nie rozpada na wiórki, jak używany przez nas kiedyś żwirek naturalny. Z silikonowym wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że Kot ma niesamowicie wydaje nerki i schodzą nam najczęściej 3 opakowania na miesiąc... :)

Kot co rano już czeka, aż wstaniemy- ostatnio śmiałam się, że mu się czas niegłaskania skraca, bo ok 20 minut przed moim budzikiem staje przy łóżku i miauczy- wcześniej czekał na budzik. Potem idzie ze mną budzić Córeczkę, której włazi do łóżka i niemal "całuje" :) Fantastyczne to jest :) Potem niestety opuszcza Córeczkę, bo wie, że pańcia- znaczy się, ja- da pić, jeść i w razie czego to jeszcze posprząta... raz "grubszą" zawartość kuwety, innym razem, gdy się zdarzy, to co wyjdzie "górą" ;P Dzisiaj jednak miałam odmianę- zbierałam szczepki żyworódki, bo Kot przewrócił doniczkę i się maleństwa posypały z rośliny- matki. Ot, atrakcje :)

12:08, cinnamon.tea
Link Dodaj komentarz »
O autorze
Created by Wedding Favors Lilypie Kids Birthday tickers Daisypath Anniversary tickers Od 15.03.13
Dodatki na bloga